„Dzięki wojsku stałam się osobą silną i niezależną”

Partnerem cyklu jest Dowództwo Wojsk Obrony Terytorialnej
O tym, jak służba w Wojskach Obrony Terytorialnej kształtuje naszą osobowość, charakter. O działaniach na froncie walki z pandemią koronawirusa i pasji do wojska, która kształtowała się od dzieciństwa. Rozmawiamy z szer. Martą Gruszką, żołnierzem 12 Wielkopolskiej Brygady Obrony Terytorialnej, a prywatnie tatuażystką.

Dlaczego zdecydowałaś się wstąpić do Wojsk Obrony Terytorialnej? Co było dla ciebie takim impulsem?

Już od dziecka mój dziadek, który był wojskowym, zaraził mnie miłością do wojska. Był bardzo dumny, gdy mówiłam mu, że w przyszłości chcę zostać żołnierzem. Niestety, nie doczekał tego osobiście, ale wiem, że byłby bardzo zadowolony z wyboru, jakiego dokonałam. W mojej rodzinie zarówno od strony mamy, jak i taty byli Powstańcy Wielkopolscy, więc tradycję wojskową miałam zaszczepioną od zawsze. Gdy dowiedziałam się o naborze do 12 Wielkopolskiej Brygady Obrony Terytorialnej, poczułam, że to jest właśnie ten moment, by zrealizować swoje marzenia. Moje szesnastodniowe szkolenie odbyłam w lipcu 2019 roku. Było bardzo gorąco, codziennie wykręcałam litry potu z munduru po zakończeniu dnia szkoleniowego. Stopy, które odmawiały posłuszeństwa, nie pokonały mnie. Do ostatniego dnia dumnie maszerowałam, by z wyróżnieniem zakończyć szkolenie. Udało mi się to! Byłam z siebie bardzo dumna i do tej pory jestem.

Co było dla ciebie największym wyzwaniem w tym początkowym okresie?

Moim zdaniem najtrudniejsze było właśnie to szesnastodniowe szkolenie, które kończyło się ogólnym testem sprawnościowym i egzaminem „pętli taktycznej”. Ogromnie się stresowałam tym, jak to wypadnie. Podzielono nas na dwunastoosobowe sekcje. Zostaliśmy pozostawieni w terenie i naszym zadaniem było dotarcie do celu, pokonując różnego rodzaju przeszkody. W mojej grupie było osiem kobiet i czterech mężczyzn. Poszło nam na tyle dobrze, że udało się nam nawet wygrać w tej konkurencji.

Czy kobiecie jest trudniej odnaleźć się w wojsku?

W ostatnim czasie w wojsku pojawia się coraz więcej kobiet. Z moich obserwacji wynika, że dziewczyny są coraz lepsze i bardzo mocno zaangażowane w swoją służbę. Ja na przykład jestem snajperem. Mogłoby się wydawać, że taka funkcja nie pasuje do kobiety, a ja się doskonale w tym odnajduję. Ważne jest to, że jesteśmy traktowane tak samo jak faceci. Nie ma dla nas żadnej taryfy ulgowej. Spotykamy się z ogromnym szacunkiem i czujemy się jak w jednej wielkiej rodzinie, każdy sobie pomaga.

Czy możesz nam opowiedzieć o tym, na czym polegała twoja służba na froncie walki z pandemią koronawirusa?

Wszystko zaczęło się na początku marca. Brałam udział w patrolach na terenie Kalisza. Każdego dnia sprawdzaliśmy, czy ludzie noszą maseczki. Podczas takiego patrolu wychodziliśmy około 25 kilometrów dziennie. Następnie mieliśmy do czynienia z dramatyczną sytuacją w Domach Pomocy Społecznej. Ludzie chorowali masowo. Wtedy, wraz z czwórką moich kolegów i koleżanek, brałam udział w ewakuacji kaliskich DPS-ów. To było bardzo trudne zadanie. Musieliśmy wykazać się delikatnością wobec pensjonariuszy, bo to osoby w podeszłym wieku i jednocześnie sprawnie przewieźć ich do szpitala. Mieliśmy na sobie kombinezony ochronne, które nosiliśmy przez 12 godzin, a one parowały, bo temperatura na zewnątrz była wysoka. Bardzo poruszające było dla mnie to, gdy wynosiliśmy te starsze osoby, one zadawały nam pytania: kiedy wrócą? czy wrócą? Tutaj musieliśmy wykazać się dużą empatią i zrozumieniem. W jeden dzień ewakuowaliśmy około 120 osób. To ciężka praca, ale także ogromna satysfakcja, że mogliśmy pomóc i zrobić coś dobrego dla tych ludzi, uratować ich. Ostatnim moim zadaniem była praca w punktach wymazowych na terenie całej Wielkopolski. W tym przypadku moje obowiązki polegały na kierowaniu osób, które przyjeżdżały, by wykonać test, do odpowiedniego namiotu. Staram się zawsze dużo z tymi osobami rozmawiać, poprawiać im humor, ponieważ wiem, że taka sytuacja wiąże się z ogromnym stresem.

Czym zajmujesz się na co dzień? Jakie są twoje pasje, zainteresowania?

Zawodowo pracuję jako tatuażystka. Zajmuje się tym od 12 lat. Uważam, że tatuaże są formą sztuki, którą przelewam na skórę. Najciekawsze są motywy tworzone z jakiejś historii lub by kogoś upamiętnić. W ten sposób możemy wyrazić siebie. Sama mam liczne tatuaże i każdy z nich ma swoją historię. Moje ciało jest mapą mojego życia. Bałam się, że przez moje tatuaże mogę nie dostać się do wojska, ale Wojska Obrony Terytorialnej bardzo miło mnie przyjęły. Nieważne, ile mamy tatuaży, ważne, jakimi jesteśmy żołnierzami. W życiu najważniejsza jest dla mnie moja rodzina oraz przyjaciele, za których oddam życie. To oni od zawsze mnie wspierali, dodawali siły, gdy już jej nie było. Dzięki nim zrozumiałam, że czasem warto na coś poczekać, by to osiągnąć, ale pod żadnym pozorem nie wolno się poddawać. Mam dwa wspaniałe psy, które codziennie dają mi mnóstwo szczęścia oraz miłości. Spacery z nimi bardzo mnie odprężają. Uwielbiam aktywnie z nimi spędzać mój czas. Mam takie życiowe motto: „Serce każdego z nas nosi jakiś tatuaż”.

A jak twoja rodzina i bliscy zareagowali na wiadomość, że chcesz wstąpić do wojska?

Wszyscy byli mocno zdziwieni, chociaż moja mama zna mój charakter i spodziewała się tego po mnie. Teraz rodzina jest bardzo dumna z tego, co robię. Niezwykle mnie wspierają. Pamiętam pierwszą falę pandemii. W czasie Świąt Wielkanocnych byłam codziennie na służbie, wtedy również spotykałam się ze zrozumieniem ze strony moich bliskich. W Wielkanoc, gdy pracowałam na patrolach w Kaliszu, nie chciałam narażać rodziny, więc gdy przyszłam w odwiedziny, jadłam obiad na ogrodzie, rozmawiałam z rodzicami na odległość przez okno, no ale daliśmy radę i czułam bliskość z ich strony.

Dlaczego twoim zdaniem warto wstąpić do WOT? Co chciałabyś powiedzieć osobom, które rozważają możliwość takiej służby?

Wojsko uczy dyscypliny. Pozwala odkrywać swoje pasje, kształtuje nasz charakter, osobowość. Ja dzięki wojsku stałam się osobą silną i niezależną. Nie boję się niczego, no może z wyjątkiem pająków. Uważam, że nie ma na co czekać, trzeba wstąpić do WOT i poczuć to na własnej skórze. Ja osobiście uwielbiam zajęcia na strzelnicy, zawsze mam dobre wyniki i jestem bardzo szczęśliwa, gdy mamy zajęcia ze strzelania. Fajne jest również to, że WOT są otwarte praktycznie na wszystkich, ja na szkoleniu poznałam kobietę, która miała 50 lat i doskonale sobie radziła, była niesamowicie zmotywowana.

Dodaj ogłoszenie