„Jesteśmy 50 lat wstecz i to może być różnica nie do nadrobienia”. O edukacji seksualnej rozmawiamy z Aleksandrą Żyłkowską-Wójcik

Magdalena Konczal
Magdalena Konczal
Edukacja seksualna w polskich szkołach – jest czy jej nie ma? " Część osób mówi, że edukacja seksualna występuje w polskich szkołach, bo program jest obszerny, a część twierdzi, że jej nie ma, bo liczba godzin jest zdecydowanie niewystarczająca" – mówi Aleksandra Żyłkowska-Wójcik.
Edukacja seksualna w polskich szkołach – jest czy jej nie ma? " Część osób mówi, że edukacja seksualna występuje w polskich szkołach, bo program jest obszerny, a część twierdzi, że jej nie ma, bo liczba godzin jest zdecydowanie niewystarczająca" – mówi Aleksandra Żyłkowska-Wójcik. SWPS
Udostępnij:
Edukacja seksualna, wychowanie do życia w rodzinie, nauka o seksualności i budowaniu relacji – jakkolwiek byśmy nie nazwali tego przedmiotu, uczenie dzieci i młodzieży „na TEN temat”, wzbudza wśród rodziców wiele emocji. O tym, czy w Polsce edukacja seksualna wygląda inaczej, niż na zachodzie, czemu chłopcy powinni uczyć się o miesiączce i o co najchętniej pyta młodzież na takich zajęciach porozmawialiśmy z Aleksandrą Żyłkowską-Wójcik – psycholożką, seksuolożką i edukatorką seksualną.

Edukacja seksualna w polskich szkołach – jest czy jej nie ma?
Rozumiem, że te zdania mogą być podzielone. Edukacja seksualna w formie wychowania do życia w rodzinie funkcjonuje tak w szkołach publicznych, jak i prywatnych. Trzeba sobie jednak postawić pytanie, czy ona jest prowadzona w odpowiedniej formie i czy jest wystarczająca?

To jest kilkanaście godzin na dany rok kalendarzowy w przypadku jednej klasy. Takie zajęcia są dobrowolne, najczęściej za zgodą rodziców. A więc edukacja seksualna jest w polskich szkołach, ale myślę, że jej jakość i ilość można podać w wątpliwość.

A jak obecnie wyglądają zajęcia z wychowania do życia w rodzinie?
Trzeba powiedzieć, że program zajęć z wychowania do życia w rodzinie jest bardzo obszerny. Mamy tam dużo różnych bloków tematycznych. Jednak ze względu na okrojoną formę lekcji (przypomnijmy, że jest to zaledwie kilkanaście godzin, ale nie zegarowych, tylko lekcyjnych), każda osoba prowadząca może sobie dobrowolnie wybrać temat, który chce zrealizować.

Jeżeli na przykład katechetka prowadzi te zajęcia, może czuć się bardziej kompetentna, mówiąc o kwestiach, dotyczących rodziny. Z kolei biolog skupi się bardziej na infekcjach przenoszonych drogą płciową.

Liczba godzin nie jest relewantna do tego, jaki jest program i jakie tematy można by było poruszyć. Część osób mówi, że edukacja seksualna występuje w polskich szkołach, bo program jest obszerny, a część twierdzi, że jej nie ma, bo liczba godzin jest zdecydowanie niewystarczająca, a na pewno nie taka jak w krajach zachodnich, np. w Niemczech, Portugalii, Hiszpanii czy Francji.

Tak jak Pani wspomniała, zajęcia z wychowania do życia w rodzinie są nieobowiązkowe, a ich liczba to 14 godzin lekcyjnych w całym roku szkolnym, z czego 5 zajęć odbywa się z podziałem na grupy. Osobno uczą się dziewczynki, a osobno chłopcy. Myśli Pani, że to jest dobre rozwiązanie?

Nie jestem zwolenniczką takiego podziału. Później spotykam się w gabinecie z historiami, dotyczącymi tego, że partner danej osoby nie wie, jakie jej kupić podpaski, a temat miesiączki jest dla niego wstydliwy. Idąc za przykładem krajów zachodnich, edukacja seksualna powinna odbywać się u obu płci w jednym czasie. Chodzi o to, żeby chłopcy byli zaznajomieni z tym, co dziewczynkom i dojrzewającym kobietom bywa potrzebne. Zresztą w drugą stronę działa to tak samo.

My najpierw rozdzielamy płcie, a później oczekujemy od ludzi wchodzenia w związki i budowania mądrych relacji. Jak oni mają się ze sobą dogadywać, skoro na pewnym etapie dostali sygnał, że coś jest męskie, a coś kobiece? To może w jakimś sensie tabuizować. Oczywiście, ja rozumiem, że bywa duża psychologiczna różnica między dziewczynkami a chłopcami we wczesnonastoletnim wieku, niemniej te sprawy siłą rzeczy później dotyczą i tak obu płci.

Czyli nie jest Pani zwolenniczką rozdzielania klas?
Nie. Kiedy ja prowadzę zajęcia z edukacji seksualnej, to zawsze biorę dwie grupy i nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby te tzw. kobiece tematy, związane z cyklem miesięcznym, były nieinteresujące. Wręcz przeciwnie, takie zajęcia dają chłopcom dużą jasność. Później nie ma tekstów: „Ty krwawisz i nie umierasz, to ja ci nie ufam”.

Wspomniała Pani o tym, że w krajach zachodnich zajęcia z edukacji seksualnej wyglądają zupełnie inaczej, niż w Polsce. Jakie są różnice?
Powiedziałabym, że kolosalne. W krajach zachodnich edukacja seksualna od lat 60. i 70. jest prowadzona jako obowiązkowy przedmiot. Wszyscy uczniowie chodzą na takie zajęcia. Na konkretnym etapie rozwojowym, porusza się dane tematy. Jeżeli więc w krajach zachodnich już od lat 60. i 70. jest obowiązkowa edukacja seksualna, którą dostosowuje się do pułapu wiekowego, to tak naprawdę w 2022 roku my jesteśmy 50 lat wstecz i to może być różnica nie do nadrobienia.

Programy bardzo się od siebie różnią. Przede wszystkim liczbą godzin. Poza tym w krajach zachodnich podejmuje się inne tematy, np. dotyczące stawiania granic czy aspektów psychologicznych edukacji seksualnej, które niewątpliwie są bardzo ważne w młodym wieku (toksyczne związki, budowanie relacji). Są to tematy, które bardzo pomagają młodzieży w uświadomieniu sobie, co się dzieje w budowanych przez nich relacjach. Tymczasem u nas mów się głównie o aspektach biologicznych, na przykład o infekcjach przenoszonych drogą płciową czy antykoncepcji.

Niektórzy twierdzą, że zajęcia z edukacji seksualnej mogą w jakimś sensie demoralizować młodzież. Inni postulują z kolei, żeby każdy sam uczył swoje dziecko w tym zakresie. Co Pani uważa na ten temat?

Wyniki różnych ankiet i sondaży pokazują, że jeżeli chodzi o edukację seksualną, to młodzież najmniej wiedzy czerpie z domu. Najczęściej są to rówieśnicy, internet, ewentualnie szkoła. Sama niestety spotykam się z takimi doniesieniami, że w rodzinach też niekiedy dochodzi do przemocy seksualnej.

Wówczas takie dziecko może się dowiedzieć dopiero w wieku nastoletnim, że coś niepokojącego działo się u niego w rodzinie i tak naprawdę taką sytuację trzeba było zgłosić. Ale skąd to dziecko miało wiedzieć, że tak należy postąpić, skoro nikt mu nigdy nie mówił o tym temacie? Właśnie dlatego edukacji seksualnej nie powinny uczyć rodziny, ale jakaś zewnętrzna instytucja.

Pytała Pani też o seksualizację. Są różne osoby, które prowadzą zajęcia z edukacji seksualnej. Nie jestem zwolenniczką żadnych skrajności, bo żadne skrajności nie są dobre. W momencie, gdy młodzież dostaje elastyczne i dostosowane do wieku informacje, to naprawdę może na tym skorzystać i mieć konkretną pigułkę wiedzy, także, jeśli chodzi o psychologię edukacji seksualnej.

Wspomniała Pani o tym, że młodzi ludzie nie uczą się o swojej seksualności w domu. Skąd więc najlepiej jest czerpać taką wiedzę? Gdzie szukać rzetelnych źródeł?
Są pewne fundacje, stowarzyszenia, grupy edukatorów seksualnych, które mają swoje platformy internetowe. Młodzi ludzie poruszają się po internecie i kiedy pojawiają się u nich jakieś wątpliwości czy kłopoty, to zachęcamy do tego, żeby nie wypisywać na forum: „Co zrobić, gdy…” i czytać o lękach różnych osób na ten temat, ale zapoznawać się z rzetelnymi informacjami.

Można śmiało skorzystać ze sprawdzonych forów, darmowych konsultacji lub telefonów zaufania. W Polsce mamy wiele stowarzyszeń czy fundacji, które pomagają. Są na przykład infolinie dla dzieci i młodzieży. Ważne by były to miejsca, gdzie pracują kompetentne i wykształcone osoby, znające się na temacie.

