reklama

Cztery lata za zabicie żony siekierą

Karolina SternalZaktualizowano 
Tutaj doszło do zbrodni Karolina Sternal
Sąd w Poznaniu skazał młynarza z Gumienic na cztery lata więzienia za zabójstwo żony. Dlaczego wymierzono tak niską karę? Oskarżony działał w afekcie, okazał skruchę i przyznał się do winy. W jego obronie stanęli też sąsiedzi, którzy napisali petycję do sądu.

O tej sprawie informowaliśmy na łamach "Polski Głosu Wielkopolskiego". Może gdyby ona nie wypiła, może gdyby on zapanował nad nerwami, może gdyby sąsiad nie zostawił ich samych - nie byłoby tej historii. Ale stało się. Ona wpadła tam z krzykiem, on coś zaczął tłumaczyć, sąsiad pobiegł po papiery i zanim wrócił, było już po wszystkim. Młynarz siekierą zabił "swoją panią".

Spokojny człowiek
Gumienice - wieś na pograniczu powiatów gostyńskiego i krotoszyńskiego. Do 1945 roku mieszkali tu prawie sami Niemcy. Część gospodarstw opustoszała, a ich zabudowania popadają w ruinę. Ale są i nowe obejścia oraz duże murowane domy. Tak gdzieś w połowie wsi stoi remiza strażacka oraz szkoła. Choć miejscowe dzieci już się tu nie uczą, to duży piętrowy budynek z czerwonej cegły nadal prezentuje się okazale.

Można więc sądzić, że i niemieccy mieszkańcy Gumienic byli zamożnymi ludźmi. Kościoła we wsi nie ma, jednak z tym problemu nie było, gdyż zbór mieścił się w oddalonej zaledwie o kilka kilometrów Pogorzeli. Za to mieszkańcy tych przedwojennych Gumienic chcieli mieć wiatrak. Do wsi sprowadzono młynarza - Polaka, a w polu, w pewnym oddaleniu od zabudowań postawiono wiatrak. I tak zaczęła się ta historia. Historia dwojga ludzi, którzy chyba nigdy nie potrafili siebie zrozumieć.

Ludzie zdecydowali się stanąć po stronie Zbigniewa. Dlaczego? Bo swój, bo znali go od dziecka, bo mielił im mąkę? - Ja tam nic nie wiem - odpowiada pierwszy napotkany we wsi mężczyzna i szybko skręca w obejście.

- To był spokojny człowiek i mnie nic złego nie zrobił - rozmowniejszy okazuje się kolejny napotkany mieszkaniec. - Jej, to ja tam nie znałem dobrze. Pojawiała się we wsi i znowu gdzieś przepadała. I ciągle miała do kogoś o coś pretensje.

Wieś za młynarzem
Czy podpisał petycję w obronie młynarza? Odpowiada z lekkim ociąganiem. - Taaak, ale najlepiej to do sołtysa, bo to sprawa rady sołeckiej - i też odchodzi.

Sołtys na początku trochę niechętnie, ale po chwili już nabiera przekonania i zaczynamy rozmawiać. - Tak, można powiedzieć, że cała wieś podpisała. Z wyjątkiem kilku domów, z każdego podpisał ktoś dorosły - mówi sołtys Marek Szczęsny. - Uważamy, że należało tak zrobić. To był dobry człowiek. Spokojny, z nikim nie miał konfliktów, zatargów. Należy się oczywiście kara za to, co zrobił, ale wina leży nie tylko po jego stronie. Ta kobieta, jego żona, przyczyniła się do tego. Tak się w małżeństwie nie postępuje, jak ona to robiła. Podpisy zebraliśmy w dzień przed tą rozprawą w sądzie w Poznaniu, ale to nie ja wręczyłem ją sądowi.

Zrobiła to w imieniu mieszkańców Irena Kokocińska. Bardzo dobrze zna Zbigniewa, a jej mąż przez wiele lat pomagał w wiatraku. Tego tragicznego dnia to on pobiegł po papiery, po które posłał go Zbigniew, aby przekonać żonę, że wysłał córkom pieniądze.

- Może gdybym nie poszedł, gdybym tam został, to by do tego nie doszło - powtarza w kółko kilka razy mężczyzna. - To straszne. Jak tam wróciłem, to zauważyłem, że leży na ziemi, a on mówił, że trzeba pogotowie wezwać. Nie wiem, nie wiem jak to się mogło stać.

Z dobrobytu w biedę
Wiatrak stoi na polu za obejściem Kokocińskich. Wystarczy przejść przez podwórze, potem wzdłuż zabudowań, a następnie jest już pole i dróżka prowadząca do niego. Na tle mglistego, grudniowego nieba widać w oddali nieruchomą bryłę. Teraz jest tu pusto i cicho, ale kiedyś przy wiatraku panował ciągły ruch. Na początku, gdy z Pogorzeli sprowadzili się tu przodkowie Zbigniewa, wiatrak miał skrzydła. Potem, już po wojnie skrzydła zostały zdjęte, a wiatrak podłączono do prądu. Zbigniew był wtedy chłopcem.

Mijały kolejne lata, z chłopca wyrósł mężczyzna i ożenił się. Pierwsza żona pochodziła z tej samej wsi. Urodziła się córka, jednak małżonkom nie układało się i ostatecznie kobieta wróciła do rodzinnego domu. Po pewnym czasie Zbigniew ponownie się ożenił. Tym razem wybrał kobietę dużo młodszą, pochodzącą z daleka. "Moja pani", tak zaczął o niej mówić. Na początku wszystko wskazywało, że tym razem to będzie to. Irena także zaczęła nawet wspólnie z mężem pracować w wiatraku. Ponoć nawet zrobiła papiery czeladnicze. Interes kwitł.

Ponieważ na sklepowych półkach i w magazynach GS-ów brakowało wszystkiego, więc ludzie starali się jak mogli. Miałeś inwentarz, prywatną piekarnię, liczną rodzinę, wesele czy komunię - to jazda, ziarno do worków i do młyna. Zbigniew chętnych zapisywał w zeszycie, na kiedy mają przyjechać, a na polnej drodze prowadzącej do wiatraka ciągle stały kolejki. - Ten wiatrak to był wtedy złoty interes - potwierdzają mieszkańcy Gumienic.

Małżonkom dobrze się wiodło, pieniędzy nie brakowało, a na świat przychodziły kolejne córki. Wszystko zaczęło się zmieniać po 1989 roku. Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych interes jakoś się kręcił, ale z roku na rok było coraz gorzej. Zaczęły się kłótnie. Irena oczekiwała, że mąż coś zrobi, coś wymyśli, a on chciał żyć tak jak do tej pory. Jak żyli jego ojciec i dziadek - iść do wiatraka, czekać na ludzi, co przywiozą ziarno i mielić.

- Nie interesowało ją, że nie ma już takiego zarobku jak kiedyś i ciągle go szarpała - opowiada Irena Kokocińska. - On często o tym mówił. Starał się ją zadowolić, ale jej było mało.

Dla dobra córek
Zaczęli się także pojawiać inni mężczyźni. Ludzie we wsi nie chcą rozwodzić się na ten temat, ale otwarcie mówią, że z jedynym z nich żyła przez jakiś czas. Nie tu, w Gumienicach. Wtedy przez jakiś czas mieszkała gdzie indziej. Jednak nie trwało to długo i Irena napisała do męża list, prosząc go, aby przyjął ją z córkami ponownie.

- Mocno się wtedy nad tym zastanawiał. Przychodził tu czasem do nas, siadał i mówił. Ja mu wtedy powiedziałam: nie wiem co tam z nią, ale myśl o córkach - wspomina Kokocińska.
Zgodził się, jednak Irena nadal chciała żyć swoim życiem. Chciała się ubierać, wyjeżdżać, ale przede wszystkim chciała, aby trzy córki się kształciły. Nie zrezygnowała także z utrzymywania kontaktów z innymi mężczyznami. Do wsi zaczęły przychodzić listy od żon, niektóre docierały do sołtysa.

- Nie wiem, co tam w nich było, ale przychodziły takie listy - potwierdza Marek Szczęsny. Ponoć Zbigniew w kółko je czytał, do obłędu. Potem były SMS-y. W tym czasie nie mieszkali już razem. Irena została w rodzinnym domu Zbigniewa, a on przeniósł się do wiatraka.

- To był człowiek o dość ograniczonych horyzontach. Irenie zależało na czymś innym niż jemu. Ona chciała zmian, czegoś lepszego niż miała, a on nie dość, że tego nie rozumiał, to jeszcze to krytykował. Owszem, były kłótnie, ale nie sądzę, żeby on ją kiedyś uderzył. Jak przeniósł się do tego wiatraka, to już w ogóle zdziczał - mówi jedna z mieszkanek Gumienic. Nie chce się przedstawić.

Gniew, alkohol i śmierć
Zbigniew mieszkał w wiatraku, nadal pracował, a stołował się u Kokocińskich, z którymi też w ostatnim czasie utrzymywał najbliższe stosunki. - To nieprawda, że nie dawał pieniędzy na córki. Sama mu załatwiałam te sprawy i wysyłałam pieniądze, aby miały na opłacenie mieszkania na tych studiach - tłumaczy Kokocińska. - Wtedy też przyszła i twierdziła, że on nie wysłał tych pieniędzy.

Wtedy, to znaczy 16 grudnia ubiegłego roku. Przez jakiś czas nie było jej we wsi, ale nagle wróciła i równie niespodziewanie pojawiła się w wiatraku. Zaczęła się awantura. Zbigniew poprosił Kokocińskiego, aby ten przyniósł potwierdzenia przelewów dla córek. Zostali sami.

Z zeznań Zbigniewa wynika, że żona oznajmiła mu, iż chce sprzedać wiatrak, a urządzenia każe wymontować. Potem zażądała zwrotu siekiery. Zbigniew przyniósł Irenie narzędzie, a sam wrócił do wiatraka. I wtedy usłyszał świst - tuż obok niego w blat stołu wbiła się siekiera. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. On przekonuje, że się bronił, jednak na ciele kobiety znaleziono cztery rany. Gdy Kokociński wrócił do wiatraka z przelewami, Irena leżała zakrwawiona na ziemi. Po pogotowie zadzwoniła Kokocińska.

- Wtedy tak do końca nie wiedziałam, co się właściwie tam stało. Najpierw mąż przyszedł po te papiery, więc wiedziałam, że ona tam jest i że się kłócą. Po jakiejś chwili wpadł roztrzęsiony i trudno było go w ogóle zrozumieć - opowiada kobieta.

Niebawem wokół wiatraka zaroiło się od ludzi - sanitariusze, lekarz, policjanci, a w niedługim czasie też prokurator. Irena nie żyła, a jej mąż wprawdzie nie zaprzeczał, że to on ją uderzył siekierą, ale powtarzał, że się tylko bronił. Przeprowadzona sekcja zwłok potwierdziła, że śmierć nastąpiła w wyniku zadania co najmniej czterech ran, przypuszczalnie siekierą. Ustalono także, że kobieta w chwili śmierci była pod wpływem znacznej dawki alkoholu.

Zbigniew trafił do aresztu śledczego, skąd na cztery tygodnie został przewieziony na obserwację do szpitala. Jak ustalili biegli psychiatrzy, w chwili zabójstwa był poczytalny, jednak znajdował się w stanie silnego wzburzenia.

Miłość do końca
- Córki wiedzą najlepiej, jak było między rodzicami. Wiem, że mogą mieć żal o tę petycję, ale ja im powiedziałam: matce nic już nie wróci życia, a ojca nie można tak przekreślić - mówi Irena Kokocińska, która podczas rozprawy przekazała sądowi petycję. Mieszkańcy proszą w niej o łagodny wyrok dla 66-letniego dzisiaj Zbigniewa. - To się mu od nas należało. Wystarczy, że do końca swych dni będzie musiał żyć ze świadomością, że zabił człowieka - dodaje Kokocińska.

Z petycją zapoznał się nie tylko sąd, ale także prokurator, oskarżyciele posiłkowi oraz adwokat Zbigniewa. Sąd wysłuchał także opinii psychiatry. - Żadna zbrodnia nie może być akceptowana - przestrzega Roch Waszak, prokurator rejonowy z Gostynia. - A zabójstwo nie jest sposobem rozwiązywania problemów czy konfliktów małżeńskich.

Dlaczego Irena i Zbigniew się nie rozwiedli, skoro tak się różnili? Nie wiadomo. Ludzie we wsi mówią, że ponoć do końca kochał tę "swoją panią".

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

B
Binio

Co autorka tego zdania miała na myśli?: "Kościoła we wsi nie ma, jednak z tym problemu nie było, gdyż zbór mieścił się w oddalonej zaledwie o kilka kilometrów Pogorzeli".

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3