Asy z Dywizjonu 303, czyli jak polscy lotnicy uratowali...

    Asy z Dywizjonu 303, czyli jak polscy lotnicy uratowali Anglię i (po)godzą rodaków

    Anna Kot

    Głos Wielkopolski

    Głos Wielkopolski

    Replikę słynnego Hawkera Hurricane’a MK  wykonał Jan Bromski z Suchego Lasu. Na jedynej replice tego myśliwca w Polsce, który znajduje się w Muzeum Fiedlera
    1/6
    przejdź do galerii

    Replikę słynnego Hawkera Hurricane’a MK wykonał Jan Bromski z Suchego Lasu. Na jedynej replice tego myśliwca w Polsce, który znajduje się w Muzeum Fiedlera w Puszczykowie siedzą (z lewej) Arkady R. Fiedler i Marek Fielder ©Fot. Grzegorz Dembiński

    Jest zielone światło dla polskich lotników walczących w Bitwie o Anglię. 15 kwietnia Polski Instytut Sztuki Filmowej przyjął projekt scenariusza filmowego „Dywizjonu 303” na podstawie książki Arkadego Fiedlera i przeznaczył na jego produkcję 2 mln złotych. Jak powstawała książka i przebiegały starania o realizację filmu opowiadają Arkady Radosław i Marek Fiedlerowie, synowie polskiego pisarza i podróżnika z Puszczykowa
    Dywizjon 303 czekał 76 lat na swój czas w polskim filmie. Nie za długo?
    Arkady: Pytanie retoryczne – o wiele za długo.

    A może popełniliście Panowie grzech zaniedbania, nie zabiegając o realizację filmu na podstawie książki ojca „Dywizjon 303”.
    Marek: Nie sądzę. Proszę posłuchać. Chcieliśmy uczcić pamięć ojca i złożyć hołd lotnikom walczącym w bitwie o Anglię [od 10 lipca do 31 października 1940 r. – red]. I wpadliśmy na pomysł, aby zbudować replikę słynnego myśliwca Hawker Hurricane MK I i postawić w naszym Ogrodzie Kultury i Tolerancji w Puszczykowie.

    To wciąż daleka droga do filmu.
    Marek: No tak, ale to chyba wokół tej repliki budowanej przez naszego sprawdzonego przyjaciela z Suchego Lasu – Janka Bromskiego zrodziła się jakaś dobra energia, bo podczas budowy przyjechał do nas producent pan Jacek Samojłowicz z Film Media i oznajmił, że chciałby zrobić film fabularny. To był rok 2011. A co ja się wcześniej nie nachodziłem, pisałem, dzwoniłem, tłumaczyłem, prosiłem. Pokazaliśmy już tyle tych klęsk w filmach, pokażmy też, że Polacy umieli zwyciężać. I zjawił się u nas pan Samojłowicz.

    Tak po prostu? Przecież nie był pierwszy – od jakiegoś czasu słyszymy, że ktoś zabiera się za tę legendę polskiego lotnictwa wojskowego, a to Jerzy Skolimowski, a to Władysław Pasikowski. Same mocne nazwiska w branży.
    Marek: Uporządkujmy. Najpierw oczywiście powstawał scenariusz. W 2011 r. pojawiły się pierwsze pomysły. Ja byłem konsultantem, zaczął go pisać Jerzy Skolimowski, ale tak naprawdę pisało go wiele osób. Nie podobał się nam, bo bitwa o Anglię to fantastyczny przykład zwycięskiej walki Polaków, a tymczasem ta pierwsza wersja kończyła się tragicznie – katastrofą, czyli upadkiem Powstania Warszawskiego. A przecież skoro kręcimy film o zwycięstwie, to nie możemy dawać końcowego akordu brzmiącego klęską. Autorzy zgodzili się z moimi sugestiami i wszystko się dobrze skończyło i dziś mamy – naszym zdaniem – bardzo dobry scenariusz atrakcyjnego nareszcie polskiego filmu fabularnego o Dywizjonie 303. Pan Samojłowicz jest bardzo zdeterminowany, aby go nakręcić. Ostatnio do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej trafiły trzy projekty filmu – jeden angielski i dwa polskie. Nasz zwyciężył i dostaliśmy na realizację 2 mln złotych. To nie jest dużo, ale to ważny sygnał dla potencjalnych sponsorów, iż projekt został zaakceptowany, a nasz scenariusz okazał się najbardziej obiecujący.

    A co z pomysłem Władysława Pasikowskiego?
    Marek: Pan Pasikowski zamierzał zrobić autorski film, powołując do życia fikcyjnych bohaterów Dywizjonu 303. I jego projekt przepadł – no bo po co wymyślać nowych ludzi, skoro ci autentyczni są tak barwni i plastyczni, że chyba żadna wyobraźnia by lepszych nie wykreowała.

    Jaka teraz będzie Panów rola?
    Arkady: Na bieżąco będziemy konsultantami, nasz samolot na pewno zagra w filmie. Wprawdzie w Krakowie jest muzeum lotnictwa, ale nie mają Hurricane’a. Co do obsady nie będziemy spekulować. Film ma reżyserować Łukasz Palkowski i to jego sprawa, kogo obsadzi w rolach głównych. Powiem tylko, że oś fabularną tworzą losy Jana Zumbacha, osoby niezwykle barwnej, ale będą także Witold Urbanowicz i Mirosław Ferić.

    Tyle że musiało upłynąć równo 70 lat od rozwiązania dywizjonu, by mógł powstać u nas film. Inne nacje lepiej wyczuły świetny materiał filmowy w losach lotników.

    Marek: Tak to się ułożyło. Najpierw powstawały nazwijmy je narodowe – Anglicy kręcili przede wszystkim o swoich lotnikach, a Czesi o swoich. A przecież bez naszych albo by się nie udało, albo zwycięstwo byłoby okupione wielkimi ofiarami. Oczywiście w bitwie było najwięcej Brytyjczyków, ale zaraz po nich pod względem liczebnym byli Polacy – 145. I to oni mieli największy wkład w zwycięstwo, a wśród nich legendarny Dywizjon 303, który wyróżniał się największą skutecznością, był najlepszą jednostką w tej bitwie.

    Ale pierwsza była książka – „Dywizjon 303” Arkadego Fiedlera ukazał się w… 1942 r. Jak ojciec trafił na taki świetny temat? On podróżnik, miłośnik tropików, nagle zjawia się w mglistej chłodnej Anglii.
    Arkady: Och, to cała historia rodzinna, prawdopodobnie by nas na świecie nie było, gdyby ojciec tam nie trafił. Jego ciągnęło słońce, palmy, egzotyka, więc wyruszył w 1939 roku na Tahiti i tam zastała go wieść o wojnie. Sielanka się skończyła – pierwszym możliwym statkiem popłynął do Francji, ale kraj niebawem został zdobyty przez Hitlera i trzeba było uciekać, a jedyna nadzieja była w Anglii. Ojciec był porucznikiem piechoty, a ta formacja stacjonowała w Szkocji. Próbował się tam dostać. Tymczasem Hitler już ruszył na Anglię. I nagle ojciec czyta w angielskich gazetach entuzjastyczne artykuły o fantastycznej walce polskich lotników. Wtedy już pod koniec sierpnia 1940 roku do akcji wszedł słynny Dywizjon 303.

    Ojciec interesował się lotnictwem?
    Marek: Skądże! Ale zgłosił się do gen. Władysława Sikorskiego z prośbą o możliwość spotkania z lotnikami. Czuł nosem, że to doskonały temat. Nawet pomyślał, że to grubo spóźnione starania, bo w Anglii byli już polscy pisarze specjalizujący się w tematyce lotniczej. Tymczasem okazało się, że był pierwszy. Wziął aparat i pojechał do bazy w Northolt – zresztą ta baza lotnicza istnieje do dziś pod Londynem. Polacy byli na pierwszej linii frontu, bronili samego Londynu. Lotnicy ojca serdecznie przyjęli i wiele z nim rozmawiali, tym bardziej, że znali go już z przedwojennych książek podróżniczych.

    A trafić podczas wojny na pisarza, to jakby zagwarantować sobie pamięć na pokolenia.
    Marek: Oczywiście i dlatego z nim chętnie rozmawiali. To nie były manewry tylko regularna wojna – wylatywali w bój i nigdy nie było wiadomo, czy wrócą, więc się ucieszyli, że ktoś ich upamiętni, opisze. A ojciec był z nimi w najbardziej krytycznych dniach bitwy. Kiedy wracali i na gorąco opowiadali, on pilnie notował to, co się działo podczas ich lotu. I tak powstała ta książka –reportaż z podniebnego pola walki.

    Musiały się narodzić jakieś męskie relacje.
    Marek: Ojciec serdecznie zaprzyjaźnił się z dowódcą dywizjonu z Witoldem Urbanowiczem. Kiedy ojciec zmarł w 1985 r., napisałem do generała Urbanowicza do Nowego Jorku. Odpowiedział mi długim listem, było tego z 30 kartek – to piękne świadectwo – opowieść o ich przyjaźni. Mimo upływu lat ta więź była wciąż silna i niezwykle serdeczna.

    Zgubiliśmy wątek Panów narodzin przy okazji pisania książki.
    Arkady: Wracajmy więc do Londynu. Nasi rodzice mieli tu mieszkanko, bo ojciec poznał mamę w czasie wojny w 1940 roku i do tego właśnie mieszkanka przychodził Urbanowicz. Mama była Włoszką, nie znała języka polskiego, a ojciec pisał już książkę, natomiast mama mu pomagała, na ile mogła, przepisując słowo w słowo, litera po literze nie znając ni w ząb języka. Ojciec pisał ręcznie, a mama przepisywała na maszynie… Ale siła uczucia była ogromna... Książka ukazała się najpierw oczywiście w języku polskim, ale szybko została przetłumaczona na angielski. W wersji polskiej była przerzucana do kraju i tam powstały jej przedruki. „Dywizjon 303” drukowano w podziemnych wydawnictwach – 4 były warszawskie i jedno kieleckie. To było po kilkaset egzemplarzy – one przechodziły z rąk do rąk. Jak to w konspiracji. W lasach radomskich został zrzucony pierwszy egzemplarz. Książka odegrała wielką rolę w krzepieniu polskich serc.

    Marek: I nie tylko polskich. Książka była swoistym żołnierzem, Anglicy potrzebowali sojusznika. Naturalnym wydawała się Francja. W Londynie jest pomnik z tablicą zawierającą nazwiska wszystkich lotników walczących w bitwie o Anglię, wśród setek jest najwięcej Anglików, zaraz potem Polaków – 145, no i Czechów – 80, a Francuzów – kilkunastu! Dywizjon 303 to była najbardziej skuteczna jednostka i dlatego ojcu się spieszyło, żeby jak najszybciej książka się ukazała.

    Wielu z nas książkę zna od lat szkolnych, bo to przecież była lektura, ale przynajmniej za czasów PRL – chętnie czytana. I aż dziw bierze, że tyle lat nikt nie wpadł na to, aby ją sfilmować.
    Marek: Bohaterami są fantastyczni ludzie, z charakterem, niezwykle barwne osobowości i o również barwnych biografiach. To właściwie gotowy materiał, że tak brzydko powiem, na bohaterów filmowych. Nie byli kryształowi, ale naprawdę nietuzinkowi, superwyszkoleni… Mimo, a właściwie na skutek klęski najpierw wrześniowej, potem we Francji, dodatkowo mieli jakąś nieludzką zaciętość. I do tego dostali o niebo lepszy sprzęt od tego, jakim dysponowali w Polsce i wtedy pokazali, kto tu rządzi i jest najlepszy na świecie – jak potrafią fantastycznie walczyć. Czasem mam wrażenie, że scenariusz na ten film po prostu sam się od dawna pisał. To naprawdę gotowy materiał na epicką opowieść...

    Może zabrakło wątku miłosnego...
    Arkady: Ooo!! Teraz będzie, rzecz jasna. Ojciec pisał o walce na gorąco, to jest reportaż, ale przecież film fabularny rządzi się innymi prawami. Akcja tego filmu zaczyna się w 1938 r. w Dęblinie – tu jest początek: legenda dywizjonu zrodziła się w legendarnej szkole. Trzeba pokazać, skąd wzięli się tacy fantastyczni lotnicy.

    Mówił Pan, że Polska w porównaniu z innymi krajami Europy, nie miała najlepszych samolotów ani szkoleniowych, ani wojskowych.
    Marek: No tak, dzieliła nas od angielskiego lotnictwa przepaść technologiczna, ale Polacy mieli coś, czego nie mieli Anglicy – takie umiejętności, że już we wrześniu w Polsce strącali o wiele lepsze niemieckie maszyny. Niestety, szybko się to skończyło, bo Niemcy zbombardowali lotniska, potem brakowało benzyny, a potem wiadomo – klęska…
    Anglicy nie od razu dopuścili Polaków do walki.

    Arkady: Trudno się dziwić… Anglicy liczyli na pomoc, ale początkowo byli bardzo nieufni wobec Polaków, którym krew się gotowała, a wciąż przechodzili jakieś kursy, szkolenia... Bitwa toczyła się już na dobre, a oni ciągle nie brali w niej udziału. Aż w końcu Ludwik Paszkiewicz podczas lotu ćwiczebnego wypatrzył Niemca, wyrwał się, strącił wroga i wrócił. I to było pierwsze zestrzelenie Dywizjonu 303 – 30 sierpnia 1940 r.

    Marek: Dostał naganę, ale nieoficjalnie poklepano go po ramieniu: fajnie jest, jutro będziecie walczyć!

    Arkady: I jak dosiedli tych supernowoczesnych szybkich i zwinnych hurricanów, natychmiast pokazali, co potrafią.

    Marek.: Anglicy się pomylili – myśleli, że nasi lotnicy są frustratami po przegranej kampanii wrześniowej, potem klęsce we Francji – na dodatek nie znali języka, nie radzili sobie czasem z supernowoczesnymi myśliwcami, bo sami w Polsce latali na znacznie starszych, więc Anglicy myśleli, że ich trzeba szkolić i szkolić.
    Ale problem na pewno nie leżał w umiejętnościach pilotów. Bo przecież oni na swych PZL P.11 we wrześniu 39 roku często nie mogli nawet dogonić bombowców niemieckich, a i tak zestrzelili ponad 100 samolotów.

    Marek: Bo Dęblin to była legenda – brali tam najlepszy, że tak powiem, materiał ludzki. Sito było ogromne. Niesłychanie wysoko była postawiona poprzeczka – i co do zdrowia ogólnego, i co do wzroku, i walorów psychiczno-mentalnych. Proszę sobie wyobrazić, że lotnicy w Dęblinie musieli np. lecieć związani liną blisko siebie i wykonywać jakieś ewolucje.

    Arkady: Albo lecieli jeden na drugiego i zdawał egzamin ten, który najpóźniej dokonał uniku. Jak komuś puszczały nerwy i schodził z toru z daleka, wiadomo było, że nie nadaje się na lotnika myśliwca. Jeżeli ktoś wolniej reagował, szedł do bombowców. A dzięki fantastycznemu wzrokowi podczas walki z daleka dostrzegali przeciwnika. Byli wszyscy jednakowo doskonale wyszkoleni – to była elita elity o wybitnych uzdolnieniach bojowych. I potem wychodziło to podczas bitwy o Anglię. Anglicy strzelali z 300-400 metrów, a Polacy podchodzili do Niemców nawet na 50 m i jak przygrzali, to wróg nie miał szans.

    Trudno będzie pokazać taką walkę w filmie.
    Marek: W filmie zapewne również zagra komputer, ale pamiętajmy, że minuta efektów to 100 tys. złotych, a to wcale nie jest tanio.

    Arkady: Wśród rekwizytów jednym z najważniejszych jest samolot, nasz został już obfotografowany z każdej strony, kto wie czy go nie wypożyczą do kręcenia – budowniczy Janek Bromski z Suchego Lasu ma już umowę z producentem i buduje przód samolotu z kabiną. Hurricany są jeszcze w Anglii robione, ale są szalenie drogie. Na szczęście myśmy zachowali wszystkie formy. Część pracy więc odpada.

    Tym razem film na pewno powstanie?
    Marek: Odpowiem tak: Cieszy nas powstawanie filmu o Dywizjonie 303, zwłaszcza teraz, bo ten temat nie dzieli i nie podzieli Polaków, a ostatnio wszystko nas dzieli. Nie ma chyba nikogo, kto by z dumą nie myślał o tym, czego dokonali nasi lotnicy w bitwie o Anglię.

    ********************
    Jacek Sajmołowicz, producent: Pierwszy klaps może paść jeszcze w czerwcu. Będziemy chcieli sprawdzić jak latają modele, które widzowie zobaczą na wielkim ekranie. Latem i jesienią filmowcy wybiorą się także do Wielkiej Brytanii oraz Stanów Zjednoczonych, sama historyczna produkcja ma być gotowa w lutym 2017 r. i kosztować ok. 15 mln zł. Na tę chwilę mamy już przygotowany teaser filmu, budujemy kabiny samolotów, a taże modele w oryginalnych rozmiarach. Rozsyłamy też propozycje spotkań do aktorów.
    BD

    *************
    „Dywizjon 303” ukazał się w Anglii w 1942 r. w języku polskim. Szybko został przetłumaczony na angielski, a potem na inne języki. Ostatnie to 30. z kolei wydanie przygotowane w 2009 r. przez Wydawnictwo „Bernardinum” w Pelplinie. W Polsce książka przechodziła różne losy – już w 1948 została wycofana i dostała się na indeks komunistyczny. Po 1956 r. wróciła do księgarń i weszła do kanonu lektur szkolnych.

    Czytaj treści premium w Głosie Wielkopolskim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Dywizjon303

    Gosc z daleka (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 3

    Tylko ,ze Anglicy zapomnieli o tym bardzo szybko,jest tylko jedna przykra sprawa ,ze bohaterstwo Dywizjonu 303 psuja Polacy ,ktorzy nigdy nie powinni opuscic Polski przez ich zle zachowanie...rozwiń całość

    Tylko ,ze Anglicy zapomnieli o tym bardzo szybko,jest tylko jedna przykra sprawa ,ze bohaterstwo Dywizjonu 303 psuja Polacy ,ktorzy nigdy nie powinni opuscic Polski przez ich zle zachowanie opinia onas jest bardzo zla zwiń

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo