Kacper nie przeżył operacji skoliozy w rzeszowskim szpitalu. Dlaczego?

Andrzej Plęs
Andrzej Plęs
zdjęcie ilustracyjne
zdjęcie ilustracyjne Wojciech Barczynski
Ewa Dudzik nie powie wprost, że ktoś lub coś przyczyniło się do śmierci jej 14-letniego syna. Nie powie, bo nie wie, dlaczego Kacper zmarł niemal na stole operacyjnym. Lekarze twierdzą, że też nie wiedzą, dlaczego tak się stało. Może prokuratura zdoła wyjaśnić tę tajemnicę? Już wpłynęło do niej zawiadomienie.

Kacper trzy razy tej nocy umierał, dwa razy udało się go odratować, za trzecim już nie.

Gdyby nie tak strasznie zaawansowana skolioza, to mógłby uchodzić za okaz zdrowia: od urodzenia nie chorował, przeziębień nie doświadczał, choroby zakaźne się go nie imały.

Do czwartego roku życia mógł uchodzić za wzorzec człowieka niezniszczalnego, ale właśnie wtedy ujawniła się skolioza idiopatyczna. Im starszy był, tym głębsza się stawała, lekarze zwlekali z ordynowaniem operacji, czekali na stosowny moment, bo przecież organizm wciąż rósł.

Pani Ewa raz po raz jeździła spod Przeworska do Lubaczowa, bo tam przyjmował polecany jej ortopeda. Poprzestawano na zalecanych ćwiczeniach, zabiegach, które mogły nieco poprawić komfort życia chłopca, ale wyleczyć go nie mogły.

Kacper miał 12 lat, kiedy wykrzywienie kręgosłupa sięgnęło 50 stopni, a lekarze orzekli, że już czas. Minęły kolejne miesiące, nim przyszła jego kolej trafić na stół operacyjny. Nadszedł jednak koronawirus, a przez niego - kolejne kilka miesięcy zwłoki.

Do Klinicznego Szpitala Wojewódzkiego nr 2 w Rzeszowie udało się dostać z końcem lipca 2020 r. Naprawdę się udało, choć była to dopiero pierwsza z dwu planowanych operacji korekcji skoliozy. Lekarze zdołali wprowadzić tylko pojedyncze śruby w kręgi pacjenta. Śruby miały stabilizować pręt, a pręt miał „stabilizować kręgosłup”. W trakcie prostowania pręta doszło do wyłamania jednej ze śrub, ale - zapewniają lekarze - to wcale nie takie rzadkie przy tego rodzaju operacjach i wcale nie zagraża procesowi uzdrawiania.

- Po operacji syn czuł się dobrze i gdybym później nie wystarała się o pełną dokumentację medyczną syna, nie wiedziałabym, że coś podczas tego pierwszego zabiegu poszło nie tak - zapewnia pani Ewa. - Następna operacja miała być za rok, ale kiedy po trzech tygodniach od pierwszej przyjechałam do szpitala z synem na usunięcie szwów pooperacyjnych, lekarz prowadzący uznał, że nie ma na co czekać, że robimy to za miesiąc.

Podejście drugie

Matka mówi, że obaw nie miała, pewna była, że zostawia syna w dobrych rękach. Oczywiście przed tą pierwszą operacją i przed tą drugą musiała - jako opiekun prawny - podpisać zgodę na ich wykonanie.

- Zapytałam tylko lekarza, ile dzieci umiera podczas takich operacji - wspomina. - Powiedział, że najwyżej jedno na tysiąc. Uznałam, że nie ma się czym przejmować, przecież to nikłe prawdopodobieństwo, że trafi na Kacpra.

Druga i ostatnia z planowanych operacji nastąpiła 5 listopada.

