Aleksandra Boćkowska: Dziś dres jest taki sam, ale znaczy coś zupełnie innego

Anita Czupryn
„Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” Doroty Masłowskiej była promowana w 2002 roku jako pierwsza polska powieść dresiarska materiały prasowe
Dres sam w sobie nie jest ciekawy. Noszony do szpilek jest już ciekawszy. Dres nałożony na jakiś ciuch może fajnie wyglądać. Dres z blokowiska opowiada o czasach, jakie były - mówi Aleksandra Boćkowska, dziennikarka, autorka książek.

Kto w PRL-u nosił dresy i jak ten strój był wtedy traktowany?
W PRL-u chyba tylko sportowcy nosili dresy. Na ulicach dres pojawił się dopiero w czasach transformacji, pod koniec lat 80. Najpierw były te straszne ortalionowe stroje. Wkrótce pojawiły się podróbki dresów znanych firm i stały się ulubionym strojem chłopaków przesiadujących pod blokami. Powstała cała subkultura dresiarzy. Dziś dres jest już eleganckim, równoprawnym strojem, jak każdy inny. Przez te trzydzieści prawie lat, jakie od tamtego czasu upłynęły, dres kompletnie zmienił swoją funkcję w modzie.

Gdy w ubiegłym tygodniu w internecie pojawiło się archiwalne zdjęcie wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego w białym, dresiarskim ortalionie z podpisem, że „w młodości stał pod blokiem”, tysiące internautów z entuzjazmem zaczęło wklejać zdjęcia z dzieciństwa z hasztagiem #stałemPodBlokiem. Uzasadniona jest ta euforia związana blokersami i dresiarzami?
Trudno mi to oceniać. Prawdę mówiąc w postaci Patryka Jakiego mniej niepokojące wydaje mi się to, co nosił 20 lat temu, dużo bardziej niepokoi mnie to, co myśli i robi teraz. Na pewno w czasach transformacji dres nosiło mnóstwo osób, bo taka była moda, bo tego wymagał dress code. Siła dress code, czyli zasad dotyczących odpowiedniego stroju do odpowiedniej okazji, była o wiele większa niż dziś. Jeśli ktoś przebywał wśród ludzi noszących dresy, to ubierał się podobnie.

To była siła subkultury.
No tak. Była więc i subkultura dresiarzy osadzona gdzieś na granicy półświatka i zwyczajności. Z czasem inspirację z niej zaczęły czerpać kluby, a w końcu i światowa moda.

Dziś Patryk Jaki nosi garnitury… i przebywa wśród „garniturów”.
Być może świadczy to o jego upodobaniu do uniformu, ale naprawdę nie chcę psychologizować na temat strojów wiceministra. Widziałam w telewizji, jak z pasją mówił o torturowaniu ludzi, i dlatego uważam, że rozmowa o modzie w momencie, kiedy Patryk Jaki pełni stanowisko wiceministra sprawiedliwości, a może pełnić jeszcze wyższe, jest marnowaniem czasu.

Wolisz porozmawiać o Patryku Jakim niż o modzie?
Nie, nie. Jeszcze bardziej nie czuję się kompetentna. Uważam tylko, że traktowanie jego starego zdjęcia jako pretekstu do gadania o ciuchach, może tylko niepotrzebnie ocieplać jego wizerunek. Że to niby taki równy chłopak, jak wielu, z blokowiska.

Tobie się zdarzało chodzić w dresie?
Wtedy nie. Byłam nastolatką, jak upadał PRL.

Zastanawiałaś się, jak to się stało, że dres wówczas stał się dla niektórych stylem życia?
Nie mam pojęcia, dlaczego tak się stało. Wiem, dlaczego teraz jest modny.

Ortalionowy dres był śliski. Policjant nie mógł schwytać bandziora ubranego w dres.
Można też szukać prostszej odpowiedzi, że ta moda wzięła się stąd, że wtedy trendy było wszystko to, co sprzedawano na bazarach.

A nie z tęsknoty za logo znanych, światowych marek? Każdy chciał wtedy mieć coś z „adidasa” czy „najki”.
To właśnie było na bazarach i było szalenie modne. Bazary były czymś zupełnie innym niż teraz - tam właśnie się chodziło, żeby kupić coś super. Mało kto wtedy wiedział, że podróbki nie są super.

Teraz mamy galerie i oryginały. Czy bazary jeszcze w ogóle istnieją?
Istnieją, oczywiście. Są w małych miastach, ale też na osiedlowych bazarkach z warzywami w dużych miastach ciągle są stoiska z ubraniami czy, nie wiem, pościelą. Tylko dziś wiadomo, że to jest słabej jakości. Ubierają się tam ludzie, których nie stać na wizyty w galeriach handlowych. W początkowym okresie PRL-u na tak zwanych „ciuchach’ - w Warszawie przy ul. Skaryszewskiej, we Wrocławiu na placu Nankiera, w Krakowie na Rynku Zwierzynieckim - ubierały się elegantki i eleganci. Aktorzy, żony lekarzy, modelki - wszyscy przychodzili tam, jeśli nie coś kupić, to chociaż pokazać się. Jest taka scena w filmie „Małżeństwo z rozsądku”, kiedy jeden z bohaterów pyta, gdzie może spotkać interesującą go dziewczynę. „Jak wszystkie panienki z dobrego domu. Na ciuchach” - słyszy w odpowiedzi. Ciuchy na „ciuchy” trafiały z paczek z Ameryki via bazary w Nowym Targu czy Rzeszowie, bo tam przychodziło ich najwięcej. Były amerykańskie, co samo w sobie było atrakcyjne, a często trafiały się naprawdę modne, dobrej jakości, z płaszczami Burberry włącznie. Z czasem to zmieniało się na brzydsze. W latach 80. warszawskie ciuchy były w Rembertowie. Wprawdzie wszystkie szanujące się artystki opowiadają w wywiadach, że jeździły na zakupy właśnie tam, ale wydaje się, że tam już więcej było tandety. W 1987 roku Barbara Hoff zapytana o to, kto ubiera warszawską ulicę - Moda Polska, Hoffland czy Pewex - odpowiedziała: „najważniejszym adresem jest bazar w Istambule i jego polskie filie - miejscowe targowiska. Tam sprzedaje się ciuchy, na które jest największy popyt”.

No tak. Słynne tureckie sweterki!
Sweterki, dżinsy marmurki i właśnie dresy. To był ten czas niesamowitego handlu transgranicznego, który uprawiali Polacy. To zjawisko bardzo wnikliwie opisał profesor Jerzy Kochanowski w książce „Tylnymi drzwiami” o czarnym rynku w PRL. Podaje tam mnóstwo barwnych przykładów, między innymi pewnego rejsu po Morzu Czarnym w 1989 roku. Za jednym zamachem pasażerowie przywieźli z Turcji sto tysięcy par dżinsów, 700 tysięcy artykułów kosmetycznych, cztery tony gumy do żucia, pół miliona sztuk zegarków elektronicznych.

Prawie każdy, kto wtedy wyjeżdżał, coś przemycał choćby na drobną skalę. A jeśli ktoś miał większy talent, to trafiał z towarem na bazar.
I choć nie było już wówczas tak elegancko jak w latach 50. i 60., Polacy ubierali się tam jeszcze chętniej. Bo państwowe przemysł i handel były już wówczas w całkowitej rozsypce, więc trudno było w sklepie kupić cokolwiek, a zwłaszcza modnego. Poza tym mieliśmy przekonanie, że to, co zagraniczne, jest lepsze. No i było było to kolorowe. Barbara Hoff mówiła o tej końcówce lat 80., że „ulica warszawska - jak całe nasze życie - jest szara”. Ludzie pragnęli kolorów. Wierzyli, że to, co kolorowe to jest fajne, choć wcale nie było fajne. W tym czasie dres na zachodzie funkcjonował już zupełnie inaczej.

Dres na zachodzie urodził się w latach 20., ale to dopiero Jane Fonda uczyniła z niego pożądany ciuch; zrodził się nowy trend - sportowego życia, a co za tym idzie - młodości i w ten sposób, powoli dresy zaczęły wychodzić z klubów sportowych na ulice.
Do Polski ten trend dotarł w latach 80. Nie uprawiano jeszcze sportu masowo, choć o aerobiku na pewno się mówiło, no i na pewno w modzie były getry i legginsy.

W PRL do mody przywiązywano zbyt duże znaczenie. W największej mierze była ucieczką od szarości

Już wtedy mówiło się w Polsce „legginsy”?
Nie wiem. Ale elastyczne obcisłe spodnie noszono na pewno. A do nich getry, czyli zakładane na łydki kolorowe podkolanówki, tyle że bez stóp. Stylowo było, jeśli nonszalancko się zwijały.

W 1995 roku na scenie w dresach prezentowały się kandydatki miss Polonia. To wtedy chyba dresy zaczęły już zrywać z tym czarnym pijarem dresiarza, blokersa, chuligana. Co było tym impulsem?
Moda. Stało się to dzięki modzie, która szuka zarobku wszędzie tam, gdzie jest to możliwe. W pierwszych latach obecnego wieku projektanci wysokiej mody dość intensywnie współpracowali z markami sportowymi - Yohji Yamamoto i Stella McCartney z Adidasem, Vera Wang z Nike, Hussein Chalayan z Pumą. Chodziło w tym nie tylko o kasę, ale też o szukanie nowych technologii, producenci odzieży sportowej są w tym świetni. Ostatnie lata to z kolei fascynacja wschodnią Europą. Po sławnych modelkach wywodzących się z Rosji, przyszedł czas na projektantów ze wschodu. Od kilku lat gorącym nazwiskiem w świecie mody jest Gosha Rubchinskiy.

Gosha brzmi jak kobieta. Intuicja mówi mi, że jest facetem. Jest?
Jest facetem z Moskwy. Sławę przyniósł mu pokaz zorganizowany w 2009 roku w dawnym moskiewskim kościele przerobionym na siłownię. Potem pieniądze wyłożyła Rei Kawakubo, która w należącym do Comme des Garçons (to jej marka) londyńskim Dover Street Market sprzedaje ubrania rokujących projektantów. Zaprosiła do współpracy Rubchinskiy’ego, sfinansowała produkcję kolekcji. Od 2014 roku pokazuje kolekcje podczas fashion weeków w Paryżu i Londynie. I są to rzeczy często przepisane prosto z petersburskich czy moskiewskich blokowisk - spodenki gimnastyczne, dżinsy piramidy i dużo dresów, takich jak pamiętamy z lat 80. Na zachodzie okazały się prawdziwą rewelacją. Innym takim gorącym nazwiskiem jest Demna Gvasalia - Gruzin, który studiował w ASP w Antwerpii. Pracował między innymi u Louis Vuitton, współtworzy markę Vêtements - bardzo łobuzerską w fasonach, która stała się jakiś czas temu objawieniem wybiegów. W 2015 roku został dyrektorem artystycznym Balenciagi. To szacowny dom mody z tradycjami sięgającymi początku XX wieku, a tu nagle taki zawadiaka ze wschodu robi rewolucję. I rzeczywiście zdekonstruował klasykę i dołożył takie ubrania jak puchówki, t-shirty czy dresy. Damska puchówka kosztuje 2500 euro, bluza z kapturem - 600.

Bogaci kupują dlatego, że są fajne, bo są drogie, czy dlatego, że są wygodne?
Są rozmaite interpretacje tego zjawiska. Najmilsza dla mody jest opowieść o tym, że chodzi o to, by zacierać różnice społeczne, bo w późnym kapitalizmie, gdzie wiadomo już wszystko o nierównościach, niesprawiedliwościach i wyzysku, którego zresztą przemysł mody jest istotnym uczestnikiem, nie wypada już obnosić się z tradycyjnie pojmowanym luksusem. Mnie się zdaje, że to jednak marketingowa historia, bo 2500 euro za puchową kurtkę pozostaje 2500 euro. Nadal zatem chodzi o pieniądze, które bogaci po prostu chętniej wydają na rzeczy wygodne niż niewygodne. To nie jest jakoś szczególnie nowe, moda z dekady na dekadę robi się coraz wygodniejsza. Ten zwrot ku sportowym ciuchom wiązałabym raczej raz z ogromną popularnością sportu - on jest chyba teraz najważniejszą miejską rozrywką, a dwa z tym, że kobiety mają już dość chodzenia w szpilkach.

Tak jak wcześniej mówiły: „Nie możemy być uwięzione w gorsetach, nie mogą nas krępować staniki”?
Z gorsetów uwolniła kobiety Coco Chanel prawie sto lat temu, a teraz jest już całkowita emancypacja. Łącznie z tym, że coraz więcej marek nie dzieli już kolekcji na damskie i męskie. Z tych sportowych motywów bardzo istotne są buty. Na wybiegach, nawet Chanel, kilka lat temu pojawiły się sneakersy, czyli buty sportowe. Trampki czy adidasy spokojnie można nosić do płaszcza z wielbłądziej wełny i jest to bardzo cool. Wszystko to pokazuje, że zasady dress codu, do jakich byliśmy przyzwyczajeni, zupełnie się zmieniły. Natalia Maczek, założycielka polskiej, popularnej na świecie marki MISBHV powiedziała w jednym z wywiadów, że awangarda i luksus nie są w opozycji, a uzupełniają się: „Sama awangarda jest nudna. Sam luksus jest płaski. To, co jest ciekawe, dzieje się pomiędzy”.

Tymczasem awangarda zeszła do podziemia?
Nawet jeśli, to luksus ją zaraz tam znajdzie. Potrzeba znajdowania wciąż czegoś nowego jest bardzo silna.

Ale to „coś nowego” jest niczym innym jak sięganiem po stare.
Na tym polega moda. Jednak 30 lat temu, gdyby ktoś włożył trampki do płaszcza i przyszedł tak ubrany do pracy, to nie byłoby to dobrze widziane. Dalej nie wszędzie spotyka się to z akceptacją, ale jest większe przyzwolenie na przemycanie takich rzeczy spoza dress codu.

Jasne. Ale wyobrażasz sobie ślub w dresie?
Zależy czyj. Dress code niesie bezpieczeństwo, jest wygodnym uniformem. Lubię patrzeć na ludzi, którzy łamią schematy, nie ubierają się zgodnie z zasadami, jeśli robią to w fajny sposób, to mogę im tylko pozazdrościć.

Ponieważ Ty w swojej książce o modzie, ubieraniu się, poszukiwałaś zwykle jakiejś historii, to czy uważasz, że w dresie jest zawarta historia na książkę?
Wydaje mi się, że nie ma. Ale liczy się to, co kogo interesuje. Mnie żaden element ubioru nie interesuje na tyle, żeby pisać o tym osobną książkę. Ubrania są ciekawe w kontekście. W kontekście epoki, w kontekście tego, kto je nosi, ewentualnie w kontekście tego, z czym się je nosi. Dres sam w sobie nie jest ciekawy. Dres noszony do szpilek jest już ciekawszy. Dres nałożony na jakiś ciuch może fajnie wyglądać. Dres z blokowiska opowiada o czasach, jakie były.

„Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” Doroty Masłowskiej była promowana w 2002 roku jako pierwsza polska powieść dresiarska materiały prasowe

Jakie były te czasy?
O, to jest temat na książkę! Pracuję zresztą nad nią. Kilka mogę polecić - z niedawno wydanych choćby „Duchologię” Olgi Drendy czy „Normy widzialności” Magdy Szcześniak. Uogólniając i upraszczając były to czasy, kiedy cała Polska znalazła się na bardzo przyspieszonym kursie poznawania tego, jak to jest na zachodzie. Nie mając właściwie żadnej bazy prócz telewizji satelitarnej, która też dopiero co weszła, chcieliśmy prędko stać się ludźmi Europy. To musiało poskutkować nieporadnością.

Najpierw to zachwycaliśmy się opakowaniami. Kiedy jeździłam na reportaże w latach 90., w wielu domach widziałam, że na szafkach czy telewizorach zamiast serwetek czy sztucznych kwiatków stały puste puszki po coca-coli, albo innych napojach, bo liczył się zagraniczny napis.
Tak, wszyscy wtedy zbieraliśmy zagraniczne śmieci. Całe moje pokolenie zbierało reklamówki, puszki, pudełka po papierosach. Kiedy pisałam książkę o modzie w PRL, damy z warszawskich sfer artystycznych opowiadały mi, że nosiły t-shirty z naprasowanymi logo zagranicznych firm. Pisząc o luksusie w PRL trafiłam z kolei na mnóstwo anegdot o tym, jak faceci, wówczas nastoletni plus, pisali listy do zagranicznych firm z prośbą o przysłanie prospektów i materiałów reklamowych. To było bardzo popularne. Młodsi wymieniali się tym, starsi handlowali. Zbieranie tych śmieci obrazuje, jak bardzo Polska była odcięta od świata, mimo że w latach 80. trochę się już za granicę jeździło.

Jeździło się na Węgry po dezodoranty „Claudia” i pachnące gumki. Wiem, bo pionierzy tych handlowych szlaków opylali to wszystko w akademikach.
Tylko pamiętaj, że do 1989 roku paszport był własnością urzędu.

Ja sobie wyrobiłam paszport dopiero w 1990 roku, a za granicę pierwszy raz wyjechałam w 1991.
To kolejny dowód na to, że tak szybko chcieliśmy wszystko nadrobić.

Wracając do mody - czy ona osobiście dla Ciebie ma znaczenie?
Trudno mi na to pytanie odpowiedzieć. Nie wypada mi powiedzieć, że nie ma.

Ale czy dziś przy wyborze ubrań sugerujesz się…
… trendami mody? Nie. Chyba już jestem na to za stara.

W książce „To nie są moje wielbłądy. O modzie PRL” pokazałaś po pierwsze, że moda to bardzo skomplikowane zjawisko, a po drugie, że ona miała znaczenie.
Na szczęście wolny kraj tym się różni od nie wolnego, że w wolnym moda nie musi mieć znaczenia. W PRL-u do mody przywiązywano zbyt duże znaczenie. W największej mierze była ona ucieczką od szarości.

Ale była też buntem.
To prawda. Za kompletnie wywrotowy ubiór można było mieć przykrości.

Można było zostać spałowanym przez milicję.
Tak, można było zostać spałowanym za wygląd. Ubranie wtedy było, a przynajmniej bywało, wyznacznikiem jakiejś myśli, wyrazem jakichś poglądów.

Teraz chyba też tak jest. Patrzę na młodych ludzi z kolorowymi włosami, tatuażami, kolczykami…
Ale to nie jest, przynajmniej do tej pory nie było, polityczne. Może mówić o tym, jakiej ci ludzie słuchają muzyki, albo czy po drodze im z uniformem, czy nie.

Myślisz, że teraz moda stanie się polityczna?
Nie wiem. Ale są firmy zanurzone w tak zwanym nurcie odzieży patriotycznej, które bardzo dobrze sobie radzą, ich sklepy znajdują się przy głównych ulicach polskich miast.

A tak, koszulki z orłem, biało-czerwona pościel, no i słynne peleryny.
Niektóre z tych firm mają już sklepy przy głównych ulicach miast, w drogich lokalizacjach, z eleganckimi witrynami. A przecież ten nurt też wyszedł z bazarowej mody. Dziś te sklepy udają ekskluzywne.

To jest moda, która, można powiedzieć, wychodzi naprzeciw myśli rządowej.
Ale póki co nie ma czegoś takiego i chyba nie będzie, że za wygląd będzie można oberwać, albo, że jeśli nałożysz zbyt wiele kolczyków, to zaczniesz wzbudzać podejrzenia. To się już chyba stać nie może.

Mnie się wydaje, że Polacy są jednak bardzo konserwatywni, jeśli chodzi o ubiór. Kiedy jeżdżę do Anglii i widzę, jak tam ubierają się ludzie, to myślę, że w Polsce oni w takich strojach nigdy by nie dostali pracy.
Londyn jest wyjątkowy. Są miasta, które mają swoją specyfikę w sprawach mody - mimo globalizacji w Londynie, Paryżu czy Mediolanie zawsze będzie jakoś inaczej. Nie bez powodu tam właśnie dzieją się najważniejsze wydarzenia w europejskiej modzie. Wyraźny jest styl skandynawski - tygodnie mody w Kopenhadze coraz bardziej liczą się w tym przemyśle. Ale czy w Warszawie jest inaczej niż w Pradze czy Lizbonie? Bez przesady. Mamy te same ubrania tych samych marek i coraz więcej fajnych polskich projektantów. Z pewnością nie rozpoznasz już Polaka po butach i po tym, że nosi skarpety do sandałów. Jeśli jesteśmy bardziej konserwatywni, to może dlatego, że w ogóle jesteśmy. A być może to przyspieszenie lat transformacji spowodowane naszym wcześniejszym zamknięciem się na świat, zaowocowało tym, że Polacy w pewnym momencie powiedzieli „dość już tego nadążania za Europą”. No, ale to już trochę inny temat.

Czy badając modę PRL-u znalazłaś coś, o czym można powiedzieć, że to był nasz własny, polski styl?
Nie, nie, zawsze najpiękniejsze było to, co było zagraniczne. Nie było wielu takich fasonów, które wymyślono w Polsce i podchwyciła je reszta Europy. Raczej było odwrotnie.

Teraz też tak jest?
Dziś świat estetyki jest tak zglobalizowany, że trudno wymyślić coś zupełnie nowego. Dlatego właśnie dres jest z grubsza taki sam, jak był 30 lat temu, ale dziś znaczy już coś zupełnie innego. Spodnie dla kobiet 60 lat temu były nowością, dziś są oczywistością. Natomiast polskie marki coraz lepiej radzą sobie za granicą. Młodzi projektanci sprzedają ubrania w Berlinie, dzięki internetowi sprzedają na cały świat. Rzeczy Magdy Butrym można kupić w światowych e-sklepach z luksusowymi ubraniami. MISBHV pokazywało się na fashion weeku w Nowym Jorku, w Europie to popularna marka. Pokazują się w ich ciuchach międzynarodowe gwiazdy, kurtki z napisem „Warszawa” na plecach są hitem. Zauważ: „Warszawa”, a nie „Warsaw”. W hołdzie dla Davida Bowiego i Joy Division, ale też to dowód, że przestaliśmy wreszcie udawać, że jesteśmy nie wiadomo skąd. W latach 90. prawie wszystkie firmy nazywały się zagranicznie po to, by wzbudzić zaufanie Polaków. Teraz, jeśli nawet, to dlatego, że to wygodniejsze w międzynarodowym handlu. Nie dopisują sobie do nazwy, jak to zdarzało się dawniej, „Made in Milano”, tylko „Made in Warsaw” lub „Made in Poland”. I bardzo dbają, by szyć w Polsce.

Co dziś we współczesnych trendach mody Tobie podoba się najbardziej?
Chyba właśnie dresy. I to, że wygoda może być elegancka.

Wideo

Materiał oryginalny: Aleksandra Boćkowska: Dziś dres jest taki sam, ale znaczy coś zupełnie innego - Plus Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3