Kamil Stoch: Nie jestem celebrytą. Mojej popularności nie odbieram jako "stochomanii"

Tomasz Dębek
Tomasz Dębek
Cezary Kowalski i Andrzej Stanowski
Kamil Stoch fot. Anna Kaczmarz / Polskapresse
Dwukrotny mistrz olimpijski z Soczi opowiada o swojej popularności, stochomanii, której nie odczuwa, i o tym, czy czuje się doceniany przez media.

Tomasz Majewski powiedział niedawno, że Polacy nie doceniają wagi mistrzostwa olimpijskiego. W USA takie sukcesy są dużo bardziej szanowane. Świeżo po podwójnym sukcesie w Soczi ma Pan podobne przemyślenia?
Kontynuując myśl Tomka, uważam, że niektóre dyscypliny w ogóle nie są doceniane w naszym kraju. Abstrahuję od igrzysk, chodzi mi o całokształt. Na wielu polach jesteśmy światową czołówką, ale w ogóle się o tym nie mówi. To też rola mediów, żeby nagłośnić takie dyscypliny i docenić ludzi je uprawiających, którzy osiągają wyniki i podbijają świat. No bo skąd społeczeństwo ma wiedzieć o sukcesach rodaków, jeśli nie z mediów?

Kiedy już ktoś osiągnie wielki wynik, pisze się o tym sporo. Potrzeba sukcesów jest taka, że gdyby Polak został mistrzem świata w szachach, pewnie wszyscy zaczęliby w nie grać.
Nie wydaje mi się, żebyśmy mieli głód sportowych sukcesów. One są, ale ich nie dostrzegamy. Chcemy osiągać super wyniki w dyscyplinach, w których na tę chwilę nie jest to możliwe. Trzeba wielu lat pracy z młodzieżą i zaangażowania wielu ludzi, żeby na przykład polska piłka nożna zaczęła być potęgą. A przecież są dyscypliny, w których rządzimy, jednak w mediach o nich cicho. Choćby łyżwiarstwo szybkie. Panczeniści jeżdżą na bardzo wysokim poziomie, potwierdzili to na igrzyskach, a nie są w Polsce bardzo znani. Z Tomkiem Majewskim jest chyba podobnie. Skoro on mówi, że sportowców się nie docenia, to znaczy, że coś jest na rzeczy. Nie znam się na tym, nigdy nie studiowałem dziennikarstwa, ale moim zdaniem media mogłyby rozłożyć akcenty nieco inaczej.

Pan czuje się niedoceniony?
Nie, skąd. Bardzo się cieszę, że w naszym kraju jest tak wielkie zainteresowanie skokami. Dzięki temu możemy się rozwijać. Ktoś nas ogląda, śledzi wyniki, dzięki temu łatwiej jest pozyskać środki od sponsorów.

Jest Pan gościem konferencji firmy 4F, w sobotę spotka się Pan z kibicami [rozmawialiśmy w piątek - red.], przy okazji udziela Pan wielu wywiadów. Nie męczy to Pana? Pewnie wszyscy pytają o to samo.
(śmiech) Trochę tak, chociaż nie wszystkie wywiady są monotonne. Część pytań się powtarza, ale są też takie, nad którymi mogę trochę pogłówkować. Generalnie przechodzę teraz bardziej intensywny i męczący okres niż podczas sezonu. Wtedy wiem przynajmniej, czego się spodziewać. Co mam robić, jaki jest plan dnia. Teraz biorę udział w różnych spotkaniach, konferencjach, wywiadach. To dla mnie nowe sytuacje, wymagają większego skupienia i poświęcenia.

Mówił Pan, że nie odczuwa stochomanii po zakończeniu pełnego sukcesów sezonu. Wokół Pana dzieje się jednak sporo. Widział Pan z bliska zainteresowanie mediów Adamem Małyszem i małyszomanię. Może Pan porównać te dwie sytuacje?
Nie wydaje mi się, że można to rozpatrywać jako stochomanię czy kontynuację małyszoma-nii. Według mnie to zupełnie inne sprawy. To, co działo się po sukcesach Adama, było boomem. Nikt się nie spodziewał takich wyników. Czekaliśmy na sukces, a on pojawił się tak nagle. Nie był to też jednorazowy wyskok, ale seria świetnych występów. I bardzo dobrze. Dało to ludziom, w tym mnie, wiele radości. Odzyskaliśmy nadzieję w to, że polski sport jednak istnieje. Teraz wszystko wygląda inaczej. Nie ma potrzeby na kolejną manię. Sam zresztą nie czuję takiej potrzeby. Cenię sobie spokój i prywatność.

Od popularności Pan jednak nie ucieknie. Nie wolałby Pan czasem się schować i wysłać do dziennikarzy na przykład Piotrka Żyłę?
(śmiech) Nigdy nie będę nikogo wysyłał, żeby zrobić coś za mnie. Jeśli ktoś poprosi mnie o wywiad, to albo się zgodzę, albo odmówię, jeśli będę miał inne obowiązki, zabraknie mi czasu czy po prostu będę zmęczony. Tak czy inaczej nie mam zamiaru być jakimś celebrytą czy wielką gwiazdą. Chcę być taki, jaki jestem. Mam swoje cele, życiowe priorytety. I nie chcę zmieniać ani ich, ani siebie. Nie muszę być trendy. To, jak odbiorą mnie ludzie, to ich sprawa. Nie wszyscy muszą mnie lubić. Na pewno nie będę robił nic na pokaz.

Czuł już Pan zmęczenie długim sezonem?
Absolutnie nie. Mógłbym jeszcze skakać przez miesiąc. Pod koniec sezonu czułem, że mam jeszcze dużo sił i dopiero się rozkręcam. Ale w sumie dobrze, że już po wszystkim. Żona czeka na mnie w domu, mam obowiązki względem rodziny. Nie można cały czas jechać na pełnych obrotach i żyć tylko skokami, bo w pewnym momencie wszystko może się zawalić.

Przed pierwszym konkursem spodziewał się Pan, że wszystko może potoczyć się tak pięknie?
Szczerze mówiąc, nie. Aczkolwiek bardzo mocno w to wierzyłem. W połowie sezonu uświadomiłem sobie, że jestem w stanie wygrać klasyfikację generalną Pucharu Świata. Medale olimpijskie były moim cichym marzeniem. Wierzyłem, że kiedyś się ono spełni. Lecz nie spodziewałem się, że już teraz.

Miał Pan momenty zwątpienia? Może po Turnieju Czterech Skoczni, na który jechał Pan w roli faworyta, a podium nie było...
Były trudne chwile, ale to nie było zwątpienie. Te momenty trzeba było przetrwać i wierzyć, że będzie lepiej.

Na czym polega tajemnica utrzymania wysokiej formy przez cały sezon?
Na to składa się wiele rzeczy. Przede wszystkim dobre przygotowanie do sezonu i fizyczne, i mentalne. To drugie czasem ważniejsze niż to pierwsze. Dalej dobry plan treningowy ułożony przez trenera i jego sztab. Liczą się sprawy techniczne, myślę w tym momencie o sprzęcie. I cały czas praca.

Widzi Pan jakiś punkt zwrotny w swojej karierze?
Sportowo było to wygranie konkursu Pucharu Świata w Zakopanem. Ale tak naprawdę wszystko odmieniło małżeństwo. Dodało mi skrzydeł, zacząłem inaczej postrzegać życie, zauważyłem rzeczy, których do tej pory nie zauważałem. Dawniej sport był najważniejszy, liczyły się tylko skoki, a tu nagle zaczęło się liczyć coś innego, ktoś inny.

Planica jest pewnie dla Pana wyjątkowym miejscem nie tylko z powodów sportowych, ale też prywatnych.
Tak, poznałem tam swoją żonę. Wygrałem tam, kiedy Adam Małysz kończył karierę. Teraz odbierałem Kryształową Kulę. W Planicy jest wspaniała atmosfera, może trochę luźniejsza niż gdzie indziej - w końcu to koniec sezonu. W każdym razie zawsze jest świetna zabawa. Długie loty na Velikance to niesamowite uczucie. Liczę, że na przyszły rok Słoweńcy zdążą z przebudową skoczni.

Miniony sezon był udany nie tylko dla Pana, ale też dla pozostałych polskich skoczków.
Cieszę się, że jestem częścią drużyny, która jest jedną z najlepszych na świecie. Dawniej było inaczej. Mieliśmy jednego zawodnika, który musiał brać na barki całą presję. Teraz się wymieniamy. Mamy trzech zwycięzców zawodów Pucharu Świata, wcześniej nigdy coś takiego się nie zdarzyło. Bardzo długo trzech Polaków było w pierwszej dziesiątce klasyfikacji generalnej PŚ. Warto też zwrócić uwagę na młodzież, jak oni się rozwijają.

Ogłoszono już, że trener Łukasz Kruczek będzie pracował z wami w kolejnym sezonie.
Jestem bardzo zadowolony. Po co zmieniać coś, co działa dobrze? A ta cała machina, od trenera przez sztab szkoleniowy po zawodników, odniosła przecież kilka sukcesów. Mam bardzo duże zaufanie do trenera. Oczywiście nie było tak, że przyszedł i wszyscy z miejsca mu zaufali. Zasłużył na to ciężką pracą. Koledzy też bardzo go szanują i ufają jego metodom treningowym.

Wcześniej media spekulowały, że Kruczek może opuścić kadrę...
Nie miałem obaw, że trenera podkupią Rosjanie czy Kazachowie. W głębi serca wiedziałem, że nas nie zostawi. A nawet gdyby zdecydował się na taki krok, to zrobił z nami tak wiele, że nikt nie powinien mieć do niego pretensji. Trener też może się rozwijać - gdyby zdecydował się akurat na inny kierunek i wyzwania, musielibyśmy uszanować tę decyzję.

Przyszły sezon może być jeszcze lepszy niż miniony?
Z jednej strony, będzie trudniej, ale z drugiej - łatwiej. Wszystko zależy od nastawienia - czego oczekuję w przyszłości? Osiągnąłem w sporcie sporo, niczego nikomu nie muszę udowadniać. Mam nadzieję, że nikt nie będzie liczył, że będę wygrywał wszystkie konkursy Pucharu Świata do końca kariery. Tak na pewno nie będzie. Będę szukał nowych wyzwań. Nie tylko w życiu sportowym.

Nie sposób nie zapytać o słynny filmik, w którym jako 12-latek planuje Pan swój medal na igrzyskach…
Tak, ładnie powiedziałem "po polskiemu" o olimpiadzie. Wszyscy znawcy sportu, oglądając ten filmik, pewnie zagryzają zęby i mówią: "Kurde, igrzyska olimpijskie, nie olimpiada". (śmiech)

Tak czy inaczej dopiął Pan celu.
Szczerze mówiąc, nie pamiętam już dokładnie, czy myślałem wtedy w takich kategoriach - że będę mistrzem olimpijskim. Chyba tak, ale wtedy to była zabawa. Na szczęście teraz jest podobnie. Przez pewien czas w moim życiu wyglądało to inaczej. Było męczenie się, zbyt wiele ambicji. Chciałem zrobić coś, czego nie byłem wtedy w stanie osiągnąć. Kiedy zacząłem myśleć o tym wszystkim jako o zabawie i spełnianiu się, przyszły wyniki. Sukcesy przestały być dla mnie najważniejsze na świecie, ale - oczywiście - cieszyły. Niczego nie muszę, ale mogę wszystko - zacząłem wychodzić z takiego założenia.

Dzięki sukcesom nabrał Pan pewności siebie?
Oczywiście. Miałem taki okres w życiu, w którym w ogóle nie wierzyłem w siebie. Teraz się to zmieniło. Między innymi dzięki wielu ludziom, którzy ze mną pracują. W tym dzięki mojej żonie i sztabowi szkoleniowemu. Każdy powinien mieć marzenia i żyć ich realizacją. Nie jest tak, że byłem wielkim talentem i wygrywałem od samego początku. Dochodziłem do tego bardzo długo dzięki ciężkiej pracy. Tym bardziej cieszę się, że jestem w miejscu, do którego dążyłem.

Słyszał Pan wypowiedź Thomasa Morgensterna, który powiedział, że właśnie zaczęła się era Kamila Stocha?
Miło słyszeć takie słowa. Moje zdanie jest takie - będzie teraz czas wyrównanej rywalizacji. Pod koniec sezonu Severin Freund i Peter Prevc pokazali wielką klasę, zaimponowali mi tym, jak rywalizowali do samego końca, do ostatniego skoku. Walczyli jak lwy. Ale ja też nie byłem gorszy, też walczyłem. I z miejsc w Planicy jestem zadowolony.

A jego inne słowa, że teraz powinien Pan uważać, bo wszyscy będą chcieli pokonać mistrza?
(śmiech) Niech próbują.

Z innej beczki - w poniedziałek otrzymał Pan od Sobiesława Zasady kluczyki do samochodu Mercedes AMG. To "potwór", 360 koni, niebotyczne osiągi. Dla Pana to wielka frajda czy po sukcesach myśli krążą gdzieś indziej?
Jestem w takim szoku, że trudno mi opisać swoje myśli. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem ten samochód, to pomyślałem sobie, że fajnie byłoby się nim przejechać. Nie mieć, nie posiadać, bo to było tak bardzo odległe marzenie, że nawet bałem się o nim pomyśleć. Teraz to staje się faktem.

Rozmawiali Cezary Kowalski, Tomasz Dębek i Andrzej Stanowski
Obserwuj autora artykułu na Twitterze

FLESZ: Polacy żyją krócej. Co nas zabija?

Wideo

Materiał oryginalny: Kamil Stoch: Nie jestem celebrytą. Mojej popularności nie odbieram jako "stochomanii" - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3