- Wzięli syna na salę operacyjną rano, a lekarz mówił, że wszystko potrwa maksymalnie do godziny czternastej, piętnastej - opowiada matka. - Czekałam na miejscu, o czternastej zaczęłam się niepokoić, spotkałam lekarza, zapytałam, co się dzieje. Powiedział, że były spadki ciśnienia krwi, że syn trafił na OIOM, bo po takiej operacji i tak musiał tam trafić. Uspokoił mnie. Poszłam do syna na OIOM, jeszcze nie do końca wybudził się z narkozy. Musiałam wrócić na wieczór do domu, ale rano chciałam tu być z powrotem.

Pani Ewa mówi, że nie do końca czuła się uspokojona. Jak tylko dojechała do domu, zaczęła dzwonić na oddział intensywnej terapii rzeszowskiego szpitala. Udało jej się dodzwonić po godzinie starań. I to, co usłyszała, było jak postrzał w głowę.

- Pani doktor poinformowała mnie, że stan syna jest ciężki, że był reoperowany, bo nastąpiło krwawienie - opowiada. - Że jak chcę, mogę do niego na chwilę przyjechać.

Ruszyła natychmiast. Na miejscu dowiedziała się, że u syna dwukrotnie nastąpiło zatrzymanie akcji serca. A to drugie się ciągnęło, więc niech się spodziewa konsekwencji długotrwałego niedotlenienia mózgu. Nie miała pojęcia, o jakich konsekwencjach do niej mówią. Zapamiętała tylko, że uprzedzono ją: noc będzie decydująca. O czym decydująca? O życiu dziecka, o konsekwencjach niedotlenienia? Nawet nie dopytywała, nie była w stanie zebrać myśli.

- Wyszedł do mnie lekarz operujący, powiedział: „ja nie wiem, co się stało” - wspomina. - Nie byłam w stanie powiedzieć słowa, tylko łzy mi się lały. Musiałam na noc wrócić do dzieci. Do rana wmawiałam sobie, że musi się poprawić, przecież syn nigdy na nic nie chorował. Pani doktor powiedziała przed moim wyjazdem, że jakby się coś działo, to będzie dzwonić, do rana oka nie zmrużyłam.

Nad ranem miała przypływ nadziei. Noc minęła. Ta, co niby miała zadecydować. Nie dzwonią, więc chyba jest dobrze. Godzinę później skontaktował się z nią lekarz prowadzący. - Z pytaniem, czy już wiem - mówi. - I w ten sposób się dowiedziałam.

Nad ranem trzecie zatrzymanie akcji serca, pół godziny reanimacji, bez skutku. O 6.55 lekarz stwierdził zgon. Jak przez mgłę pamięta, że lekarka pytała ją o zgodę na sekcję zwłok.

Sprawa dla prokuratury

Mogła sobie wmawiać, że niezbadane są wyroki boskie, że tragedia, której nie dało się przewidzieć. Nie mogła tylko pozbyć się wątpliwości. A kiedy dostała do ręki raport z sekcji zwłok syna, niewiadomych zrobiło się jeszcze więcej. Skontaktowała się ze znajomym chirurgiem, ten przeczytał treść dokumentu.

- Powiedział, że jeśli takie są wyniki sekcji, to powinnam z tym iść do prokuratury.

I poszła. Po czym zwróciła się do dyrekcji szpitala z żądaniem udostępnienia dokumentacji przebiegu terapii syna. Przeczytała, wątpliwości tylko przybyło.

Z „Protokołu zabiegu operacyjnego” wynika, że podczas operacji z 5 listopada na stole operacyjnym pacjenta ułożono na brzuchu, odsłonięto kręgosłup, w kręgi implantowano śruby. Po czym nastąpiło coś, co było początkiem załamania: „W trakcie zabiegu doszło do zaniku potencjałów MEP oraz spadków ciśnienia tętniczego krwi”. Nagle doszło do zaburzeń przewodnictwa neurologicznego w organizmie pacjenta. Operujący zdecydowali się natychmiast zakończyć zabieg i odesłali chłopca na oddział intensywnej terapii.

Po następnych dwóch godzinach: „O godz. 16.15 nastąpiło Nagłe Zatrzymanie Krążenia, migotanie komór, lekarz wykonał defibrylację, masaż serca, podano leki. O 16.35 przywrócono czynności życiowe” - pisze w swoim raporcie pielęgniarka. Lekarz anestezjolog odnotował, że w tym samym czasie u pacjenta stwierdzono kwasicę metaboliczną i wysoki poziom mleczanów. Tak reaguje mocno niedotleniony organizm, który w ten sposób przestawia się na beztlenowy system funkcjonowania.

O godz. 18.15 chłopiec zaczął masywnie krwawić z jamy pooperacyjnej, więc lekarze zdecydowali się ponownie operować Kacpra. Skończyli przed godz. 20. i chłopiec wrócił na OIOM. A tu „kolejne NZK, długotrwała akcja resuscytacyjna, zakończona powrotem akcji serca, przy spodziewanych znacznych uszkodzeniach neurologicznych” - raportował lekarz anestezjolog.

To wtedy wezwano panią Ewę do szpitala. I wtedy też uprzedzono ją o „konsekwencjach długotrwałego niedotlenienia”. „Poza tym dziecko wiotkie, bez odruchów. W dalszym ciągu utrzymuje się krwawienie z rany, krwista biegunka, krwista wydzielina z żołądka” - pisze dalej anestezjolog. O godz. 5.55 nastąpiło kolejne zatrzymanie krążenia. Podjęto akcję resuscytacyjną, którą, jako nieskuteczną, zakończono o godz. 6.25, stwierdzając zgon dziecka”.

Te kilkanaście godzin nawet dla lekarzy operujących Kacpra musiało być szokiem, bo śmierć pacjenta w wyniku operacji skoliozy to niezmiernie rzadki wypadek. To więc się stało? „Ze względu na niejasny i dla nas absolutnie zaskakujący przebieg pooperacyjny proszę o wykonanie sekcji zwłok” - sami poprosili dyrekcję szpitala.

Protokół z sekcji to lektura dla ludzi o mocnych nerwach. Szczególnie wtedy, kiedy dotyczy nastolatka. Krwawienia ze wszystkich niemalże narządów wewnętrznych, charakterystyczne dla w ten sposób umierającego człowieka. Trzech lekarzy, w tym dwóch patomorfologów, nie było w stanie jasno sprecyzować, z jakiego właściwie powodu Kacper zmarł.

„Badanie sekcyjne (makroskopowe i mikroskopowe) nie ujawniło jednoznacznej morfologicznej przyczyny zgonu. Stwierdzone zmiany morfologiczne mogły wystąpić w przebiegu klinicznie rozpoznanego wstrząsu rdzeniowego, który również mógł być przyczyną zgonu”.

Czy szpital próbował wyjaśnić okoliczności śmierci dziecka?

- Zawsze prowadzone są u nas analizy wszystkich niepożądanych zdarzeń - zapewnia Iwona Rościszewska-Żukowska, z-ca dyr. ds. klinicznych i lecznictwa KSW nr 2 w Rzeszowie. - Jednak ze względu na to, że ta sprawa być może będzie analizowana przez prokuraturę, nie chciałabym udzielać w tym zakresie innych informacji.

- Wstrząs rdzeniowy? - do dziś zastanawia się matka. Tylko co go spowodowało? I właśnie o odpowiedź na to pytanie zwróciła się do prokuratury. - Nie chcę dla nikogo kary, chcę tylko wiedzieć, co się stało - zapewnia pani Ewa. - I chciałabym jeszcze usłyszeć słowo „przepraszam” .

Pokazuje zdjęcie syna. Prorocze, jak okazało się potem. W zasadzie efekt grafiki komputerowej, którą Kacper się fascynował. Dwa miesiące przed śmiercią chłopiec na swojej fotografii „ubrał się” w dwa potężne, anielskie skrzydła i aureolę. I tak sobie stał w chmurach...

Uwaga na chińskie telefony

Wideo

Materiał oryginalny: Kacper nie przeżył operacji skoliozy w rzeszowskim szpitalu. Dlaczego? - Nowiny

Dodaj ogłoszenie