Mam wrażenie, że w Polsce temat edukacji seksualnej wciąż jest wstydliwy. Chciałam więc zapytać o Pani doświadczenie jako edukatorki seksualnej. Czy występują takie zachowania, że uczniowie, zamiast skupiać się na treściach śmieją się lub żartują?
Jeżeli temat prowadzony jest w poważny sposób, a nie prześmiewczy, to uczniowie naprawdę są zainteresowani. Jak Pani zadała to pytanie, od razu przypomniała mi się sytuacja z pewnej szkoły.

W trzeciej klasie liceum prowadziłam zajęcia na temat infekcji przenoszonych drogą płciową (jak się można zarazić, jak się zabezpieczać itd.). Mówiłam o wszystkich najważniejszych informacjach. Podkreślałam, dlaczego tak naprawdę późniejsze współżycie seksualne ma duże znaczenie.

Tłumaczyłam, że chodzi po prostu o wewnętrzną odporność i tego nie przeskoczymy w wieku dojrzewania. Rozmawialiśmy o ogólnych, praktycznych sprawach: gdzie się zgłosić, by się zbadać, czy możemy prosić partnera/partnerkę o informację na temat chorób przenoszonych drogą płciową, w jaki sposób o tym mówić.

Kolejna klasa miała zajęcia w innym tonie, o związkach i relacjach. Bardzo prosiła o ten temat, który omawialiśmy z poprzednią grupą, a niestety dostali informację, że muszą wybrać inny, bo była to druga klasa liceum i rodzice nie zgodzili się na takie zajęcia. Pojawiają się też głosy, że uczniowie chcieliby i jedne, i drugie zajęcia, a także więcej informacji, związanych z edukacją seksualną.

Czyli jest zainteresowanie tematem...
Tak, pamiętam, że gdy były czasy przedcovidowe, to zapraszaliśmy różne szkoły na zajęcia z edukacji seksualnej. Chociaż może trzeba by było powiedzieć, że były to tematy podchodzące pod edukację seksualną, na przykład: „Moja seksualność, moja sprawa” czy „Psychologia miłości – o co chodzi w związku”.

Mówiliśmy o tym, czym jest toksyczny związek, a czym zdrowa relacja i po czym ją rozpoznać. Myślę, że jest to bardzo ciekawy obszar wiedzy dla młodzieży. Oni dzięki temu zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, jakie relacje tworzą wokół siebie. Wiem, że te zajęcia miały bardzo dużą siłę nośną.

Mówiła Pani wcześniej o tym, że podstawa programowa do zajęć z wychowania do życia w rodzinie jest bardzo szeroka i nauczyciel może sobie wybrać, które zagadnienia chce omawiać. Czy czegoś jednak brakuje na tych lekcjach?
Od młodzieży słyszę, że brakuje im tematów o związkach i relacjach. W mediach, filmach czy w przestrzeni internetowej tak naprawdę mamy bardzo rozbieżne przykłady budowania związków i relacji. Później młodzi ludzie patrzą na to, co się dzieje w domu i zastanawiają się, jak sobie poukładać życie.

Często okazuje się, że bycie w realnym związku bywa nudne, ale taka też jest prawda, że faza zakochania trwa dwa lata i biochemii nie zmienimy. Później przychodzi rzeczywistość i wychodzimy z trochę maniakalnego stanu, w którym każdy człowiek się znajduje, gdy jest zakochany. Przychodzi realność i to wcale nie oznacza, że związek jest nudny, więc trzeba go zakończyć i wejść w kolejny, tylko po prostu tak to wygląda.

Czasami usłyszenie tego od specjalisty może coś zmienić. Mam wrażenie, że żyjemy w kulturze, gdzie mówi się, że wszystko można i wszystkiego nam trzeba na tu i teraz. Ale w związkach niekoniecznie tak to działa. Niekiedy potrzeba trochę cierpliwości czy zrozumienia, a to nie jest takie łatwe.

Czy na zajęciach, które Pani prowadzi, też podejmuje się takie tematy?
Tak, na przykład ktoś się zgłasza z tematem: „Jaki ja chcę związek tworzyć?”. Robimy mapy pojęciowe, na których zapisujemy, czym jest związek, czym jest bliskość, a czym brak bliskości. Takie refleksje dają młodzieży bardzo dużo. I to jest wiedza nie tylko na dziś, ale na przyszłe lata. Zawsze możemy do niej wrócić i sobie odświeżyć ten temat, czy z tą osobą, z którą się jest teraz, czy z tą osobą, z którą się będzie później za kilka czy kilkanaście lat.

Ciekawe jest to, co Pani mówi, bo mogłoby się wydawać, że młodzi ludzie pytają głównie o antykoncepcję, a tu nagle pojawia się poważny temat budowania związków…
To też są tematy, które są trudne. Kiedyś rozmawiałam z nastolatką o tym, co dla niej oznacza związek i to ją zainspirowało, żeby pomówić na ten temat ze swoim partnerem. Okazało się, że dla niego to jest coś zupełnie innego, niż dla niej i oni o to się kłócili.

Można powiedzieć, że była to niezwykle zwykła rozmowa, a spowodowała, że pomniejszyły się u nich napięcia i pewne sprawy zostały wyjaśnione. Porozmawiali też o tym, czym jest zdrada dla jednej osoby, a czym dla drugiej. To też im dało pewne mapy pojęciowe. Powiedzieli sobie, po czym poznają, że są szczęśliwi w związku.

Nie w kłótni, ale tak po prostu, wieczorem, przy herbacie zaczęli się zastanawiać nad związkiem i było to dla nich bardzo budujące, a jednocześnie zbliżające. Jak zeszli na temat bliskości, to powymieniali się swoimi spostrzeżeniami i tak naprawdę zrobili potężną pracę nad swoją relacją. To ich do siebie zbliżyło, ale też dało wiedzę i pomogło zdefiniować potrzeby w stosunku do drugiej osoby.

Pracuje Pani na co dzień jako edukatorka seksulana. Czy faktycznie stan wiedzy młodych ludzi na temat seksualności jest tak niski?
Bywa różnie, bo dużo zależy od środowiska. Są rodzice, którzy wysyłają swoje dzieci na zajęcia z edukacji seksualnej, gdy czują, że coś się dzieje, rozmawiają z nimi i kupują im różne książki na ten temat. A są rodzice, którzy potrafią powiedzieć: „Jesteś płaska, nie kupię ci stanika” albo: „Po co masz golić nogi? Będziesz miała jeszcze na to czas” i w ten sposób seksualność młodych ludzi w jakimś stopniu dewaluują.

Nie sądzę, że wiedza o edukacji seksualnej w dobie internetu i dużej liczby ekspertów, którzy się udzielają, była na jakimś dramatycznym poziomie. Młodzież dużo wie, tylko pytanie, jakiej jakości jest ta wiedza.

- - -
Aleksandra Żyłkowska-Wójcik – psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. Pracuje na Uniwersytecie SWPS w filii w Katowicach oraz w Instytucie Psychoterapii i Seksuologii, gdzie prowadzi prywatny gabinet.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Pamiątki po rotmistrzu Pileckim

Wideo

Materiał oryginalny: „Jesteśmy 50 lat wstecz i to może być różnica nie do nadrobienia”. O edukacji seksualnej rozmawiamy z Aleksandrą Żyłkowską-Wójcik - Strefa Edukacji

Komentarze 7

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

j
juz
i niby w czym ten zachod nas wyprzedzil, tez maja problem bo rodzi sie za malo dzieci a te ktore sa, maja traume bo wiekszosc malzenstw jest po rozwodzie a zascianek polski wciska kity o wyzszosci zachodu
G
Gość
24 stycznia, 08:16, Gość:

Dlaczego przytłaczająca większość tzw seksedukatorów to kobiety?Czyżby to kobiety były bardziej chore na zaburzenia seksualne niż mężczyźni.

A jak sądzisz: dlaczego przytłaczająca większość prostytutek to kobiety?

Owszem, zdarzają się „prostytuci” płci męskiej, no ale właśnie: „zdarzają się”, w porównaniu z ewidentną i przytłaczającą dominacją kobiet w tym „fachu”.

G
Gość
Dlaczego przytłaczająca większość tzw seksedukatorów to kobiety?Czyżby to kobiety były bardziej chore na zaburzenia seksualne niż mężczyźni.
G
Gość
A może obowiązkowe lekcje w burdelu aby nauczyły się jak to się robi!!??
G
Gość
nie można wpuścić seksedukatorów lewaków-atesitów, genedrowców-feministów bo ci mają w głowie pomieszane
S
Sama nowoczesność
Jak wygląda obecnie sytuacja w Wielkiej Brytanii po dziesięcioleciach "seksualnego edukowania"? Liczby nie kłamią:

"Wielka Brytania ma najwyższy wskaźnik ciąż wśród nieletnich w Europie (26 urodzeń na 1000 kobiet w wieku 15-19 lat). Wiek inicjacji seksualnej obniżył się w latach dziewięćdziesiątych do 16 lat (wśród kobiet nastąpiło to w pierwszej, a wśród mężczyzn w drugiej połowie ostatniej dekady). Wzrasta także średnia liczba partnerów seksualnych wśród Brytyjczyków.

W ciągu ostatnich 10 lat nastąpił 20-procentowy wzrost ostrych zachorowań na choroby przenoszone drogą płciową wśród mężczyzn i 56-procentowy wśród kobiet. Zapadalność na chlamydię przenoszoną drogą płciową wzrosła o 223% od 1996 i wynosi 109 000 zarejestrowanych przypadków.

Wśród 17-latek 20 921 zaszło w ciążę w r. 2004, w porównaniu do 20 835 w roku poprzednim (41 proc. z nich dokonało aborcji). Ilość dziewczynek poniżej 14. roku życia, które zaszły w ciążę wzrosła z 334 w r. 2003 do 341 w 2004 r. (60 % tych ciąż zakończyło się aborcją). Nieznaczny spadek ciąż zaobserwowano wśród 14- i 15-latek.

Oficjalne brytyjskie statystki (UK's Office for National Statistics) mówią o wzroście procentu dzieci rodzących się poza związkiem małżeńskim: w 1980 r. było to 12%, w 2004 - 42%. Wielka Brytania jest obecnie czwartym krajem w Europie pod względem ilości dzieci rodzących się poza małżeństwem (po Szwecji, Danii i Francji)."

Rozumiem, że p. Aleksandra chce tego samego w Polsce.
Z
Zastanówmy się
W Wielkiej Brytanii -- niezwykle "nowoczesnej" pod tym względem -- są oczywiście "bardzo do przodu" i chcieliby teraz wycofać się z tego, z całej tej "edukacji seksualnej", tylko nie wiedzą, JAK. Nie spełniły się bowiem ŻADNE obietnice tego programu: zamiast zmniejszyć ilość niechcianych ciąż, to ona się zwiększyła, obniżył się wiek inicjacji seksualnej, zwiększyła się częstość zarażeń chorobami wenerycznymi pośród młodzieży itp. itd. Tak więc cieszmy się, żeśmy "zapóźnieni" -- inni nam tego zazdroszczą -- i raczej "cofnijmy się" z obecnej i u nas "nowoczesności" jeszcze bardziej. Ludzkość tysiące lat rozmnażała się i rozwijała BEZ specjalnej "edukacji" w tym zakresie.

"Portal dailymail.co.uk, przywołuje przypadek nastolatka, który w czasie przesłuchania powiedział, że od dłuższego czasu przeglądał na komputerze w swoim pokoju strony pornograficzne. Orzekający w sprawie sędzia Robin Onions wskazał, że nieletni gwałciciel dokonał swojego aktu po starannym zaplanowaniu, a na swojej ofierze stosował metody, które widział wcześniej w filmach pornograficznych, w których „kobiety są traktowane jak przedmioty, a nie osoby”. „Jest to kolejny z przypadków gwałtów dokonywanych w Wielkiej Brytanii przez młodocianych chłopców uzależnionych od pornografii. Ich ofiarami padają młodsze dziewczynki – siostry i koleżanki ze szkoły” – donosi portal.

Brytyjskie media i politycy podkreślają, że jedną z przyczyn wzrostu przestępstw seksualnych wśród dzieci i młodzieży jest niekontrolowany dostęp do Internetu, w którym roi się od stron pornograficznych. „ Z drugiej strony, większości umyka fakt, że w Wielkiej Brytanii od kilkunastu lat obowiązuje państwowa edukacja seksualna, polegająca głównie na informowaniu o biologicznych kwestiach związanych z ludzką seksualnością i uczeniu stosowania antykoncepcji (typ B lub C zgodnie z klasyfikacją Amerykańskiej Akademii Pediatrii). W wielu szkołach prowadzi się wręcz rozdawnictwo prezerwatyw i hormonalnych środków antykoncepcyjnych, a w kilku szkołach w Southampton bez wiedzy rodziców wszczepiono 13-letnim uczennicom antykoncepcyjne implanty Nexplanon.

W efekcie takich działań Brytyjczycy zmagają się dzisiaj z rosnącą liczbą młodocianych gwałcicieli. Nieletni odpowiadają za 20 proc. gwałtów i 50 proc. przypadków molestowania dzieci w Wielkiej Brytanii” – czytamy na stronie Fundacji, która podkreśla, że edukacja seksualna polegająca na przekazywaniu dzieciom i młodzieży „praktycznych” informacji na temat współżycia seksualnego stanowi dla nich jedynie zachętę do jego podjęcia. "
Przejdź na stronę główną Głos Wielkopolski
Dodaj ogłoszenie