10 lat Polski w UE czyli dekada emigrantów. "Poczuliśmy się wolni" [LIST]

Paweł Kalina, Agnieszka Świderska
Paweł Kalina: Tak miało być, taki był dla nas napisany scenariusz i nie ma sensu szukanie odpowiedzi na popularne pytanie co by było  gdybyśmy nie wyjechali, w jakim miejscu byśmy byli.
Paweł Kalina: Tak miało być, taki był dla nas napisany scenariusz i nie ma sensu szukanie odpowiedzi na popularne pytanie co by było gdybyśmy nie wyjechali, w jakim miejscu byśmy byli. Fot. archiwum Paweł Kalina
- Wyjechaliśmy, bo wyjazd stał się dla naszego pokolenia jedną z opcji na życie. Chociaż wydawało mi się wtedy, że jest to opcja dla nas jedyna - mówi Paweł Kalina, kiedyś z Piły, dziś mieszkaniec szkockiego Aberdeen. Wyjechał, kiedy Polska po wejściu do Unii znalazła się w Europie bez granic. Jest jednym z 2 milionów Polaków żyjących dziś na emigracji.

- Pamiętam, jak w pewien niedaleki od 1 maja 2004 dzień czytałem w Wyborczej reportaż o przygodach dziewczyny i chłopaka w Londynie - opowiada Paweł Kalina. Jakoś chyba nie miałem do końca pojęcia co się wokoło mnie działo i zdziwiłem się bardzo na wieść o pełnych autobusach. Mknęli ci ludzie w kierunku Wysp już wtedy, w nocy z 30 kwietnia na 1 maja 2004, żeby wysiąść na osławionej Victoria Station, z dusza na ramieniu i walizką w ręce ruszyć w to, wydawałoby się bezgraniczne miasto.

Dla mnie była to wtedy niemal fikcja literacka, ot kolejni poszukiwacze przygód, ludzie ciekawi świata o jakich często piszą w gazetach. Skąd mogłem wiedzieć, że po pół roku od tamtej lektury ja sam wysiądę na Victoria Station żeby przesiąść się na autobus do Manchesteru?

Ale to było jeszcze nie to, na razie tylko wstęp do większej całości: standardowe, obśmiane i wyszydzone przez krajan zmywanie garów w hotelowej restauracji w pięknej Cumbrii na północy Anglii i po kilku miesiącach powrót do Polski. Z przeświadczeniem o niepowrocie na emigrację i wielką chęcią na życie w kraju ojców oraz wielką niechęcią do brudnych talerzy.

Trudno mi teraz ocenić tamten czas w moim życiu, nie wiem, czy wina tkwiła we mnie, czy poza mną, ale po prostu nie udało mi się zostać w Polsce. Być może sprawę ułatwił tez fakt, że opcja wyjazdu stała się nagle powszechna. Zresztą teraz to już nie takie ważne – po prostu się stało.

I jak sobie przypomnę, decyzja o wyjeździe wcale nie była taka trudna, może dlatego że nie mieliśmy pojęcia o jej rzeczywistej nieodwracalności, czasami naprawdę lepiej nie mieć o czymś pojęcia, zresztą nie było jakichś długoterminowych planów. Miało być przecież standardowo – zarobić trochę grosza i po góra dwóch latach wrócić.

Szybko się okazało, że tak się nie stanie. Po prostu spodobało nam się w Szkocji od pierwszego wejrzenia. Nie stały temu nawet na przeszkodzie kiepska znajomość języka i ciężka praca w domu starców. Zaczęliśmy oddychać pełną piersią, poczuliśmy się wolni.

Poczuliśmy się u siebie w wynajmowanym mieszkaniu, na które było nas stać, poczuliśmy się wolni w przytulnym pubie lub kawiarni z książką w ręce, w galerii w Edynburgu czy na zakupach. Ciężką pracę rekompensowały nam zarabiane pieniądze, spotykane osoby i nowe możliwości. Zaczęliśmy planować wesele, zaczęliśmy życie.

Mieliśmy szczęście do miejsca i do ludzi, to dwie najważniejsze rzeczy dla emigranta. Nikt nas nie oszukał, nie okradł, a fora internetowe są pełne przecież takich historii. Legendy o nieludzkich Polakach na obczyźnie zostały dla nas w dalszym ciągu legendami lub historiami opowiadanymi przez innych. Pełno tego było: o nieodebranych kumplach z dworca, rozliczeniach za torebkę herbaty czy ciepły prysznic. Nas to jednak ominęło, Bóg nad nami czuwa.

Mijają lata, mamy za sobą kilka prac (pracuję w dziale HR jednej z firm związanych z przemysłem naftowym, a żona opiekuje się i organizuje czas ludziom z tzw. learning disabilities), kilka kursów, wynajmowanych mieszkań. Teraz jesteśmy w końcu na swoim. Urodził nam się syn, który niebezpiecznie szybko łapie angielski i zamiast patrz mówi look albo daddy zamiast tata.

Ale się tęskni. Do teraz mam czasami przeświadczenie, że budzę się w swoim pokoju w Pile i musi minąć chwila albo dwie, żeby się zorientować , że to okno jest jednak nie z tej strony. O tym, co się dzieje w mieście wiem więcej od bliskich, którzy tam zostali. Oni tak nie śledzą tych informacji, tego Internetu.

Ja wyłapię każdą bzdurę typu korona na wyspie czy nowy chodnik na ulicy. Gdyby nie Internet i związane z nim możliwości komunikacji byłoby o wiele ciężej. Nie wiem, czy w ogóle bym się do takiej emigracji nadawał. Pomyśleć, że kiedyś tego nie było, a list szedł wieki. A teraz wchodzę do domu i włączam TVN 24.

A kiedy jestem na wakacjach, wydaje mi się że wróciłem z długiego wyjazdu i dopiero później przypomina mi się że mam bilet w drugą stronę i zaraz znowu Memu miastu na do widzenia.

Jak każdy zastanawiam się nad bilansem zysków i strat. I jedne i drugie są na pewno znaczne, pewnie to banał, ale życie polega na wyborach, poświęcaniu jednego na rzecz innego. Poświęciliśmy nasze rodziny, obiady u rodziców, wspólne niedziele nad jeziorem i wycieczki rowerowe dookoła „gminy” na możliwość budowania naszego dorosłego życia, naszej rodziny teraz w trójkę.

Tak miało być, taki był dla nas napisany scenariusz i nie ma sensu szukanie odpowiedzi na popularne pytanie co by było gdybyśmy nie wyjechali, w jakim miejscu byśmy byli. Polska miała wstąpić do UE, a UK otworzyć rynek pracy dla nas. Dziękuję Bogu że odnaleźliśmy się tu, w Aberdeen, że jest to już miejsce nieobojętne naszym sercom jak nieobojętny nam nigdy będzie nasz dom w Polsce.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie