Kiedy rodzi się drugie dziecko, czyli subiektywny dziennik Ojca Utracjusza

Marcin Fuszpaniak
Dumny tata Marcin z pociechami
Dumny tata Marcin z pociechami Fot. Archiwum rodzinne
3.07.2010 - 4:30, GODZINA ZERO Właściwie było już trzy dni po terminie, więc nie powinienem być zaskoczony, a jednak…

Zegar wskazywał ok. 4.30 kiedy zaspany zobaczyłem nad sobą twarz Margot. Byłem przekonany, że jak prawie codziennie, mam przenieść do naszego łóżka Fasolkę, naszą trzyletnią ukochaną córkę. Dopiero, kiedy w przedpokoju prawie potknąłem się o mityczną "torbę do szpitala", o którą do tej pory potykałem się przez kilka tygodni w pokoju obok, zrozumiałem , że sytuacja jest poważna.

W tych okolicznościach dojście do siebie zabrało mi znacznie mniej czasu niż przy wstawaniu do pracy. A myjąc ręce zobaczyłem , że dziwnie drżą, choć przecież jestem spokojny. Zanim jednak poddałem się porannej toalecie usłyszałem, że czas do szpitala, że to już, i że wszystko w porządku, jedziemy ale NIE TRZEBA SIĘ ŚPIESZYĆ.

Wychodząc z łazienki po 5 minutach zobaczyłem za to Margot kucającą przy kuchennym blacie, z grymasem wielkiego bólu na twarzy. Niespodziewanie (?!) akcja nabrała tempa niczym w filmie o przygodach agenta 007. Zupełnie jednak odwrotnie do zapewnień mojej żony! Hej, przecież nie jestem gotowy na taki stres!

Minutę później była już jednak niezawodna Teściowa, która przejęła opiekę nad śpiącą wnuczką, możemy jechać.
W drodze z trzeciego piętra do samochodu, Margot kilkakrotnie jeszcze musiała przykucać z bólu. Mimo chłodnego świtu na całym ciele czułem krople potu. Pędziliśmy pustymi ulicami ile się tylko dało, a ja w panice układałem scenariusz odbioru porodu na przednim siedzeniu (przez chwilę zatroszczyłem się także o tapicerkę). Do cierpiącej z bólu Margot artykułowałem za to jak mantrę: zdążymy…

Niewiarygodne, ale po drodze aż dwóch idiotów próbowało się ze mną ścigać!!! Zajeżdżali mi drogę przed światłami i nie pozwalali wyprzedzić! Na opustoszałej o świcie ulicy! Przypomniała mi się pewna nowela filmowa, o facecie, któremu umiera ukąszony przez kobrę syn tylko dlatego, że na drodze do szpitala stanęło mu dwóch durniów w zdezelowanym samochodzie. Sprałbym im mordy ale bez dwóch zdań - dzisiaj nie dam już rady.

Już przy wjeździe do "Najbardziej Popularnego Szpitala Położniczego W Całej Galaktyce" wiedziałem, że pomimo innych zajęć trzeba jutro koniecznie zagłosować za prywatyzacją służby zdrowia.

Pozwolono mi wprawdzie podjechać samochodem pod drzwi izby przyjęć, ale już za chwilę musiałem opuścić teren szpitala i zaparkować na ulicy, zostawiając cierpiącą żonę. Szpital to przecież nie cholerny parking.

Później było już tylko lepiej. To znaczy, nie było nikogo. W "Najbardziej Popularnym Szpitalu Położniczym W Całej Galaktyce" nie uwzględnili faktu, iż w jednej chwili zjedzie się kilka rodzących kobiet. No, bo niby jak to. Konia z rzędem temu, kto wymyśliłby podobną bzdurę! Dyżurująca pani odnalazła się jednak po dłuższej chwili i z miną kapo, kilkoma pytaniami pogłębiającymi nasze poczucie winy zbadała sytuację. Margot klęczała już na ziemi i krzyczała na całe gardło a inna rodząca za chwilę dziewczyna opierała się blada o futrynę. Ja czułem się dziwnie nieswojo, z natury jestem jednak nieśmiały... Na wszelki wypadek spuściłem wzrok.

Tymczasem pan, który pojawił się nagle niczym batmanowski Jocker z zadowoleniem stwierdził u mojej żony siedmiocentymetrowe rozwarcie. Podobno skala ma 10. Na mojej twarzy odmalowało się pytanie "To ona już urodziła???", za to na twarzy dyżurującej pani nie odmalował się choćby nawet półcentymetrowy uśmiech. Widać "Jocker" brał to na siebie.
Zgodnie z definicją "najważniejszy jest papier" musiałem dopełnić formalności, podczas gdy Margot czekała aż ktoś zabierze ją na salę. W dodatku brakuje jakiejś pieczątki i trzeba donieść, bo inaczej poród będzie płatny. Cały czas zero instrukcji, trzeba zaufać intuicji. Jak dobrze, że człowiek ma jeszcze resztki instynktu!

W końcu jednak nadeszła ta chwila - zapraszamy na salę (słowo "zapraszamy" to tylko fikcja literacka). Puściłem się za panią popychającą żonę na wózku, gdy zatrzymało mnie gromkie "Halt!".

- Pan będzie obecny przy porodzie? - usłyszałem.

- Tak… - Margot zniknęła w czeluściach korytarzy "Najbardziej Popularnego Szpitala Położniczego W Całej Galaktyce"

- Zapłacić trzeba! 150 złotych.

Wiem, że poród własnego dziecka to najważniejsze i metafizyczne doznania lecz mówiąc szczerze, ponegocjowałbym. Sytuacja była jednak podbramkowa - bałem się, że zapłacę a następnie będę błądził po korytarzach szpitala aż w końcu z "Głosu Wielkopolskiego" dowiem się, że mam syna. Z bólem zębów wziąłem więc kwit potwierdzający wpłatę (ciekawe czy da się odliczyć od podatku?) i ruszyłem na poszukiwania rodzącej żony.

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

M
Margot
bardzo mi się podoba mama i żona, jak miło powspominać
t
tata
będzie : )
t
tata
będzie : )
a
ank
Ha, fajnie napisane. Beezie ciag dalszy?
Dodaj ogłoszenie