Główny świadek ws. porwania Ziętary został napadnięty przez fałszywych policjantów? "Przyszli do domu i szukali dokumentów na Elektromis"

Łukasz Cieśla
Łukasz Cieśla
Krakowska prokuratura po latach oskarżyła dwóch ochroniarzy Elektromisu o porwanie Jarosława Ziętary. Głównym dowodem przeciwko ochroniarzom stały się zeznania Jerzego U. Odrębny proces ma były senator Aleksander Gawronik. Jemu prokuratura zarzuca podżeganie do zabicia Ziętary. Z kolei były szef Elektromisu Mariusz Ś. w sprawie jest wyłącznie świadkiem. Łukasz Gdak
- We wtorek o 6 rano do mojego domu weszli czterej mężczyźni w kominiarkach. Podawali się za policjantów, twierdzili, że robią przeszukanie i szukają jakichś dokumentów na Elektromis. Gdy zorientowałem się, że coś jest nie tak, dostałem od nich łomem w głowę – mówi Jerzy U., główny świadek w sprawie porwania poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary. Wcześniej zeznał, że widział, jak 1 września 1992 roku trzej ochroniarze firmy Elektromis, przebrani za policjantów, porywają Ziętarę. Jerzy U. jest przekonany, że wtorkowa wizyta przebierańców to kolejna próba jego zastraszenia za zeznawanie ws. porwania Ziętary.

Policja potwierdza, że od rana wykonuje czynności w domu głównego świadka ws. Ziętary.

- Dostaliśmy we wtorek rano takie właśnie zgłoszenie. Policjanci wykonali m.in. oględziny jego domu. Czynności trwają – potwierdza Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji. Dodał, że dziwi się, że główny świadek ws. Ziętary tak szybko zawiadomił o tym „Głos Wielkopolski”.

Główny świadek obciążył byłych ochroniarzy Elektromisu. Zobacz film

„Przyszli i powiedzieli, że są policjantami i robią mi przeszukanie. Szukali dokumentów na Elektromis” - mówi główny świadek

Jerzy U. wskazuje tymczasem, że to kolejna prowokacja wobec niego za zeznania ws. Ziętary. Zadzwonił do nas we wtorek rano, w obecności prawdziwych policjantów wykonujących czynności w jego domu pod Poznaniem.

- Ci ludzie, którzy przyszli do nas rano, przedstawili się, że są z policji. Mieli kominiarki na twarzach oraz założone kamizelki z napisem "Policja". Żona im uwierzyła i wpuściła do środka. Pytali o sejf, szukali w ścianach. Niby jakichś dokumentów dotyczących firmy Elektromis. Tylko to ich interesowało. Mówili, że ja takie dokumenty mogę mieć, bo kiedyś pracowałem dla Elektromisu. Gdy zorientowałem się, że coś jest nie tak, chwyciłem za kindżał, który mam w domu. Zacząłem ich atakować. Zrobiło się zamieszanie. Oni sięgnęli po telefon, nadal twierdzili, że są policją i wzywają posiłki. Zacząłem wierzyć, że może są z policji. Po chwili dostałem łomem w głowę. Skuli mnie, powalili na ziemię i dalej szukali dokumentów

Czterej mężczyźni, jak dodaje, wkrótce uciekli z jego domu. Stało się tak, bo jego córka zadzwoniła po prawdziwą policję.

- Zabrali mi jedynie kindżał, którym ich zaatakowałem. Dokumentów nie wzięli - stwierdził Jerzy U.

Czytaj też: "Gang przebierańców" podawał się za fałszywych oficerów ABW, SKW i CBA. Oszukiwali przedsiębiorców i instytucje

Były oficer UOP: Widziałem porwanie Ziętary. Ochroniarze Elektromisu byli przebrani za policjantów

Przypomnijmy, że Jerzy U. to były funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa i Urzędu Ochrony Państwa. W służbach zajmował się m.in. obserwacją i inwigilacją. W 1992 roku oficjalnie miał odejść z UOP i założyć prywatną firmę detektywistyczną. Wtedy też miał zaczął dostawać zlecenia od Elektromisu. Niewykluczone jednak, że Jerzy U. dłużej został w służbach. Nasze źródła twierdzą, że w latach 1992-1995 pracował w UOP na etacie niejawnym i miał wtedy „od środka” inwigilować Elektromis. Firma założona przez Mariusza Ś., wychowanka domu dziecka w Szamotułach, była podejrzewana o wielkie przekręty gospodarcze i podatkowe. Chodziło m.in. o przemyt alkoholu i papierosów.

Czytaj też: Szef dawnego Elektromisu Mariusz Ś. nie dostał żadnych zarzutów za sprawę Ziętary. Jest w niej wyłącznie świadkiem

To właśnie firmą Elektromis i poznańską szarą strefą miał interesować się dziennikarz Jarosław Ziętara, który zniknął 1 września 1992 roku.

Czytaj też: Na czym polegała działalność Elektromisu i dlaczego w latach 90. firmą interesowali się dziennikarze?

Zniknięcie Ziętary przez lata było niewyjaśnione. Przełom nastąpił po wszczęciu trzeciego śledztwa i przenieniesiu go do Krakowa. Bardzo ważnym świadkiem został wspomniany Jerzy U. W 2013 roku zgłosił się do krakowskich śledczych. Nadano mu status świadka incognito. Zeznawał, że w 1992 roku dostał tajne zlecenie od Elektromisu. Miał śledzić młodego dziennikarza Jarosława Ziętarę, który interesował się przekrętami Elektromisu. Wskazał, że 1 września 1992 roku stał pod kamienicą, w której mieszkał Ziętara. Widział, jak trzech mężczyzn, przebranych za policjantów, „zaprasza” Ziętarę do poloneza wyglądającego jak radiowóz. W tych mężczyznach rozpoznał trzech ochroniarzy Elektromisu: „Lalę”, „Rybę” i „Kapelę”. Dwaj ostatni służyli wcześniej w milicji i policji. Obecnie żyją jedynie „Lala” i „Ryba”, obaj mają proces pod zarzutem porwania Ziętary i przekazania go nieustalonym do tej pory zabójcom. Nie przyznają się do winy.

Czytaj też: Były oficer UOP w 2018 roku opowiedział o szczegółach zniknięcia Jarka Ziętary

Dawny Elektromis dał pół miliona złotych głównemu świadkowi. Tuż po wycofaniu przez niego zeznań przeciwko ochroniarzom Elektromisu

Jerzy U. zgłosił się do prokuratury w 2013 roku, bo miał swoje sprawy karne o wyłudzenia. Emerytowanemu oficerowi służb groziła wtedy odsiadka. Liczył na pomoc krakowskich śledczych. Zaczął zeznawać.

W styczniu 2015 roku, twierdząc, że nie dostał należytej pomocy i ochrony od prokuratury, wycofał swoje zeznania przeciwko aresztowanym ochroniarzom Elektromisu. Podejrzani „Ryba” i „Lala” dzięki temu opuścili areszt. Jak się później okazało, tuż po wycofaniu zeznań, Jerzemu U. przekazano z dawnego Elektromisu pół miliona złotych. Oficjalnie – za ochronę dawnej siedziby Elektromisu przy ul. Wołczyńskiej w Poznaniu. Nieoficjalnie – jak mówił nam potem Jerzy U. - były to pieniądze za milczenie ws. Ziętary.

Czytaj też: Widzieliśmy faktury na pół miliona złotych dla głównego świadka ws. Ziętary. Oficjalnie pieniądze trafiły do firmy jego żony

W 2018 roku Jerzy U. wrócił do współpracy ze śledczymi. Ponownie zeznaje, że widział porwanie Jarosława Ziętary przez ochroniarzy Elektromisu. Opowiadał nam wtedy, że co jakiś czas dostaje sygnały, że środowisko Elektromisu się na nim zemści. Tym bardziej, że w Poznaniu można usłyszeć, że Jerzy U. faktycznie sporo wie i może przechowywać dokumenty z dawnych lat. Nam mówił, że posiada zdjęcia z porwania Ziętary, które sam wykonał. Nigdy ich jednak nie pokazał.

Ludzie dawnego Elektromisu, czyli Mariusz Ś. oraz jego prawa ręka były milicjant Krystian Cz., od lat zaprzeczają twierdzeniom Jerzego U. Twierdzą, że nigdy nie kupowali milczenia głównego świadka ws. porwania Ziętary. Uważają, że on manipuluje organami ścigania i mediami. W 2018 roku sami złożyli na niego doniesienie twierdząc, że to Jerzy U. domagał się od nich pieniędzy za zmianę zeznań ws. Ziętary. Prokuratura, po zawiadomieniu szefów dawnego Elektromisu, umorzyła sprawę.

Czytaj też: Elektromis złożył zawiadomienie na głównego świadka, ale prokuatura umorzyła sprawę

Czy teraz ludzie dawnego Elektromisu wysłali „przebierańców” do domu głównego świadka ws. Ziętary? Okoliczności zdarzenia z 9 lutego wyjaśnia poznańska policja.

Głośne zabójstwa, niewyjaśnione zbrodnie i tajemnicze znikni...

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie