Czerwiec '56 w oczach 6-latka: Trąbka i oczekiwanie na ojca

    Czerwiec '56 w oczach 6-latka: Trąbka i oczekiwanie na ojca

    RED

    Głos Wielkopolski

    Aktualizacja:

    Głos Wielkopolski

    Czerwiec '56 w oczach 6-latka: Trąbka i oczekiwanie na ojca
    Był młody. Zbyt młody, by z bronią w ręku walczyć wspólnie z robotnikami. Władysław Reichelt pamięta jednak dobrze traumę tamtych dni. - Był ogólny chaos - wspomina po latach. A widoku strzałów do sanitariuszy, nie zapomniał przez całe życie.
    Czerwiec '56 w oczach 6-latka: Trąbka i oczekiwanie na ojca
    Ojciec pracował jako główny księgowy w spółdzielni "Drogistowskiej" i 28 czerwca, akurat wracał z delegacji we Wrocławiu - wspomina Władysław Reichelt. - Pamiętam, że czekaliśmy z bratem w domu. Bo od rana, przedszkole, które mieściło się w dzisiejszym budynku Urzędu Miasta, było zamknięte. Nikt nie wytłumaczył jednak dlaczego.

    Od rana rodzina czekała w domu na jego powrót. Razem z majorem Zygmuntem Hendrykiem, który do Poznania przyjechał służbowo dzień wcześniej. - To był przyjaciel ojca, jeszcze z okresu międzywojennego. Mikrobiolog, który mnie i bratu zawsze imponował swoim mundurem - wspomina ówczesny sześciolatek.

    Około południa z delegacji wrócił ojciec Władysława. Rodzina dowiedziała się, że w mieście dzieje się coś niepokojącego. Bo choć ulica Kozia, gdzie mieszkali, już od kilku godzin była niespokojna, informacje docierały sprzeczne. I choć o manifestacji wiedziano, o powstaniu robotników nikt jeszcze głośno nie mówił.

    W mundurze nie wychodź


    - Pamiętam że wypatrzyliśmy ojca z okna - wspomina Reichelt. - Zaczęliśmy go wołać. Nasze głosy ucichły, gdy dozorczyni z góry krzyknęła, że inteligencja idzie sobie do domu, a klasa robotnicza za nich nadstawia karku.

    Ojciec nie wdał się jednak w sprzeczkę. Przyszedł do góry i relacjonował: w mieście są setki robotników, całe centrum tonie w odgłosie patriotycznych pieśni, ale groźnie nie jest.

    - I faktycznie tak było, bo pamiętam jak w domu się śmiali, że ojciec przyszedł z Dworca Głównego z teczką pieniędzy, którą przywiózł na wypłaty dla pracowników - mówi Reichelt. - Dla nas ważniejsze były jednak dwie trąbki, które przywiózł mnie i bratu w prezencie. Pamiętam, że staliśmy w oknie i pół dnia w nie dmuchaliśmy. Dźwiękom trąbek akompaniował głos spikera radia Wolna Europa. Radio Pionier nastawione było na pełną moc dźwięku. Słuchaliśmy nieocenzurowanych wiadomości o wydarzeniach w mieście.

    W okolicy był jednak taki hałas, że nikt z ulicy nie był w stanie tego usłyszeć.
    Tymczasem zbliżało się popołudnie. A przyjaciel rodziny musiał się dostać na dworzec, by wrócić do Warszawy.

    - Pamiętam, że w pierwszym momencie nikomu nie wpadło do głowy, że mundur może być jakimś problemem w poruszaniu się po mieście - mówi Reichelt. - Ale okazało się że był. I to sporym.
    Kilkanaście minut po wyjściu z domu Zygmunt Hendryk wrócił przestraszony. Okazało się, że manifestanci nie rozróżniają rodzajów mundurów, a utożsamiają je z jednym: władzą, przeciw której występują.

    - On zaszedł tylko kilkaset metrów - mówi Reichelt. - Wrócił i naprawdę wystraszony prosił o cywilne ubranie. Ojciec odprowadził go na dworzec, bo choć tramwaj był na Paderewskiego, tego dnia o ich kursowaniu nie było mowy. To już był późny wieczór, a miasto tonęło w odgłosach strzałów karabinowych.

    Ostatni akcent "czarnego czwartku", który pamięta ówczesny sześciolatek, to strzały na ulicy Koziej.
    - W naszej kamienicy był zwyczaj zamykania drzwi na noc - mówi. - Jedna z mieszkanek, pamiętam, że była to pani Bogusia, przyszła jednak za późno, około 22.00, więc krzyczała do rodziców, by rzucili klucz.

    To już była godzina policyjna, w jej kierunku padły strzały. - Na moment upadła, ale chyba ze strachu, bo jak ojciec rzucił z okna klucz, zaraz się podniosła i szybko weszła do domu - wspomina Reichelt.

    Strzały do sanitariuszy


    Przedszkole było nieczynne przez następne kilka dni.

    - Opiekowała się nami dozorczyni. Ta sama co ojca od inteligenta wyzwała - wspomina Reichelt. - Dziadek kupił kamienicę przed wojną razem z nią. I pomagała rodzicom w opiece, gdy nie mieli co z nami zrobić.

    29 czerwca razem z 6-letnim Władysławem poszła na zakupy na plac Wielkopolski. W planach był szybki powrót do domu. Na miejscu okazało się, że mimo nieletniego towarzysza chce zobaczyć "echa" wczorajszej manifestacji.

    - Była ciekawa, co się dzieje przy więzieniu, bo słyszała o palonych aktach i uwolnieniu skazańców. Młyńska była wtedy wąską ulicą. Gdy szliśmy wzdłuż muru, zobaczyliśmy leżącego na ziemi kilkanaście metrów dalej człowieka. To było przy ulicy Solnej - mówi Reichelt.

    Czy był to manifestant, czy przypadkowy przechodzień, którego omyłkowo postrzelono strzegąc więzienia? Tego nie wiadomo. Z pewnością to, co wydarzyło się kilkanaście minut później, zdarzyć się nie powinno.

    - Pamiętam jak podjechała karetka pogotowia - mówi Reichelt . - Ze środka wybiegły dwie osoby. Pewnie sanitariusz z lekarzem lub kierowcą. To był moment, gdy padły strzały. Nie wiem dlaczego, bo oni pochylili się tylko nad leżącym człowiekiem.

    Tego było za dużo. Dozorczyni z sześciolatkiem uciekli w stronę domu.

    - Jak wróciliśmy, ojciec zrobił karczemną awanturę i podkreślał, że zakłady już pracują, a na ulicach zostali chuligani i lepiej nie wychodzić, bo komuś może się stać krzywda - wspomina Reichelt. Jeszcze tego samego wieczoru powtórzyła się sytuacja z poprzedniego dnia. Późnym wieczorem, jedna z mieszkanek, znów bez kluczy, próbowała się dostać do zamkniętej kamienicy.

    - Na placu Kolegiackim już stał czołg - mówi. - Jak zobaczył kobietę wypalił w uliczkę. Aż szyby się zatrzęsły. Huk był potworny, ale żadnych zniszczeń. Jak mówił ojciec, wypalił ze ślepaka.

    Czołgi były widoczne w tej okolicy jeszcze przez kilka następnych dni. Stały wzdłuż ulicy Garbary i Wielkiej, a żołnierze patrolowali mur przedszkola, które znajdowało się w tym samym budynku co Urząd Miasta. Mimo że placówka dla najmłodszych już dawno została otwarta.

    - Z czasem czołgi stały się atrakcją - mówi Reichelt. - Żołnierze mieli "prikaz", żeby kontrolować sytuację, więc to robili. Ale z nudów pozwalali nam wchodzić na stalowy pancerz. Dla nas, ówczesnych sześciolatków, to był naprawdę wspaniały plac zabaw.

    Czytaj treści premium w Głosie Wielkopolskim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (3)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    ha,ha,ha każdy liczy na kasę

    Stefan (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 17 / 27

    jeszcze trochę a kombatantami będą chcieli być wnukowie tych co tak w 1956r zażarcie walczyli z komuną i w końcu mają słuszny i sprawiedliwy ustrój jakim jest kapitalizm.

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Czerwiec 56

    poznaniak ,jeżyce (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 47 / 43

    W miarę upływu lat przybywa uczestników tych wydarzeń . Nawet 6-latki pamiętają i za parę lat będą kombatantami z nadzieją na kasę za swoje wyczyny .Dojdziemy do stwierdzenia że tu rozpoczęła się...rozwiń całość

    W miarę upływu lat przybywa uczestników tych wydarzeń . Nawet 6-latki pamiętają i za parę lat będą kombatantami z nadzieją na kasę za swoje wyczyny .Dojdziemy do stwierdzenia że tu rozpoczęła się trzecia wojna światowa . Opanujmy się , proszę zwiń

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    6-latek tak dokładnie pamieta wydarzenia tamtych lat?

    pat (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 45 / 44

    "Byl młody, zbyt młody by z bronią w ręku walczyc". tu to autor popłynął.

    Najczęściej czytane

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej