Agnieszka Kaluga: Bezsensowną tragedię można przekuć w sens...

    Agnieszka Kaluga: Bezsensowną tragedię można przekuć w sens życia [ROZMOWA]

    Paulina Jęczmionka

    Głos Wielkopolski

    Aktualizacja:

    Głos Wielkopolski

    Słowa pocieszenia nie istnieją. Żałobę trzeba wypłakać, poczuć gorycz straty kochanej osoby. Miłości nie da się schować do pudła - mówi Agnieszka Kaluga*, wolontariuszka Hospicjum Palium w Poznaniu.
    Agnieszka Kaluga prowadzi bloga, na którym opisuje historie pacjentów Hospicjum Palium.

    Agnieszka Kaluga prowadzi bloga, na którym opisuje historie pacjentów Hospicjum Palium. ©Paweł Miecznik

    Czy śmierć można oswoić?
    Agnieszka Kaluga
    : Na początku wolontariatu śmierć jest bardzo ciężkim przeżyciem. Można się spodziewać, że po pięciu latach będzie lżej. Ale czasami spotykam pacjenta, którego odejściem jestem tak samo zdruzgotana, jak na początku. Mimo wypracowanych mechanizmów obronnych, schematów działań, wciąż ciężko znieść śmierć. Hospicjum na pewno jednak w jakimś stopniu pomaga ją oswoić. Dzięki wszystkim nabytym tu umiejętnościom, byłam w stanie pomóc przeprawić się mojej rodzinie przez śmierć cioci, która miała raka piersi.

    Jak to się robi? Zwłaszcza w takim miejscu, jak hospicjum, które nazwała Pani kiedyś na blogu "domem na amen".
    Agnieszka Kaluga
    : Moc nie jest w słowach, a w obecności. Nawet nie szukam słów. Ich po prostu nie ma. Obojętnie, czy odchodzi młoda, czy starsza osoba. Każda ma bliskich. To zawsze są trudne rozstania. Prowadzenie przez śmierć zasadza się wyłącznie na obecności i drobiazgach. Wolontariusz jest od dodatków.

    Dodatków, które często są dla chorego ważniejsze niż cokolwiek innego.
    Agnieszka Kaluga
    : Często tak. W szpitalach na te rzeczy nie ma czasu, bo jest za dużo pacjentów i zadań. To pęd w zrozumiałą stronę - ratowania życia i zdrowia. W hospicjum z reguły wiemy, że tego zdrowia już nie uratujemy. Możemy tylko zawalczyć o komfort życia. Dopieścić, towarzyszyć, pójść pół kroku za pacjentem. Tak, jak chociażby za przebywającym u nas teraz panem Kazimierzem, który przemierza kilometry, spacerując w naszym ogródku. Jeśli chcemy mu towarzyszyć, zasuwamy z nim. I to jest wszystko, co akurat temu pacjentowi możemy dać.

    Skoro do hospicjum z reguły wchodzi się tylko raz, czy jest tu miejsce na nadzieję?
    Agnieszka Kaluga
    : Jest, jak w życiu. Zawsze. Może to, że nadzieja umiera ostatnia brzmi banalnie, ale często jestem świadkiem takich sytuacji. Wielu pacjentów wie, że nie da rady wyzdrowieć. Ale ma świadomość, że może jeszcze wiele dać dzieciom, bliskim czy innym chorym. Rolą wolontariusza i wszystkich pracowników jest to, by nadziei nie odbierać. Ale także - by w sztuczny sposób nie wzbudzać.

    Jak zatem rozmawiać z umierającymi?

    Agnieszka Kaluga
    : Wszystko zależy od ich stanu, ale i osobowości. Są osoby w pełni świadome choroby i miejsca, w którym przebywają, a są i takie, które planują jeszcze mnóstwo rzeczy. Nie jestem tą, która ma prawo do naprowadzania ich w konkretnym kierunku myślenia. Tak naprawdę nawet nie wiem, jaka może być przyszłość danego pacjenta. Niektórzy trafiają do hospicjum z założeniem kilku dni życia, a zostają na pół roku, po czym wychodzą do domu.

    Nie ma gotowej instrukcji postępowania.
    Agnieszka Kaluga
    : Oczywiście, w pewnym sensie - jako wolontariusze - stoimy na straży adekwatnego nazywania rzeczy i sytuacji. Ale to pacjenci są przewodnikami, prowadzą nas we wzajemnej relacji. Czasami chcą rozmawiać o wnukach, czasami o jedzeniu albo sporcie, a czasem są to poważne rozmowy o życiu i walce z chorobą.

    W domu, wśród bliskich czy znajomych, często mamy problem z rozmawianiem o śmierci. Nie wiemy też, jak podejść do osoby, która przeżywa żałobę.
    Agnieszka Kaluga
    : W takich momentach warto skorzystać z własnych doświadczeń. Jeżeli przeżyliśmy żałobę, powinniśmy przypomnieć sobie, jak sami ją przechodziliśmy i czego potrzebowaliśmy. Mnie to bardzo pomagało na początku pracy w hospicjum. Przypominałam sobie, co było mi pomocne w żałobie. Zdecydowanie nie były to słowa typu: "jesteś młoda, ułożysz sobie życie", "jeszcze coś fajnego się wydarzy", "Bóg tak chciał". Odbierałam te słowa jako zasypywanie problemu, a nie bycie blisko mnie. Nie ma słów pocieszenia. Jeżeli człowiek jest w żałobie, po prostu w niej jest. Musi ją wypłakać, poczuć gorycz straty osoby, którą kochał. I kocha nadal. Miłości nie można nagle pozamykać, schować do pudełka. Ból trzeba przeżyć. I najlepiej znaleźć towarzysza, która ten ciężar czasem poniesie z nami. Chodzi więc bardziej o czynności, a nie słowa.

    Co Pani pomagało po śmierci Pani dziesięciodniowej córki Martynki?
    Agnieszka Kaluga
    : Utkwił mi w głowie dzień, w którym znajoma przyjechała z Warszawy i zaproponowała, byśmy poszły na grób Martynki. Połowa mojej rodziny nigdy tego nie zaproponowała. A znajoma, której nie opowiadałam o swoich przeżyciach czy pogrzebie, po prostu powiedziała: chodźmy. Sam fakt, że musiałyśmy udać się na cmentarz, kupić znicz, spędzić na tym półtorej godziny, był niejako wspólnym przejściem kawałka żałobnej drogi. Koleżanka nie powiedziała, że będzie dobrze, nie głaskała mnie. Poświęciła mi czas. Jeśli więc nie wiemy, co powiedzieć, lepiej zaproponować wspólne spędzenie czasu. Niech to będzie nawet gotowanie obiadu. Czytałam kiedyś przepiękną książkę o żałobie. Autor przytoczył historię rodziny wielodzietnej, w której zmarł nastoletni syn. Co członkowie rodziny najlepiej zapamiętali z tych smutnych dni? To, że w dniu pogrzebu przyszedł do nich sąsiad i wypastował wszystkim buty. Ten obraz to clou bliskości. Tu nie ma słów. To boli. Tego nie da się wytłumaczyć. Także ludziom wierzącym.

    Jest wieczne, pozostające bez odpowiedzi pytanie "dlaczego".
    Agnieszka Kaluga
    : Zamiast próbować na nie odpowiadać, można przyjść i wypastować komuś buty. To wymaga odrobiny odwagi, by coś zrobić. Gdy ja byłam w żałobie, komunikat "zadzwoń, gdy będziesz chciała", nie wystarczał. Nie warto czekać na taki telefon. Prośba o pomoc, wsparcie jest trudna w ogóle, a co dopiero, gdy przeżywa się śmierć. Ja wysyłam SMS-a albo e-maila, bo to bezpieczna forma kontaktu.

    Jeśli ktoś nie chce, nie odpowie.
    Agnieszka Kaluga
    : Tak. Ale ma sygnał, że nawet po kilku miesiącach wciąż o nim pamiętam i jestem gotowa wesprzeć. To bowiem kilka tygodni, miesięcy po pogrzebie, z reguły przeżywa się najgorsze chwile. Bezpośrednio po pogrzebie człowiek nie jest jeszcze w pełni świadomy. Śmierć do niego nie dociera. Ale później przychodzi faza totalnego wyczerpania, choroby. Nie wiadomo, co ze sobą począć.
    1 3 »

    Czytaj treści premium w Głosie Wielkopolskim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo