Afryka, moje spełnione marzenia - pamiętnik Karoliny Prymus, wolontariuszki w Nairobi [ZDJĘCIA]

Bogna Kisiel
Tak wygląda szkolna stołówka. Dzieciaki stoją w kolejce po lunch
Tak wygląda szkolna stołówka. Dzieciaki stoją w kolejce po lunch Karolina Prymus
Udostępnij:
Przez trzy miesiące - od września do końca listopada tego roku - pracowała jako wolontariuszka w Nairobi (Kenia). Trafiła tam przez Europejskie Forum Młodzieży, które zapewnia zwrot 90 proc. kosztów podróży, ubezpieczenie, wyżywienie i zakwaterowanie oraz kieszonkowe. Opowieści Karoliny Prymus, studentki anglistyki wysłuchała i spisała Bogna Kisiel

Karolina Prymus: - Ostatnie dni były koszmarne. Znalazłam się na skraju załamania nerwowego. Jeśli jednak miałabym podsumować te trzy miesiące spędzone w Kenii powiem, że było warto. Choć przez ostatni tydzień miałam już serdecznie dość tego kraju, a jeszcze bardziej Kenijczyków. Ale i tak cieszę się z tego wyjazdu.

Dostałam porządną szkołę życia. Nieraz sama byłam głodna. Widziałam niewyobrażalną biedę. Ale mimo tych wszystkich przeciwności, ci ludzie potrafili cieszyć się z najdrobniejszych rzeczy. Dzieciaki, nawet jeśli miały nie wiem jak ciężko, zawsze potrafiły się uśmiechnąć. To podnosiło na duchu. W Afryce lepiej poznałam siebie. Utwierdziłam się w przekonaniu, że powiedzenie "Co nas nie zabije, to nas wzmocni", jest prawdziwe - zaczyna opowieść studentka z Łodzi.

6 września
Afryka! Jedno z moich marzeń życia spełniło się. Razem z Dorotą wylądowałyśmy na Czarnym Lądzie. Na początku gościły nas siostry zakonne. Ken i Judi są z organizacji, która nami się tutaj opiekuje. Od sióstr miałyśmy przeprowadzić się do Dana. Ale nie możemy, bo on ma gości. Dlatego mamy mieszkać oddzielnie. Stanowczo oświadczamy, że nie zgadzamy się. Okazuje się, że z pokoju "wygryzły" nas wolontariuszki: jedna z Niemiec, druga z Danii. W końcu twierdzą, że coś znaleźli, ale przez tydzień musimy z Dorotą spać w jednym łóżku. Zabieramy bagaż i znów jedziemy pod inny adres. I kolejna "niespodzianka"! Mieszkanie małe, zaniedbane. W naszym pokoju śpią cztery dorosłe osoby. Spędzamy tutaj noc.

ZOBACZ TEZ:
BOŻE NARODZENIE W SIECI - CO BAWI I WZRUSZA INTERNAUTÓW

7 września
Budzi nas smród. Może to gaz albo coś innego. Głowa pęka od bólu. Jedziemy zobaczyć szkołę. Czy to szkoła? Boksy zbite z blachy falistej, kupy śmieci, niesamowity smród ze ścieków. I dzieciaki, brudne w podartych ubrankach, usmarkane, a mimo to jak nas widziały, to się uśmiechały. Otrzymałyśmy informację od Kena, że znalazł jakąś inną rodzinę, u której mogłybyśmy zamieszkać. Kolejna przeprowadzka. W progu wita nas przesympatyczna kobieta, ok. 28 lat. Ma na imię Olga, ale mówią na nią Alga. Jej córka Angel ma 3 lata. Dostajemy pokój z dwoma łóżkami, szafą i stolikiem. Jest bosko! Mąż Algi - Joseph całe dni spędza w pracy.

9 września
W końcu zjadłyśmy normalne śniadanie. I jest ciepła woda. Myjemy się w misce, ale łazienka jest czysta. Jedziemy z Dorotą do city parku zobaczyć małpki. Alga zaprowadziła nas na matatu - to busik. Okazało się, że odjeżdża praktycznie sprzed naszego domu. Pytamy o numer matatu, do którego powinnyśmy wsiąść. Każdy mówi co innego. Totalny obłęd! Co chwila nas ktoś zaczepia. Muzungu (biały człowiek, podróżnik) w mieście to sensacja. Wsiadamy do busu nr 11. Kierowca żąda 50 szylingów. O nie, nie damy się zrobić w balona. Po krótkich targach, postanawiamy czekać na następny bus. Razem z grupą Włochów docieramy do city parku. Są małpki, masa ludzi i… cała kupa śmieci. Do centrum wracamy pieszo. Wzbudzamy sensację, trąbią na nas. Jak to białe i pieszo?

Po lunchu nauczycielka kazała ustawić się dzieciom przed drzwiami klasy. Każde na wejściu dostało linijką po łapie. Zapytałam, co zrobiły złego, że je bije. Roześmiała mi się w twarz.

10 września
Jedziemy do szkoły. Wsiadamy do matatu. Znów ścisk, że palca nie ma gdzie wsadzić. Głośna muzyka zagłusza wszystko. Nagle kierowca oddaje nam 20 szylingów i każe wysiadać. W końcu przed 8. docieramy do szkoły. Ja trafiam do pierwszej klasy, a Dorota będzie zajmować się przedszkolakami. U niej jest 38 dzieci, w mojej klasie - ponad 50 uczniów. Nauczycielka posiedziała 15 minut i przepadła gdzieś na cztery godziny. Tylko niektóre dzieci znają angielski, większość posługuje się tylko kiswahili. Aktywność nauczycielki ograniczała się do leżenia na ławce i zabawy telefonem. Jeśli dziecko kręci się, to dostaje lanie. Serce mi pęka.

11 września
Dzień bez przygody w matatu, dniem straconym! Policjant zatrzymał ruch na jednej z ulic. Nie wiadomo, dlaczego. Wszyscy stoją. Po 15 minutach połowa pasażerów opuściła busik. W końcu policjant dał znak do jazdy, z wyjątkiem naszego matatu. Zabrał kierowcy kluczyki i dokumenty. Krzyczał na ludzi. Gdy podeszłyśmy, wyszczerzył zęby w uśmiechu i spytał: "Helo ladies, how can I help you?". Powiedział, że nasze matatu dalej nie pojedzie, ale nam pomoże. Wyszedł na środek ulicy, zatrzymał nadjeżdżający pojazd i kazał kierowcy nas zabrać. Dzisiaj do szkoły zabrałam temperówkę. Zrobiła furorę. Rozdałam parę ołówków. Ależ dzieciaki się cieszyły...

12 września
Czuję się okropnie. Mam nadzieję, że to tylko zwykłe przeziębienie, a nie malaria. W szkole - fatalnie. Po lunchu nauczycielka kazała ustawić się dzieciom przed drzwiami klasy. Każde na wejściu dostało linijką po łapie. Zapytałam, co zrobiły złego. Roześmiała mi się w twarz. Mamy problem z Kenem. Zgodnie z kontraktem powinnyśmy dostać pieniądze na weekend, na jedzenie. Gdy zaczęłyśmy się ich domagać, zarzucił nam, że chcemy wyłudzić kasę. U Algi mieszkamy tydzień, jemy, a ona jeszcze nie dostała pieniędzy. Wieczorem leczę się z przeziębienia kenijską herbatką z polskim prądem.
14 września
Korek gigant. Podróż do szkoły zajęła nam ponad godzinę. Kierowca jechał jak wariat. Cud, że ta blaszana puszka nie wylądowała w rowie. Do tego wszystkiego Ken miał nam oddać pieniądze, które wydawałyśmy na matatu oraz zapłacić Aldze. Pomylił kod i kasa krążyła gdzieś po bankach. Informacja z Polski: Musicie sobie jakoś poradzić. Mam dosyć! Poszłyśmy na skargę do szefowej organizacji Furaha Community, Josephine. Powiedziałyśmy, że nie godzimy się na bicie dzieci. Obie z Dorotą popłakałyśmy się. Obiecała pomoc. Na kolację Joseph robi kurczaka (to najdroższe mięso, najtańsza jest wołowina) na oleju z kokosa, do tego ryż i ugali. Pychota! Nawet ugali da się zjeść.

ZOBACZ TEŻ:
O. MICHAŁ ZIOŁO - BOŻE NARODZENIE ZMIENIA CENTRA NASZEGO ŻYCIA

17 września
Nie idę do szkoły. Czuję się bardzo źle, jakby walec po mnie przejechał. Mam gorączkę. Poddaję się, biorę antybiotyk. Dorota wraca ze szkoły. Znów nauczycielka biła dzieci.

25 września
Na śniadanie cztery mandazi, na lunch trzy mandazi, po powrocie ze szkoły trzy mandazi. Zaraz umrę z głodu. Dzisiaj do szkoły przyjechała Judi z Kenem. Powiedzieli, że nasza rodzina dostaje po 6 tys. szylingów na każdą z nas. Na miesiąc! Jakim cudem ci ludzie mają nas utrzymać? A taki Ken zgarnia kasę, którą otrzymali z Polski na nasz pobyt. Zapomniałabym, wracając ze szkoły postanowiłyśmy skusić się w końcu na zielone banany. Kupiłyśmy trzy i próbowałyśmy je obrać na ulicy. Ale się namęczyłyśmy. Były tak twarde, że z trudem zdarłyśmy skórkę. Smakowały, jak zielone ogórki. Alga miała ubaw po pachy. Okazało się, że można je jeść dopiero po ugotowaniu. Noc była koszmarna. Chyba miałam gorączkę.

Znalazłyśmy swoje miejsce w szkole. Porządkujemy i organizujemy bibliotekę. Mają tyle fajnych książek, które leżą i się kurzą. Nie ma katalogów, nie wiadomo, co gdzie jest, nie wypożyczają ich.

1 października
Chyba znalazłyśmy swoje miejsce w szkole. Porządkujemy i organizujemy bibliotekę. Mają tyle fajnych książek, które leżą i się kurzą. Nie ma katalogu, nie wiadomo co gdzie jest, nie wypożyczają ich. Wszystko fajnie tylko zaraz zejdę z głodu - rano ziemniak z awokado, na lunch banan i ciapati. Niech przyjedzie w końcu Marzena (przedstawicielka naszej organizacji) i rozwiąże kwestię pieniędzy na jedzenie, a właściwie ich braku.

3 października
Sprzątania biblioteki ciąg dalszy. Znalazłyśmy dużo fajnych książek, które leżały za szafkami razem z resztą śmieci. Był tam nawet kij do baseballa. Ja dzielnie zabiłam dwa mega wielkie karaluchy, trzeci zwiał pod szafkę. Ale jeszcze go dopadnę! Po pracy idziemy z Dorotą do supermarketu. W drodze mijamy... kozy, miniwioskę Masajów. W sklepie mają polską czekoladę… Terravitę. O rany, Europa!

9 października
Marzena wizytuje szkołę. Dużo w życiu widziała, ale nie spodziewała się, że jest aż tak źle. Jedziemy do domu przedstawić jej rodzinę. Z Kenem i Judi ustalamy, że mają nam płacić dodatkowo po 25 euro na jedzenie co miesiąc. Ciekawe czy je dostaniemy.

16 października
Pracujemy w bibliotece. Robimy zakładki do książek. Ogłosiłyśmy też konkurs w szkole "Dlaczego warto czytać książki?". Wywiesiłyśmy plakat z informacją o konkursie. Judi przyszła do szkoły. Powiedziałyśmy, że potrzebujemy kartek, kleju, taśmy itp. W końcu mają na to pieniądze. Nie była zachwycona. Wieczorem przyjechała do domu razem z Kenem. Przywieźli m.in. makaron, ryż, cukier. Chyba zrozumieli, że dają rodzinie za mało żywności.

17 października
Umieram: migrena, gorączka, rozstrój żołądka. Czy to malaria? Dorota mnie szantażuje: - Albo wstajesz do szkoły, albo jedziemy do szpitala. Obieram kierunek szkoła. W drodze powrotnej do domu ledwo idę. Słońce praży, jest ok. 30 stopni C. Poddaję się. Fanuel wiezie nas autem do Nairobi Hospital. Po wypełnieniu stosu papierków czekam na wizytę u lekarza, robią mi badania. To nie malaria, ale jakaś bakteria.
27 października
Zbiórka pod Hiltonem i ruszamy do Ngongu. Podróż matatu zajmuje nam ok. godziny, później już czas na wspinaczkę. Cudne widoki, świeże powietrze - to jest to! Rozkładamy koc, wyciągamy jedzenie i relaksujemy się na łonie natury. Nagle patrzę, że zbliża się do nas mega wielka czarna chmura. Pytam Gilberta: - Co to? A on na to: - Wszyscy padnij! To był rój dzikich pszczół.

CZYTAJ TEŻ:
100 OPERACJI ZAĆMY NA MISJI W INDIACH

1 listopada
Dorota w nocy wymiotowała. Źle się czuje. Dziś pierwszy dzień miesiąca, więc pytamy Algę, czy dostała pieniądze dla siebie i dla nas. Nie. Piszemy SMS-a do Judi. Dzwoni Ken. Twierdzi, że pieniędzy nie ma, bo Marzena nie przesłała. Czekają na przelew. Co chwilę podaje inną wersję wydarzeń. Mówię mu, że mnie to nie interesuje. Na początku otrzymali ok. 1,5 tys. euro, czyli 70 proc. przewidzianego budżetu. To ich problem, jeśli pieniądze przepuścili. - Kasa ma być jutro - mówię.

10 listopada
Podróż do Mombasy trwała 9 godzin. Na miejsce dotarłyśmy o 6.30. Jest pochmurno i duszno. Bryan odbiera nas z dworca, choć powinien być już w pracy. Na widok domu "opada nam szczęka". To tu mamy mieszkać za free przez tydzień? Strzeżony, nowiutki budynek, w sąsiedztwie wielkie centrum handlowe z restauracjami i supermarketem. Dostajemy pokój z wielkim łóżkiem, klimatyzacją i wiatrakiem. Matko, on ma prysznic, lodówkę i kuchenkę! Daje nam klucze i mówi, że mamy czuć się jak u siebie. Na plaży biały piasek, palmy, szum Oceanu Indyjskiego. Woda niesamowicie ciepła.

12 listopada
Temperatury w dzień dochodzą do 40 stopni, w nocy jest jakieś 26-27 stopni. Człowiek nie rusza się, a i tak pot kapie ciurkiem. Wyruszamy do miasta, bez przewodnika. Kupujemy mapę. Ślicznie tu! Stare budynki, kręte, wąskie uliczki (trochę jak w Marakeszu). Wybieramy się na przeprawę promem do Likoni. Raz kozie śmierć! Płyniemy. Wzbudzamy sensację. Nikt z białych nie ryzykuje takiej wyprawy? Po zlustrowaniu straganów wracamy. Pytamy o drogę. Każdy wskazuje nam inny kierunek. W końcu kierowca jednego matatu twierdzi, że nas dowiezie. To był błąd. Pojechał w zupełnie innym kierunku, nie oddał pieniędzy. Idziemy pieszo. Upał niemiłosierny. Woda się skończyła. Na stacji benzynowej kupujemy colę. Do domu docieramy tuk tukiem.

Zieleń jest tu soczysta, palmy wyglądają jak z obrazka. A w powietrzu cały czas czuć woń… marihuany

14 listopada
Dziś wyruszamy na podbój Malindi. Po drodze mamy okazję zobaczyć, jak wyglądają afrykańskie wioski: domy z gliny, dziewczynki nabierające wodę ze studni, roześmiane dzieciaki. Zieleń jest tu soczysta, palmy wyglądają jak z obrazka. A w powietrzu cały czas czuć woń… marihuany. Ciekawe, jaka roślina tak pachnie? Malindi to miejsce uwielbiane przez Włochów, ale samo miasto to mała wioska, parę sklepów z pamiątkami i kilka restauracji. Pojutrze opuszczamy Mombasę.

18 listopada
W domu coraz gorsza atmosfera. Jutro nie jedziemy do szkoły, bo w pobliżu był zamach. Ktoś podłożył bombę w matatu. Poszła fama, że to Somalijczyk. Efekt jest taki, że chrześcijanie tłuką się z muzułmanami.

19 listopada
Znowu nie ma prawie nic do jedzenia. Alga chodzi z fochem, gdy je lunch z córką, chowa się w sypialni. Na kolację daje nam obleśne ugali, zieleninę i jajka. Tyle co kot napłakał. Jesteśmy głodne.

25 listopada
Pytamy Algi, co możemy zjeść na lunch. Czekają na nas zimne, przypalone, słodkie ziemniaki. Chleb chyba gdzieś schowała, bo widziałyśmy, że mała (nie ma malarii, jest w domu) go jadła. Dorota idzie po chleb do sklepu, ja biorę się za odsmażanie ziemniaków. Do kuchni wchodzi Alga. Krzyczy na mnie. Tłumaczę, nie będziemy jadły zimnych ziemniaków. Czepia się, że smażę je na margarynie. Po pewnym czasie znów wraca i pyta, co jest złego w jedzeniu, które ona przygotowuje. - Prawie nic - odpowiadamy zgodnie z prawdą. - Poza tym, że go często nie ma i chodzimy głodne. A przecież organizacja płaci za nas.
26 listopada
Rano szykujemy się do szkoły. Jesteśmy gotowe do wyjścia, gdy Alga informuje nas, że zatrudniła pomoc domową. Od dzisiaj będzie mieszkać w naszym pokoju. A do tego jeszcze teściowa, która również zakotwiczy u nas. Pytamy, czy nie może poczekać do soboty, jak wyjedziemy. Na to ona wpada w szał, krzyczy. Pakujemy rzeczy i dzwonimy do Kena, żeby przyjechał. Jak się pojawia nasz "opiekun", Alga odwraca kota ogonem. Twierdzi, że to my byłyśmy niegrzeczne, pomoc domowa przyjeżdża dopiero 7 grudnia, a teściowa ma się tylko u nas przebrać. Co za wredna baba! W końcu dodaje, że jeszcze te parę dni wytrzyma z nami. Wieczorem słyszymy, jak z mężem naśmiewa się z nas. Coś kombinują. Postanawiamy, że jutro zostanę w domu.

Brr, jak tu zimno! Na lot do Warszawy czekamy aż 6 godzin. Zamarzamy

27 listopada
Siedzę jak mysz pod miotłą. Chcemy sprawdzić, czy jak nas nie ma, to włażą do naszego pokoju. Długo nie musiałam czekać. Weszła i zapędziła się do szafy (tam trzymałyśmy m.in. pieniądze i dokumenty). Szkoda, że nie miałam aparatu i nie zrobiłam zdjęcia. Ale miała minę! Tłumaczyła, że przyszła po stołek. Wieczorem Joseph woła nas. Oboje zaczynają na nas krzyczeć. Alga rzuca miską. Nie ma co, jutro się wyprowadzamy.

28 listopada
Znowu się pakujemy. Judi znajduje nam jakiś hostel. Zabiera nas też na jedzenie. W końcu jakiś ciepły posiłek. Ostatni miałyśmy w sobotę. Nowe miejsce wydaje się OK, tylko drzwi nie można zamknąć na klucz. Boimy się, że nas okradną. Jutro ostatni dzień w szkole.

29 listopada
Projekt zakończony! Wyszło naprawdę dobrze. Przekazałyśmy wszystko nauczycielom, oficjalnie otworzyłyśmy bibliotekę, zostawiłyśmy również plakaty, które przygotowałyśmy dla czterech klas. Jest super.

1 grudnia
Ostatnie zakupy i szybki powrót do hostelu. Pakowanie i kierunek Paryż!

2 grudnia
Wychodząc z samolotu na lotnisku Charles'a de Gaulle'a, doznajemy szoku termicznego. Brr, jak tu zimno! Na lot do Warszawy czekamy aż 6 godzin. Zamarzamy. Około 15 lądujemy w Polsce. Nareszcie!

Bogna Kisiel

Możesz wiedzieć więcej! Kliknij i zarejestruj się: www.gloswielkopolski.pl/piano

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie