Acid Drinkers "La part du diable". Odporni na "sukces"...

    Acid Drinkers "La part du diable". Odporni na "sukces" [RECENZJA PŁYTY]

    Zdjęcie autora materiału

    Marcin Kostaszuk

    Głos Wielkopolski

    Aktualizacja:

    Głos Wielkopolski

    Najnowsza płyta Acid Drinkers "La part du diable".
    1/3
    przejdź do galerii

    Najnowsza płyta Acid Drinkers "La part du diable".

    Spodziewaliście się, że nową płytę Acid Drinkers "La part du diable" ugrzeczni flirt lidera z show-biznesem? To już raczej RMF i Zetka zaczną grać metal o poranku...
    Po 20 latach od debiutu polski show biznes zauważył, że istnieje coś takiego jak Acid Drinkers. Do tego momentu poznański kwartet obdarzano co najwyżej Fryderykiem w kategorii "heavy metal", co oznaczało mniej więcej tyle: "róbcie sobie ten bałagan, ale z dala od naszego podwórka". Co też Acidzi czynili baz batuty, ale za to z humorem.

    Jakieś pięć lat temu show-biznes w dawnym kształcie przestał istnieć. Przestało być ważne, jaką kto gra muzykę, bo niezależnie od tego czy ktoś wyżywał się w popie, rocku, disco czy metalu, płyta polskiego wykonawcy osiąga dziś maksymalnie 10-15 tysięcy egzemplarzy, obojętnie ile billboardów powiesisz na mieście.

    Kategorię gatunku przesłoniła dziś kategoria "osobowości". Masową widownię znudziły klony śpiewających tak samo i to samo wokalistek, tudzież feelopodobne "rockowe" twory, pasożytujące na miernym guście samorządowców, wydających publiczną kasę na oprawę dni miast i wsi. Szukać nowych idoli zaczęto zatem w gettach do radia i telewizji dotąd nie dopuszczanych - tak w show-biznesie wypłynęli najpierw raperzy (Tede), a potem ekstremalni rockmani (Nergal) - widzowie TVN i TVP w większości nie znają zapewne ani jednego kawałka obu panów, ale szukając odtrutki na plastik trzeba czasami połknąć metal.

    Fascynacja nieświętym Nergalem ma się już chyba ku końcowi, ale zastępca już jest - gdy nawet Wojewódzki nie potrafił werbalnie znokautować Titusa w swoim show, było jasne, że lider Acid Drinkers zostanie niebawem postawiony przed propozycją paktu z diabłem masowej rozrywki. Pretekst dała "Bitwa na głosy", w której Titus juroruje jeszcze z pewną nieśmiałością, ale przyłożyć potrafi. Co prawda im mocnej, tym większą sympatię budzą jego ofiary (tak było z jego krajanem Liberem w sobotę), ale przecież nie wynajęto metalowego guru, by zachwycał się amatorskimi próbami dorównania Tinie Tuner.

    Całe to zamieszanie zbiegło się z wydaniem trzy lata temu najbardziej przystępnej płyty w dziejach Acid Drinkers. "Fishdick Zwei" był wygłupem, pokazującym, jak kreatywni muzycy (nawet metalowi), potrafią wirtuozersko przerobić szacowne standardy muzyki pop. Taka Filharmonia Dowcipu, tylko bez Waldemara Malickiego i orkiestry.

    W takiej aurze Acid Drinkers wydali właśnie nową płytę. I teraz zagadka: jak inteligentni ludzie (za jakich uważam Titusa & Company) powinni zareagować w swoim dobrze pojętym interesie? Wrzucić dwa hity, dwie przeróbki i dwie balladki, a resztę zmielić? No jasne, że nie! Dołożyli do metalowego pieca jeszcze szybciej, mocniej i głośniej.



    Nie wiem, jaka atmosfera panowała w studiu Perlazza (prowadzonym zresztą przez Perłę, byłego gitarzystę zespołu), ale dawno nie słyszałem tak zgranych Acidów, choć to przecież studyjny chrzest grającego z nimi od niedawna gitarzysty Jankiela. O tym, że mu zaufano bez reszty, świadczy choćby powierzenie mu wokalnej roli głównej w "Dance Sami-Macabre". Klasę pozostałych muzyków znamy od lat, Titusowi lata na scenie (i poza nią…) też nie ujmują wokalnych atutów, co jest swego rodzaju fenomenem.

    Niżej podpisany dałby się pokroić za pomysłowy, utrzymany w średnich tempach "Andrew’s Strategy" czy zanurzone w południowo-amerykańskiej tradycji (od Lynyrd Skynyrd do Kyuss) "Zombie Nation", ale lwia część słuchaczy Acidów zachwyca się raczej thrashowym "The Trick" czy "Broken Real Good", za który pokochają ich fani wczesnej Metalliki. Miksowanie różnych wątków najcięższego rocka to specjalność poznaniaków - w zasadzie każdy utwór można powiązać z jakimś podgatunkiem, ale wydźwięk całości jest jasny: żadnych kompromisów.

    Podsumowanie? Dla laików znających Titusa tylko z roli jurora "La part du diable" to wyziew zgoła zabójczy. Dla bywalców metalowych festiwali (jest ich rzesza wielosettysięczna!) - spełnienie marzeń o zespole, co się telewizjom nie kłaniał i szanuje w pierwszym rzędzie tych fanów, którzy przychodzą na koncerty. Dla recenzenta pamiętającego początki Acidów mieszkających jeszcze nieopodal grunwaldzkiego Parku Kasprzaka (przed zmianą na Wilsona) - najlepsza płyta grupy od czasu "Infernal Connection". A dla show-biznesu problem: przygarnięci do medialnego stołu metalowi wymiatacze wymownie pokazali, że konkury o "masówkę" mają w nosie. Lub głębiej.

    Acid Drinkers "La part du diable"
    Cena: ok. 35 zł


    Ocena: 5/6

    Czytaj treści premium w Głosie Wielkopolskim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo