Film i muzyka przeplatają się przez całe moje zawodowe życie...

    Film i muzyka przeplatają się przez całe moje zawodowe życie - rozmowa z Ewą Abart

    Marek Zaradniak

    Głos Wielkopolski

    Aktualizacja:

    Głos Wielkopolski

    Nie mogę być nieszczęśliwa mając dwójkę dzieci i męża
    1/3
    przejdź do galerii

    Nie mogę być nieszczęśliwa mając dwójkę dzieci i męża ©Anna Gostkowska

    Z Ewą Abart, wiokalistką i producentką filmową, o jej nowej płycie „Lucky Days”, szczęściu i inspiracjach muzycznych
    Dlaczego Pani, artystka związana z filmem, scenarzystka i producentka, zajęła się muzyką?
    Bo mi to po prostu w duszy od bardzo dawna gra. Jak kogoś coś męczy, to musi to zrobić. A śpiewanie mnie zawsze męczyło w takim sensie, że zamykałam się w pokoju i po prostu śpiewałam. W pewnym momencie zdecydowałam się skonsolidować działania i nagrać płytę. Pierwszą nagrałam w 2008 roku. Ona była zupełnie innym materiałem niż aktualna.
    To była płyta retro z elementami soulu. I tak się śmieję, myśląc o niej, że jakby zamykała u mnie etap młodzieńczości i beztroski. Jest pogodna, sympatyczna. Lubię ją. Absolutnie się od niej nie odwracam plecami, co jest częste dla wielu osób, które coś w życiu zrobiły, a potem wstydzą się swoich pierwszych rzeczy. Ja ją lubię. Oczywiście, nie jest wolna od mankamentów, ale mam do niej wielki sentyment. Potem nastąpił drugi okres w moim życiu. Już nie beztroski, ale dorosłości. Urodziłam dwójkę dzieci. Zaczęłam prowadzić konkretne życie zawodowe. Związałam się z filmem i telewizją. Przez lata pracowałam przy produkcji popularnych seriali. Potem założyłam firmę i zrealizowałam dwa lata temu film fabularny „Karuzela”. Następnie był kolejny film dokumentalny. Teraz przygotowuję następną fabułę. Pomiędzy cały czas zajmowała mnie muzyka. Album „Lucky Days” nagrywałam trzy i pół roku.

    A czego teraz w Pani życiu jest więcej muzyki czy filmu?
    Aktualnie na pewno muzyki, bo żyję płytą i koncertami, które przygotowujemy z kompozytorem Tomkiem Ślesickim, który prywatnie jest operatorem filmowym. Poznaliśmy się na niwie zawodowej i jakoś tak wyszło, że zgadaliśmy się co do wspólnych muzycznych upodobań i stworzyliśmy concept albumu. Mówimy, że to muzyka filmowa z wokalem, bo tak trochę to wymyśliliśmy, aby można było tej muzyki słuchać, zamykając oczy i wyobrażając sobie własny film. Ta filmowość i muzyka przeplatają się w moim życiu, ale jak powiedziałam, ostatnio jest więcej muzyki. Planujemy trochę koncertów klubowych. Może uda się nam załapać na jakieś festiwale? Zobaczymy. Nie chcę zapeszać.

    Ta płyta nosi t ytuł „Lucky Days”. Czy czuje się Pani szczęśliwa?
    Tak. Jestem bardzo szczęśliwa. Ludzie mają taką naturę, że jeśli ktoś jest spokojny, to w ramach relaksu chodzi na boks. Jeżeli ma jowialną naturę i jest głośny, a ja mam właśnie taką, to się wycisza a wtedy robi się nostalgicznie i psychodelicznie. Muzyka i teksty zarejestrowane na tej płycie są na pewno z tej ciemniejszej strony mocy. Jestem bardzo szczęśliwa. Nie mogę nie być szczęśliwa, mając dwójkę dzieci i męża. Ale nie jestem też bezrefleksyjna. Ta refleksyjność przyszła właśnie wtedy, kiedy zaczęłam być odpowiedzialna za drugiego człowieka. I myślę, co będzie po naszym życiu, gdy to wszystko minie. Łapią mnie takie nastroje. Płyta „Lucky Days” odzwierciedla właśnie to, co będzie potem. Jestem przekonana, że potem mogą być już tylko „Lucky Days”. Lubię o tym myśleć, że to będą fajne dni, choć nie mam zielonego pojęcia, jakie będą naprawdę.
    Inspirację muzyczną stanowiła Pani muzyka lat 80. i 90. choć nie tylko...

    Muzyka lat 80. i 90. była dla mnie inspiracją, a największą stanowi twórczość grupy Portishead, w której po uszy jestem zakochana. Interesują mnie też ciemniejsze brzmienia soulowe i wszystkie nostalgiczne płyty Davida Bowie, którego po prostu uwielbiam, a także Depeche Mode. Ale wzrastałam też na muzyce Niny Simone. Ona oraz Ella Fitzgerald to prawdziwe królowe, które w miom domu były zawsze obecne, ponieważ moi rodzice uwielbiają taką muzykę jak Nat King Cole czy Aretha Franklin. Potem pojawił się Bryan Ferry i tak się ta moja dusza muzyczna kształtowała, choć teraz przeszła ewolucję w kierunku muzyki elektronicznej. Mam po prostu szerokie inspiracje muzyczne.
    Rozmawiał MAREK ZARADNIAK


    Płyta



    A ja wolę wiolonczelę
    Pierwszy od ośmiu lat krążek Ewy Abart „Lucky Days” zawiera 10 utworów. Dziewięć z nich to instrumentalno-wokalne, a jeden instrumentalny. Autorem muzyki jest operator filmowy Tomasz Ślesicki. Autorką tekstów - Ewa Abart. Niestety, tylko jedna z piosenek wykonywana jest po polsku, pozostałe - po angielsku. Piosenkarka, która związana jest także ze światem filmu namawia, aby słuchając tej płyty zamknąć oczy i wyobrazić sobie swój własny film. Muzycznie większość utworów jakie słyszymy, nie wychodzi ponad poprawność. Sporo w nich elektroniki. Sporo nostalgicznych klimatów. To jednak trochę męczy. Te piosenki, choć śpiewane po angielsku, na staną się światowymi przebojami. Nie mają szansy. Mogą być jedynie ilustracjami dla etiud filmowych. Więc lepiej by było, gdyby Ewa Abart skoncentrowała się na śpiewaniu po polsku. Spośród wszystkich utworów zamieszczonych na tym krążku za najciekawszy uznać można finałowy, instrumentalny „Treetops” z ciekawym solo Urszuli Chrzanowskiej na wiolonczeli. Ten utwór po prostu od razu zapamiętujemy.
    Marek Zaradniak
    FOT. KAROLINA MISZTAL

    Czytaj treści premium w Głosie Wielkopolskim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo