Alicja Jakubowska: Dziełem „Dziewczyna w ramie obrazu” Rembrandt zjednoczył rzeczywistość ze światem sztuki

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Dzieło Rembrandta "Dziewczyna w ramie obrazu"
Dzieło Rembrandta "Dziewczyna w ramie obrazu" Materiały prasowe
Rembrandt miał w rodzinie Polaka – Jana Makowskiego, filozofa i teologa, który był mężem siostry jego żony Saskii. Czyli jego szwagrem. Stąd też holenderski malarz miał kontakty z Polską. Również dlatego, że stryj Saskii przebywał w Polsce; handlował meblami. Być może więc deski topolowe, na których namalował „Dziewczynę w ramie obrazu” i „Uczonego przy pulpicie” pochodzą z Polski – mówi Alicja Jakubowska, kustosz Zamku Królewskiego w Warszawie.

Na Zamek Królewski w Warszawie wrócił właśnie z Rzymu obraz Rembrandta „Dziewczyna w ramie obrazu”. Przyjechał pod eskortą?

To, w jaki sposób transportowane są tego rodzaju dzieła, zwykle pozostaje tajemnicą. Ale rzeczywiście kilka dni temu z Włoch wrócił nasz obraz. Został wypożyczony do Palazzo Barberini w Rzymie na wystawę, która zgromadziła 25 starannie wyselekcjonowanych arcydzieł z najważniejszych kolekcji muzealnych Europy, jak Rijksmuseum i Prado.

„Dziewczyna w ramie obrazu”, „Żydowska narzeczona”, „Dziewczyna w kapeluszu” – jedno dzieło Rembrandta nosi aż trzy nazwy. Skąd się one wzięły i która jest prawidłowa?

No, właśnie, to jest ciekawe, jak to jest z tytułami obrazów; kto je nadaje, kto wymyśla. Wydawać by się mogło, że przy portretach sprawa jest prosta - jeżeli kupujemy portret konkretnej osoby, to zwykle tytułem obrazu jest nazwisko postaci. Powiemy na przykład: to jest portret księcia Poniatowskiego. Jeżeli obraz przedstawia krajobraz, tytuł będzie opisowy, na przykład: „Kozy i pies nad strumieniem”, bo taki uroczy obraz też mamy w naszych zbiorach. Natomiast w przypadku obrazu Rembrandta mamy szczególną sytuację. Dzieło przedstawia bardzo młodą dziewczynę; ona nigdy nie została zidentyfikowana jako konkretna osoba. Z wiedzy historycznej, z wiedzy badaczy wynika, że w XVII wieku w Holandii malowano też takie obrazy, które przedstawiały różne typy ludzkie. Były malowane z zamiarem sprzedaży kolekcjonerom. Były więc typy uczonych, starców, czasem żołnierzy, nawet pijaków w karczmach. Chodziło o to, aby taki obraz można było powiesić na ścianie i doceniać kunszt malarza.

Kto je kupował?

Między innymi holenderscy kupcy, którzy stali się mecenasami ówczesnej sztuki; tego typu obrazy wybierali świadomie. Miały one być właśnie do podziwiania. Wydaje się, że „Dziewczyna” też jest takim typem; ma nawet swoją holenderską nazwę – „tronie” – co oznacza twarz, głowę.

Wróćmy do tych trzech nazw.

Zacznę od tego, że w XVIII wieku dwa obrazy Rembrandta, które dziś mamy w swoich zbiorach, czyli „Dziewczyna w ramie obrazu” i „Uczony przy pulpicie”, funkcjonują jako para i zdobią różne zagraniczne kolekcje – najpierw w Amsterdamie, potem w Berlinie, wreszcie zostają zakupione przez króla Stanisława Augusta. Wtedy identyfikowano je jako „Żydowska narzeczona” i „Ojciec żydowskiej narzeczonej”.

Dlaczego tak?

Z powodu sposobu, w jaki przedstawiona jest ta dziewczyna. Czyli: aksamitny beret, suknia, czy też wiązany kaftan, bufiaste rękawy – takim strojem malarz nawiązuje do XVI wieku. Jak wiemy, Rembrandt tworzył w wieku XVII, ale historyzował, wymyślał stroje swoim postaciom. Oprócz tego, że malował portrety na zamówienie i to tak, jak ludzie wtedy wyglądali – fotograficznie – to tworzył także wizerunki wyimaginowanych osób w strojach, które również były wytworem jego wyobraźni. Jak wspomniałam, uwielbiał nawiązywać do wieku XVI, do Rafaela, do włoskich mistrzów. W XVII wieku panował mit, że malarze XVI-wieczni osiągnęli wszystko, byli wielkimi artystami, a przykładem był właśnie Rafael czy Michał Anioł. Ich sztuka była więc punktem odniesienia. Dla współczesnego odbiorcy sztuki strój dziewczyny jest strojem historycznym, ale w XVII i XVIII wieku wyraźniej dostrzegano, że ten strój jest dziwny, że jest „nietutejszy”, nie z ich czasów, nie z XVII ani nie z XVIII wieku. Wówczas historia sztuki nie była jeszcze tak rozwinięta, więc kolekcjonerzy zdani byli trochę na siebie, to znaczy na swoją znajomość czy też nieznajomość sztuki. Podziwiali zatem dzieła, ale ich wiedza dotycząca dzieł nie była zbyt głęboka. Ówcześni kojarzyli, że Rembrandt często malował postaci z Biblii, szczególnie ze Starego Testamentu i ubierał postaci w stroje, które były połączeniem strojów XVI-wiecznych i strojów orientalnych. Tworzyło to dość oryginalną, ale nie istniejącą w rzeczywistości stylistykę, za to istniejącą w wyobraźni artysty. Analogicznie więc przeniesiono to na wizerunek „Dziewczyny” i stwierdzono, że skoro ona ma taki strój, to zapewne jest postacią ze Starego Testamentu. Ergo: to jest postać Żydówki.

Zatem Żydówka – już wiadomo; ale skąd się wzięła narzeczona?

Ponieważ jest młodą osobą, ma długie, rozpuszczone włosy, kolczyki w uszach, jest strojnie ubrana. Istniało przekonanie, że młode, żydowskie kobiety, które przygotowują się do zamążpójścia, noszą takie właśnie włosy. Jak już zidentyfikowano ją jako Żydówkę, która ma rozpuszczone włosy, a nie jak mężatka, podpięte i schowane, to – uznano – musi być to narzeczona. A na dodatek nie patrzono na ten obraz indywidualnie, tylko w kontekście drugiego obrazu – „Uczonego”. Skoro więc to ma być jej ojciec, który coś pisze przy pulpicie, to pewnie zapisuje jej posag. Takie były uproszczone skojarzenia.

Krótko mówiąc – takie są najprostsze interpretacje.

Otóż w taki właśnie sposób kojarzono historię tych obrazów; stąd wziął się tytuł „Żydowskiej narzeczonej”. Taka interpretacja przykleiła się do tych obrazów, ale przy okazji powiem, że jest jeszcze inny obraz Rembrandta, który też nazywano „Żydowską narzeczoną”.

Zwany też „Portretem dwóch osób ze Starego Testamentu”.

Tak jest. Wracając do „Dziewczyny” – też zastanawiano się, czy to jest postać ze Starego Testamentu. Może biblijna Rebeka albo inna kobieta, która przygotowywała się do małżeństwa.

Czy sam Rembrandt nadawał tytuły swoim obrazom?

Nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Z pism, które Rembrandt zostawił po sobie, zachowało się kilka listów. To wszystko. Z tych kilku listów czerpiemy więc całą wiedzę o tym, co on myślał, jak patrzył na sztukę. Reszta pochodzi od jego uczniów, od kolekcjonerów sztuki, którzy opisywali, jak pracował. Raczej wówczas nie było takiego zwyczaju, aby nadawać obrazom tytuły. Gdy ktoś zamawiał obraz, to wiedział, że zamawia portret swój albo kogoś z rodziny, albo konkretny krajobraz – na przykład Lejdy, bo w Lejdzie mieszkał. Sprawa tytułów pojawiła się, kiedy powstały publiczne muzea i sztukę zaczęto udostępniać szerokiej publiczności.

Kiedy dziś muzea na świecie zgłaszają się do Zamku Królewskiego z prośbą o udostępnienie, wypożyczenie tego obrazu, to o co proszą?

O „Dziewczynę w ramie obrazu”.

Spotkałam się z jeszcze jedną nazwą tego obrazu – „Mona Liza z Warszawy”.

Rzeczywiście. Obraz został „ochrzczony” w ten sposób przez profesora Ernsta Van de Weteringa, wybitnego znawcy Rembrandta, który w latach 90. przyjechał do Warszawy, na Zamek Królewski. Wówczas oba obrazy Rembrandta zostały bardzo szczegółowo zbadane, poddawano je prześwietleniom; holenderski ekspert kontemplował, badał wszystkie szczegóły, by potwierdzić autentyczność obrazów. Wcześniej, po wojnie, owe dzieła były niedostępne i badacze nie mogli ich oglądać, ale nad innymi obrazami Rembrandta powstało wiele badań, zatem trzeba było skonfrontować tamtą wiedzę z tymi konkretnymi obrazami.

Autentyczność została potwierdzona.

Tak, tak. Ale to wtedy zrodziła się nazwa „Mona Lisa z Warszawy”, bo nasza „Dziewczyna” wychylając się z ram obrazu, bardzo delikatnie się uśmiecha, a ten uśmiech rozświetla jej twarz, w niej skrywa się radość i wibrująca żywotność.

Myślałam, że nazwa „Mona Lisa” nawiązuje do swego rodzaju tajemnicy, bo tak niewiele wiemy o postaci dziewczyny, którą namalował Rembrandt. Nie wiemy, czy istniała naprawdę, czy ją wymyślił.

To również. To jest ten drugi aspekt; krótko mówiąc mamy i uśmiech, i tajemniczość. Te dwa słowa łączą te dwa obrazy – Leonarda da Vinci i Rembrandta. Jak i to, że zostały one namalowane przez największych mistrzów.

Jeśli wspomniała Pani o badaniach i prześwietleniach „Dziewczyny”, to okazało się, że pod spodem jest inny, choć też kobiecy portret.

To prawda. Kiedy obraz był prześwietlany, a tego typu badań dokonuje się przy wielkich dziełach, okazało się, że pod spodem znajduje się nieukończony portret kobiety w krezie, czyli falowanym, usztywnionym kołnierzu. Kobieta miała na głowie czepiec, a zatem musiał to być portret kobiety zamężnej. Nie został jednak ukończony. Dlaczego? Tego nie wiemy.

Zatem „Dziewczyna w ramie obrazu” wciąż nosi w sobie tajemnicę, która nie została odkryta.

Ależ oczywiście! Rembrandt starł poprzedni wizerunek, ale resztki farby zostały i wniknęły w podłoże i rentgen to ujawnił. A malarz na tym podłożu zaczął malować nowy obraz.

Tym podłożem zaś jest deska topolowa?

Celowo podkreślamy „deska topolowa”, bo na północy Europy, do której z punktu widzenia historii sztuki zalicza się Holandia, używano desek dębowych, które były trwałe i pozwalały na osiągnięcie dobrych efektów artystycznych. Tylko że deski dębowe były drogie. Tańsze były topolowe, których z kolei częściej używano na południu Europy. Historyków sztuki zaczęło więc interesować, skąd u Rembrandta, który mieszkał w Amsterdamie i nigdy nie wyjeżdżał poza Holandię, znalazły się topolowe deski? Dlaczego na nich zechciał malować?

Skąd? I dlaczego?

Moim zdaniem mogło chodzić o eksperymenty artystyczne. Rembrandt wielką wagę przykładał do podłoża. Kiedy produkował grafiki, to wiemy, że odbijał je na różnych rodzajach papieru i sprawdzał, jakie są efekty artystyczne. Mógł więc być ciekawy, jak to jest malować na desce topolowej, jak ona się zachowuje z farbami, jak chłonie podłoże. Drugą sprawą mogło być to, że Rembrandt podziwiając włoskich mistrzów może chciał tak jak oni malować na drewnie topolowym. Trzeci powód jest bardzo prozaiczny – być może trafił mu się zakup około 5 desek topolowych. I jest jeszcze powód czwarty.

Ciekawe.

Rembrandt miał w rodzinie Polaka – Jana Makowskiego, filozofa i teologa, który był mężem siostry jego żony Saskii. Czyli jego szwagrem. Stąd też holenderski malarz miał kontakty z Polską. Również dlatego, że stryj Saskii przebywał w Polsce; handlował meblami. Być może więc te deski topolowe pochodzą z Polski.

Mamy więc wyraźne tropy polskie w twórczości Rembrandta! Ale też ciekawe jest, dlaczego Rembrandt starł obraz mężatki w krezie, żeby namalować „Dziewczynę”? Czy tamten obraz uznał za nieudany? Czy nie miał innej deski, a dostał zamówienie na portret? A jeśli tak, to może „Dziewczyna” miała jednak swój pierwowzór i naprawdę istniała?

Jest teoria mówiąca o tym, że ta kobieta istniała, ale – przypuszcza się – mogła umrzeć. No, bo dlaczego miałaby zrezygnować z takiego zamówienia i nie odebrać obrazu? Generalnie wszyscy się bili o to, aby zamawiać u Rembrandta. Może spotkała ją nagła utrata majątku, a co za tym idzie – niewypłacalność? Trudno powiedzieć.

Jak obraz Rembrandta trafił do Polski? Wiadomo, że zakupił go król Stanisław August Poniatowski. Ale to dopiero początek historii.

Ciekawe jest to, że oba obrazy – zarówno „Dziewczyna” jak i „Uczony” od początku funkcjonowały jako para. Co jest też dziwne, bo gdyby to miała być para małżeńska, postaci byłyby zwrócone ku sobie. Obrazy te, w połowie XVIII wieku znalazły się w kolekcji w Berlinie. Król Stanisław August budował swoją kolekcję i był zainteresowany zdobywaniem nowych rzeczy. Miał swoich agentów artystycznych, tak jak wielu innych władców, którzy przepatrywali rynek sztuki. Wyszukali więc królowi takie dwa obrazy Rembrandta. Król był bardzo zainteresowany tego rodzaju malarstwem, w swojej kolekcji miał 13 obrazów uznawanych wówczas za dzieła Rembrandta; dziś wiemy, że tylko trzy z nich to były oryginały, czyli „Dziewczyna”, „Uczony” i „Jeździec” czyli „Lisowczyk”, który obecnie jest we Frick Collection w Nowym Jorku. Obrazy zostały zakupione w 1777 roku; nie wiemy, gdzie były eksponowane; przypuszczamy, że na Zamku. Pewny dowód na to, gdzie wisiały, mamy dopiero z końca panowania Stanisława Augusta – w Łazienkach, w Galerii na Parterze. Tam gromadził swoje ulubione, najcenniejsze obrazy.

Jak te dwa obrazy na powrót trafiły do Zamku Królewskiego w Warszawie?

Po śmierci króla, jego ruchome zbiory sztuki zostały sprzedane. W 1815 roku, na aukcji zakupił je szczęśliwie Polak, Kazimierz Rzewuski. W ten sposób dzieła trafiły do rodziny Rzewuskich, a przez koneksje rodzinne – do Lanckorońskich.

Jakie ceny wówczas osiągały te obrazy? Też były tak cenne jak dziś?

W czasach Rembrandta za jego obraz na pewno można było kupić dom. Natomiast ceny obrazów były różne. Obraz nie tak znanego mistrza można było kupić już za miesięczny zarobek wykwalifikowanego rzemieślnika. Rozrzut cenowy był więc duży, ale było też wielu artystów. Wracając do Lanckorońskich, to zakupione przez rodzinę obrazy trafiają do Wiednia i tam „Rembrandty” są eksponowane w pałacu Lanckorońskich, w pobliżu Belwederu. Wtedy powstał mały katalog tych zbiorów, powstały pocztówki z wizerunkami „Dziewczyny”, „Uczonego” i innych obrazów z kolekcji. W czasie II wojny światowej obrazy zostały zarekwirowane, a że nie było gdzie je przenieść, pozostawały w pałacu Lanckorońskich. Dopiero pod koniec wojny zostały stamtąd zabrane, przewiezione do kopalni soli w okolicy Altaussee i tam zostały odnalezione przez żołnierzy amerykańskiej armii oraz przewiezione do Monachium. Tak wygląda ich historia opowiedziana w dużym skrócie. Po wojnie rodzina Lanckorońskich odzyskała obrazy; już nie przez Karola Lanckorońskiego, bo on nie żył, ale przez jego dzieci, między innymi Karolinę Lanckorońską. To ona w II połowie XX wieku stała się jedyną spadkobierczynią tej wspaniałej kolekcji i czekała na ustabilizowanie się sytuacji politycznej w Polsce. W 1994 roku przekazała oba obrazy Rembrandta jako dar dla Zamku Królewskiego w Warszawie.

Pozbywała się należnego jej spadku, ogromnego majątku, który mogły dziedziczyć pokolenia. Jak traktować jej gest? To był z jej strony wyraz głębokiego patriotyzmu, czy coś jeszcze?

Patriotyzm na pewno odegrał tu dużą rolę. Karolina i jej rodzeństwo byli wychowywani przez Karola Lanckorońskiego w duchu patriotycznym, ale też byli wielkimi miłośnikami sztuki. Sama Karolina Lanckorońska była historykiem sztuki; ona dogłębnie rozumiała kolekcjonowanie dzieł, ich jakość połączoną z możliwością badania. Ale też Karol Lanckoroński wychowywał swoje dzieci w duchu pomocy innym. Przetrwało zdjęcie z czasów I wojny światowej, z Karoliną w stroju pielęgniarskim. Potem, gdy została jedyną spadkobierczynią, a nie miała dzieci, zdecydowała, że swoją kolekcję przekaże na rzecz państwa polskiego. Podzieliła ją na Zamek Królewski na Wawelu i Zamek Królewski w Warszawie. Na Wawel trafiły wczesne dzieła malarstwa włoskiego, do Warszawy dwa Rembrandty i trochę innych obrazów, w tym portrety Lanckorońskich, i inne malarstwo holenderskie. Ale oczywiście Rembrandt jest tym pierwszym i najlepszym. To była ze strony Karoliny Lanckorońskiej chęć przekazania tych obrazów w dobre ręce.

I tak się stało – poszły chyba w najlepsze ręce, prawda?

Owszem, bo dzięki temu dzieła mają swoje miejsce, są dostępne i mogą być badane. A to chyba jest najlepsze dla dzieł sztuki, co może się zdarzyć. Myślę, że to było marzeniem profesor Karoliny Lanckorońskiej, której działalność po II wojnie światowej była pomocna dla polskich naukowców; sponsorowała ich badania. Jej dar wynika z konsekwencji jej działań, jest bardzo logiczną konsekwencją, a jednocześnie ukoronowaniem jej całego życia.

Na czym polega wyjątkowość dzieła „Dziewczyna w ramie obrazu”?

Nie da się tego powiedzieć jednym słowem czy zdaniem. Obraz przedstawia młodą osobę, która niejako ma stwarzać wrażenie żywej osoby. To jest jednocześnie wielki realizm przedstawienia i iluzja przestrzeni. Zaskakuje i wzbudza zachwyt to, że dziewczyna namalowana jest w ramie, która również jest namalowana. Dziewczyna opiera o ramę swoje dłonie i w ten sposób granica między światem sztuki i światem rzeczywistym zostaje przełamana. Rembrandt zatarł, przekreślił tę granicę, która do tej pory w sztuce istniała. A tym samym zjednoczył oba te światy. Profesor Ernst van de Wetering mówił wręcz, że to najdoskonalsze osiągnięcie Rembrandta w jego poszukiwaniach realizmu i oddania iluzji przestrzeni w obrazie. Wyjątkowość wynika też z historii tego obrazu, który był w kolekcji królewskiej, w kolekcji polskiego króla; przetrwał trudne losy II wojny światowej i wrócił do Polski. Można powiedzieć – historia zatoczyła koło, obraz wrócił do miejsca, w którym był. No i przetrwał w tak dobrym stanie, co zawdzięczamy kunsztowi Rembrandta, który potrafił tak wspaniale przygotować podłoże, stworzyć i użyć dobrej jakości farby i inne materiały. Warto wspomnieć też o aspekcie psychologicznym, bo odbiorca może wejść z tym obrazem w interakcję. Kiedy widzimy ten wielki realizm, automatycznie zbliżamy się do obrazu i chcemy zobaczyć, jak to zostało namalowane, że sprawia tak cudowne wrażenie. A kiedy podchodzimy bliżej, stając z namalowaną postacią twarzą w twarz, ramy znikają, a my zaczynamy przyglądać się postaci, jak żywej istocie; przestajemy traktować ją jako postać z obrazu, a raczej jak fotografię żywej osoby.

Obraz jest w stałej ekspozycji i zawsze – to znaczy, jak się skończy pandemia – będzie można go obejrzeć?

Jak najbardziej. Obrazy „Dziewczyna” i „Uczony” są eksponowane na stałe, na parterze Zamku, mają tam specjalne miejsce. Są za szkłem, bo musimy je chronić, gdyż są to najcenniejsze obrazy, jakie w ogóle istnieją w polskich kolekcjach – konkurują tylko z „Damą z łasiczką” Leonarda da Vinci. Ale można podejść do nich blisko, właśnie dzięki specjalnym szybom, które umożliwiają dobry ogląd. Jak tylko otworzy się muzeum to będą dostępne. O ile nie wyjeżdżają, choć to zdarza się rzadko. Niedługo, bo 28 czerwca otwieramy wystawę sztuki holenderskiej i to właśnie z tego powodu, że mamy w Zamku obrazy Rembrandta. Chcemy pokazać kontekst kulturowy i historyczny epoki Rembrandta. Tytuł brzmi: „Świat Rembrandta / Artyści. Mieszczanie. Odkrywcy”. Na wystawie znajdzie się ponad 200 obiektów sztuki, pochodzących głównie z polskich kolekcji państwowych i prywatnych. Na ekspozycji pojawią się oryginalne ryciny Rembrandta, broń, delficka ceramika, mapy, meble, przedmioty rzemiosła, a także niedostępne na co dzień starodruki. Trzy krajobrazy zostaną użyczone z Dulwich Picture Gallery w Londynie. Bardzo się też cieszymy na przyjazd portretu Jana Makowskiego, szwagra Rembrandta, z Museum Martena we Franeker w Holandii.
Zapraszamy do Zamku, do oglądania obrazów Rembrandta i odwiedzania naszych wystaw czasowych.

Będzie nowe święto państwowe?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie