Klara Gęsicka: Często myślę o tym, co dziś powiedziałaby moja mama

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Klara Gęsicka: Ku rozpaczy mojej mamy, ja się w ogóle nie interesowałam polityką. Oczekiwała, że będę wiedziała, co się dzieje w kraju
Klara Gęsicka: Ku rozpaczy mojej mamy, ja się w ogóle nie interesowałam polityką. Oczekiwała, że będę wiedziała, co się dzieje w kraju Archiwum rodzinne
Jestem jedynaczką; zawsze zakładałam, że na starość zaopiekuję się moją mamą, otoczę ją troską, będę miała możliwość odwdzięczenia się za wszystko, co ona mi dała. To się już nigdy nie ziści - mówi Klara Gęsicka, córka Grażyny Gęsickiej, która zginęła w katastrofie smoleńskiej 10 kwietnia 2010 r.

Od katastrofy smoleńskiej mija 11 lat. Co czas zatarł w pani pamięci, a co uwypuklił?

Normalnie to pewnie powiedziałabym, że 11 lat to bardzo duży okres, bo w ciągu tych 11 lat dużo się wydarzyło. Natomiast jeśli pyta pani o odległość od katastrofy, to ten czas mija zupełnie inaczej; zupełnie innym torem. Czasami uświadamiam sobie, ile rzeczy wydarzyło się w tym czasie, od odejścia mojej mamy; a samo to odejście cały czas jest świeże. Cały czas boli. Trudno się z tym pogodzić. Oczywiście, odczucia są inne niż były na samym początku i przez pierwsze lata. Czasami się zdumiewam, kiedy słyszę o jakichś wydarzeniach, bo wydaje mi się, że one były przed 2010 rokiem, a potem się okazuje, że były po. Mnie się wydaje, że one były już dawno, za to Smoleńsk był tak niedawno. Cały czas to jest świeża sprawa.

Co ze wspomnień o mamie najbardziej pani pielęgnuje, najbardziej chroni?

Mam mamę w sercu i w głowie, i bardzo często zastanawiam się, co mogłaby powiedzieć w danym momencie, co mogłaby pomyśleć na dany temat; przypominam sobie jej powiedzonka. Staram się być często na cmentarzu, choć nie ukrywam, że dziś nie jest już tak, jak było na początku, kiedy często i długo tam przesiadywałam…

… w niemal każdą wolną chwilę.

Miałam wtedy straszną potrzebę bycia na cmentarzu. Teraz to się niejako przeniosło do mojego domu. Mam po mamie bardzo dużo rzeczy. Na ścianach wiszą jej zdjęcia. Nie jest ich jakoś strasznie dużo, chyba aż tak nie zwariowałam, nie zrobiłam ołtarzyka (śmiech). Ale mam to, co lubiła. Kolekcjonowała figurki tancerek, które stoją w charakterystyczny sposób - unoszą w rękach rąbek spódniczki. Są spore, mają około 40 centymetrów wysokości, chyba z gipsu. Stoją u mnie na honorowym miejscu w salonie. Teraz noszę jej torebkę.

Dlaczego akurat tancerki kolekcjonowała Grażyna Gęsicka?

To chyba była kolekcja z przypadku. Mama odkryła w pewnym momencie Allegro i chyba tam spotkała tę pierwszą tancerkę. Dużo też jeździła po Polsce i gdzieś się zetknęła z drugą. One wszystkie troszkę się różnią od siebie, ale są bardzo podobne. Jak kupiła drugą, to jakoś poszło. Znajomi mamy już wiedzieli, że kolekcjonuje, więc jak ktoś gdzieś znalazł, to zaraz mamie kupował. To nie jest duża kolekcja, mam ich chyba z 10. Gdyby mama żyła, pewnie ich liczba by wzrosła; ja ich nie szukam i nie dokupuję.

Pani mama była tancerką w polityce? Miała tego rodzaju finezję?

Myślę, że sama siebie by nazwała pracownikiem. Była taką pszczołą robotnicą; bardzo pracowitą osobą, mocno stąpającą po ziemi, racjonalnie myślącą. Chociaż też miała umiejętność niesamowitą, abstrakcyjnego myślenia i skłonność do abstrakcyjnego dowcipu. To było doskonałe. Ale na co dzień bardzo ciężko pracowała, bo tak po prostu była skonstruowana i czuła taką potrzebę. W polityce oczywiście też.

Jeśli wspomniała pani o poczuciu humoru - w jaki sposób konkretnie ono się u pani mamy przejawiało?

To nie polegało na tym, że opowiadała jakieś dowcipy, które gdzieś wcześniej usłyszała, nie. Miała bardzo rozwinięty dowcip sytuacyjny. Posiadała refleks, potrafiła błyskawicznie i bardzo dowcipnie coś podsumować; miała dowcipne spostrzeżenia. Reagowała na bieżącą sytuację i potrafiła rozładować atmosferę trafnym, dowcipnym komentarzem.

Jakie pierwsze wspomnienie związane z mamą pani w sobie nosi?

Przede wszystkim pamiętam, że moja mama miała długie blond włosy, co potem nigdy się nie zdarzyło, bo miała już przez całe życie krótkie i ciemne włosy. Uważałam, że jest przepiękna. Musiały być to późne lata 70.; mama miała żółte, lakierowane drewniaki. Nie wiem, skąd je miała, ale one mnie absolutnie fascynowały. Były prześliczne. Wszystko mi się wtedy w mojej mamie podobało. Chyba najpierwsze wspomnienie z mamą mam takie: idę z mamą za rękę i ja mam swoją rękę wyciągniętą do góry, bo jestem po prostu mała. Z każdym rokiem wspomnień było więcej, bo i więcej się pamięta. Dobrze pamiętam to, że mama zawsze była bardzo aktywna. W ogóle nie było możliwości, żeby ona odpoczywała w ten sposób, że kładzie się na leżak i leży. Nie. Ona zawsze czegoś szukała, jakichś zadań dla siebie. Czy to na działce, u mojej babci, na Mazurach. Nie odpoczywała w ten sposób, że leżała plackiem.

Jak było z pani imieniem? Odziedziczyła pani po babci, prababci?

Rodzice spodziewali się chłopca. Mieli dla niego przygotowane imię: Roch. Jak się urodziłam i okazało się, że imię Roch do mnie nie pasuje, wymyślili, że nazwą mnie Wisła. Mieli znajomą, panią Wisłę Pankiewicz, więc miałam być po niej Wisłą. W urzędzie się na Wisłę nie zgodzili, więc moi rodzice chyba na przysłowiowym kolanie wymyślili, że będę Klarą.

Grażyna Gęsicka miała takie marzenie, obie miałyście - zbudować domek, zabrać mamę, czyli pani babcię z Olsztyna i zamieszkać razem. Zwróciłam na to uwagę, bo sama pochodzę z Olsztyna.

W Olsztynie, u babci spędziłam cale dzieciństwo. Ulica za torami, niedaleko dworca.

Dzielnica Zatorze.

Jest tam duży kościół, babcia mieszkała blisko; zawsze było słychać dzwony.

Co z tego marzenia zostało?

Nie spełniło się, niestety. Jestem jedynaczką; zawsze zakładałam, że na starość zaopiekuję się moją mamą, otoczę ją troską, będę miała możliwość odwdzięczenia się za wszystko, co ona mi dała. To się już nigdy nie ziści. Natomiast po 10 kwietnia 2010 roku pojechałam do Olsztyna, do babci i powiedziałam, że chciałabym ją zabrać do siebie; żebyśmy razem zamieszkały. Ale wiadomo; starsze osoby nie podejmują łatwo takich decyzji o przeprowadzkach. Babcia była bardzo związana ze swoim miejscem, z mieszkaniem w Olsztynie. Poza tym mieszkał tam brat mojej mamy, czyli jej syn, nie chciała go zostawiać. Podjęła więc decyzję, że zostanie. Marzenie się więc nie ziściło, bardzo tego żałuję. Babcia też już nie żyje.

Podobno dała pani mamie w kość, jak była nastolatką?

(Śmiech). Tak było. Dla mojej mamy niezmiernie ważna była edukacja, bardzo mnie cisnęła, żebym się uczyła. Bardzo dużo mi też w nauce pomagała, odkąd pamiętam. Mama otworzyła mi oczy na wiele spraw. Ale musiało dla niej być męczące to, że się zbuntowałam; uważałam, że szkoła to jest straszliwy system przymusu, że przez szkołę stłamszona jest moja wolność. Oczywiście szkołę skończyłam, maturę zrobiłam, poszłam na studia, ale mogło się to obyć trochę mniejszym kosztem i mniejszymi nerwami mojej mamy. Ale mama też nie wiedziała, że to wszystko będzie miało happy end, więc się stresowała, że nie skończę szkoły.

Też się tego bałam, jeśli chodzi o moje dzieci.

No właśnie; jest taka obawa. Teraz to rozumiem, bo mam to samo. Dziś wiem, że nie miałam żadnych tendencji do tego, żeby się stoczyć, zacząć się narkotyzować, nic nie robić w życiu. Ale mama miała do mnie duże zaufanie i dawała mi dużą wolność, czego wtedy nie widziałam. Wydawało mi się, że jestem stłamszona przez wolę rodziców; choć wielu moich znajomych nie miało takiej wolności, jaką miałam ja. Mam nadzieję, że nie zawiodłam jej zaufania. W dorosłym życiu jestem dobrze zorganizowaną osobą i radzę sobie ze wszystkim. Przejęłam mamy talenty organizacyjne chociaż w części, mam nadzieję. Bo dorównać mamie jest trudno.

Była pani dzieckiem, jak trwała komuna, ale mama prowadziła otwarty dom; koczowali u was opozycjoniści, między innymi Helena Łuczywo, potem współzałożycielka „Gazety Wyborczej”. To, co wtedy się działo, czego pani doświadczyła, ma dla pani dzisiaj jakieś znaczenie? To, że z mamą chodziła pani po bibułę?

Tak, tak, byłam poinstruowana, jak mam się zachować, gdyby w mieszkaniu, do którego szliśmy, była milicja. Chyba już o tym w jakimś wywiadzie mówiłam, ale dla dziecka wszystko, co się dzieje, jest naturalne. Przyjmuje, jak jest. Dla mnie to było naturalne, wydawało mi się, że tak wygląda normalne życie. Potem dowiedziałam się, że nie, u moich koleżanek tak nie było, żeby tygodniami w ich domu mieszkali obcy ludzie. Ale dla mnie było też naturalne i to, że ja nikomu nigdzie o tym, co się dzieje w domu, nie mówię. Dziecko zapamiętuje też to, co mówią mu rodzice. Ja wiedziałam, co mam powiedzieć, gdyby za drzwiami byli mundurowi.

Co pani miała powiedzieć?

Gdyby zapukali, miałam otworzyć drzwi, a gdyby pytali, gdzie są rodzice, to miałam powiedzieć, że są w małym pudełku. I miałam pokazać takie małe pudełko.

(Śmiech). Miała pani w rzeczywistość opresyjną wprowadzić element absurdalny?

Tak, to miał być kompletny absurd (śmiech). Żeby się odczepili, bo co mieliby zrobić? Pytają o rodziców, dziecko pokazuje na pudełko i nie ma z nim rozmowy. Takie absurdalne zalecenia pamiętam. Natomiast nie dyskutowałam wtedy z niczym, co się w domu działo. Tak po prostu było, przyjmowałam to. Myślę, że dzisiaj to są miłe wspomnienia. Cieszę się, że ten dom taki był. Na pewno mnie to ukształtowało. Dziś jestem tolerancyjną osobą na różne dziwne sytuacje, które mogłyby się w moim życiu wydarzyć. Trudno powiedzieć, co to tak naprawdę spowodowało, ale na pewno otworzyło mnie na rożne ciekawe doświadczenia.

Na ile pani mama widziała panią w polityce i co z tego jej widzenia zostało? Jest pani zaangażowana w politykę, w sprawy społeczne?

Ku rozpaczy mojej mamy, ja się w ogóle nie interesowałam polityką. Chociaż mama na pewno nie chciała, żebym wchodziła do polityki, ale, myślę, że oczekiwała, że będę wiedziała na bieżąco, co się dzieje w naszym kraju.

Oczekiwała od pani świadomego obywatelstwa?

Tak. Paradoksalnie, to się stało, ale już po katastrofie. Miałam w sobie bunt przeciwko polityce. Uważałam, że polityka jest nieczysta. Że niektórzy załatwiają swoje interesy i że to sztucznie nadmuchana bańka. Mogłaby ona zupełnie inaczej wyglądać. Prościej, może mniej ludzi mogłoby być zaangażowanych w tę politykę, chcących zrobić coś dobrego dla kraju. A jest w polityce bardzo dużo ludzi, dla których nasz kraj jest kolejną pozycją na liście ich priorytetów. Owszem, obecnie jestem świadoma tego, co się dzieje, jak to wygląda, ale czynną polityką nie będę się zajmowała. Nie ma takiej potrzeby. Jeśli już miałabym o coś walczyć, to zapewne skupiłabym się na prawach zwierząt, bo jest mi ich bardzo szkoda. Niestety, w Polsce w tej materii rządzi tylko i wyłącznie pieniądz, a prawa zwierząt leżą odłogiem.

Już było blisko, w Sejmie przeszła ustawa, tak zwana „piątka dla zwierząt”. A i tak się nie udało.

To jest tragedia. Najważniejsze są pieniądze, które się robi na zwierzętach. Wiem, że to truizm, nie odkrywam Ameryki, ale mnie to bardzo boli, że są ludzie, którzy czerpią z tego zyski, nieważne, jakim kosztem, nieważne, co się z tymi zwierzakami dzieje. Okropny temat. Choć wiem, że jest mnóstwo do zrobienia w innych dziedzinach. Na przykład - psychiatria dziecięca leży w tym kraju. Dzieci popełniają samobójstwa. Interesują się tym chyba tylko rodzice i jakieś fundacje. Państwo milczy. To straszne.

Myśli pani czasem, że gdyby mama żyła, byłaby dzisiaj premierem? Tak się wtedy mówiło.

Wie pani, trudno mi odpowiedzieć, bo bardzo trudno jest wyobrazić sobie, jak wyglądałaby dzisiaj scena polityczna, gdyby nie było Smoleńska. Wydaje mi się, że my po Smoleńsku, absolutnie, gdzieś skręciliśmy. To, co się stało, bardzo pogłębiło wszystkie te podziały, jakie między nami były, wyolbrzymiło zachowania, poglądy. Niektórzy bardzo się zradykalizowali. Bardzo brakuje tych osób, które by nie pozwoliły na to, że to wszystko tak się potoczyło, że tak się podzieliliśmy. Zatem trudno mi powiedzieć, jak wyglądałby świat, gdyby tej katastrofy nie było. W dzisiejszej sytuacji, przy tym jak dziś wygląda scena polityczna, w ogóle sobie nie wyobrażam, że moja mama mogłaby być premierem.

Jak pani podoba się dzisiaj ten świat polityki, w którym pani mamy już nie ma? Co by powiedziała?

Nie wiem, co mogłaby powiedzieć. Myślę, że nie byłaby w polityce. Moja mama była zadaniowcem. Jej głównym celem było wprowadzenie Polski do Europy, żebyśmy byli w Unii, żebyśmy mogli czerpać z tej Unii i dać coś od siebie. Pamiętam, jak mi mówiła: „Dziecko, jeśli chcemy być cywilizowanym krajem, musimy być w Unii Europejskiej”. Nie wiem, jak by się teraz odnalazła. Pomijam to, że w ogóle żyjemy w specyficznej sytuacji, bo pandemia wszystko zrzuciła na poboczne tory. Nawet myślałam któregoś dnia; jechałam samochodem, widziałam ludzi idących w maseczkach i wpadła mi do głowy taka myśl: gdyby teraz mama wróciła, to jak ja bym jej wytłumaczyła to, co się stało? Dlaczego ten świat tak wygląda? To byłoby trudne. Myśmy się już do tej sytuacji przyzwyczaili, a przecież ona jest szokująca.

Chyba też dziś tamte wszystkie sprawy, jak to, czy był zamach, czy nie, ekshumacje, wszystko to, co po katastrofie smoleńskiej podzieliło ludzi, przyblakły - nie ma pani takiego wrażenia?

Jeśli chodzi o teorie dotyczące katastrofy, to nie wiem, na jakim one są etapie; już od dawna tego nie śledzę. Byłam bardzo przeciwna ekshumacji mojej mamy, pisałam pisma w tej sprawie, ale to w żaden sposób nie zostało wzięte pod uwagę…

Dostała pani protokół z ekshumacji?

O tym właśnie chciałam powiedzieć - do dzisiaj nic nie dostałam i nie wiem, po co była ta ekshumacja. Wszystko to, co napisałam w swoim piśmie, argumentując, że nie chcę tego, bo to jest niepotrzebne i nic nie wniesie - to się moim zdaniem sprawdziło. Ekshumacje były niepotrzebne. Po prostu. Żadne wnioski chyba z tego nie wypłynęły. A przynajmniej ja nigdzie się z nimi nie zetknęłam; w internecie też nie ma. Nie dostałam żadnego pisma, powiadamiającego. Nic.

Oczekuje pani, że powinna zostać przeproszona? I przez kogo?

Nie, chyba nie oczekuję przeprosin, bo też nie wiem, od kogo miałabym je otrzymać. Poza tym - co by to zmieniło? Nie chciałam, żeby naruszać grób mojej mamy po raz kolejny. To jest naprawdę nieprzyjemny temat. Nie chcę być przepraszana, bo nie zmieni to niczego. Chciałam, wtedy, żeby ktoś pochylił się nad moją prośbą i przeczytał argumenty, które tam zamieściłam. Po ludzku. I żeby podszedł do tego po ludzku. A nie, że: „Musimy robić ekshumacje, nieważne, jakim kosztem, nieważne, po co robimy”. To nie jest wykopanie kamieni na polu. To są straszne rzeczy. Straszne. Współczuję wszystkim rodzinom, które przez to przeszły.

Skąd i dlaczego, jak dziś pani myśli, był ten silny nacisk na to, żeby pogrzeby odbyły się jak najszybciej; dlaczego wtedy nie można było zbadać ciał?

Myślę, że wynikało to przede wszystkim z tego, że ogrom tej katastrofy przerósł wszystkich. Nikt nic nie wiedział. Ale wiem, że były też naciski ze strony wielu rodzin, żeby pogrzeby odbyły się szybko, była chęć pochowania bliskich, żeby te ciała się nigdzie nie tułały, żeby zamknąć ten koszmar. Ale myślę też, że nikomu nie starczyło wyobraźni do tego, żeby wiedzieć, że żaden koszmar się nie zamknie razem z pogrzebem, tylko wręcz przeciwnie - że ruszy lawina wydarzeń, które przez lata będą się przewalały. Myślę po prostu, że to wynikało z niewiedzy, z braku wyobrażenia sobie, co tak naprawdę wtedy powinno się wydarzyć. Ja też tego nie wiedziałam. Nie naciskałam na żaden szybki pogrzeb, ale odczułam ulgę, jak już trumna z mamą z Rosji przyjechała i pogrzeb się odbył. Wtedy w ogóle nie myślałam, czy powinno się zrobić sekcje zwłok; wydawało mi się, że zostały zrobione. Szczerze mówiąc, to dziś trudno mi nawet wskazać, co ja wtedy myślałam. Miałam poczucie, że ktoś nad tym wszystkim czuwa.

Czego się pani dowiedziała po 10 kwietnia o swojej mamie?

Wiedziałam, czym mama się zajmowała, ale chyba nie wiedziałam, że aż tak jest ceniona przez bardzo wielu ludzi, że jej rola jest aż tak duża. Przede wszystkim bardzo dużo ludzi szanowało ją, uważało, że to, co robi, jest niezwykle ważne dla kraju, dla ludzi w naszym kraju. Chyba to, co wiedziałam, było tylko wierzchołkiem góry lodowej. Nie sądziłam, że aż tak szeroki zasięg ma praca mojej mamy, że aż tylu ludzi ją zna, aż tylu ludzi ją tak ceni. To było odkrycie.

Nigdy wcześniej o tym pani nie mówiła - chciałabym wrócić do 10 kwietnia 2010. Jak się pani dowiedziała?

Byłam w domu, u siebie, spałam, bo była sobota. Dzwonił dziadek, parę razy. Zobaczyłam to później, oddzwoniłam. I od niego się dowiedziałam. Pytał: „Gdzie jest mama?”, bo pierwsze informacje były niepewne. Nie wiadomo było, kto był w samolocie, nie wiadomo, czy ten samolot się rozbił. Powiedziałam, że mama poleciała do Smoleńska. Był straszliwie zdenerwowany, w szoku. Odpowiedział: „No, to nie żyje”. I się rozłączył. A ja nie wiedziałam, o co chodzi. Potem dopiero rozdzwoniły się telefony, było ich coraz więcej. Pocieszali, że pewnie mamy w samolocie nie było, że miała nie lecieć, że nie było jej na liście pasażerów. Ja zadzwoniłam do mamy. Głucho. Telefon w ogóle nie odpowiadał. Wtedy wiedziałam, że na pewno poleciała. Pierwszą rzeczą, jaką by zrobiła, to zadzwoniła do nas i powiedziała: „Ja nie poleciałam”. Żeby nas uspokoić. Ale takiego telefonu nie było. Wiedziałam więc od pierwszej chwili.

Ostatnie spotkanie, rozmowa z mamą? Jak pani pamięta?

Spotkałyśmy się w święta, ale bardziej pamiętam ostatnią rozmowę. Odbyła się w czwartek, przed sobotą 10 kwietnia, przed wylotem. Bardzo długo rozmawiałyśmy. To była bardzo przekrojowa i bardzo przyjemna rozmowa. Żartowałyśmy, śmiałyśmy się. Wtedy pomyślałam: „Ale mam fajną mamę. Ale mogę sobie z nią fajnie pogadać”.

Kiedy w pani doświadczaniu żałoby przyszedł moment akceptacji, że spokojnie mogła pani powiedzieć: „No tak, mamy już nie ma. Akceptuję ten stan rzeczy”?

Nie wiem, jak to nazwać. Nie wiem, czy to jest akceptacja. Mnie mamy cały czas brakuje. Cały czas. Gdybym mogła go cofnąć; bardzo bym chciała cofnąć czas i nie dopuścić do tego, co się stało. Żyję z tym, bo muszę tak żyć, bo nie mam wyjścia. Ale chciałabym mieć mamę przy sobie.

Powiedziała pani raz: „Gdy umiera rodzic, to umiera też część nas samych”. Tak jest. Ale jest też tak, że żyjemy dalej, wypuszczamy własne gałązki. Są dziedziny, w których wzrastamy. W czym pani wzrosła od tamtego czasu? Co wydarzyło się w pani życiu przez te 11 lat?

Poukładałam życie. Po katastrofie w moim życiu nastąpił straszny chaos. Nie byłam w stanie wyobrazić sobie, jak teraz ma wyglądać moje życie. Miałam bardzo dobry kontakt z mamą, byłyśmy bardzo blisko, była dla mnie bardzo ważna. Była filarem. Oczywiście, to prawda, część nas umiera, jak umierają rodzice; łapię się na przykład na tym, że nie mam już kogo zapytać o jakieś wspomnienia z dzieciństwa. Nikt już mi nie opowie. Mama wiedziała o tamtej mnie wszystko i ona to ze sobą zabrała. Ale jest też druga prawda - ta, że mama istnieje we mnie. Mam 50 procent jej genów. Pamiętam ją. Pamiętam, co mówiła. W życiu kieruję się tym, co mi przekazała i idę w stronę, w którą chciałaby, żebym szła. Żyje we mnie.

Katastrofa w Smoleńsku - kim były ofiary? Przeczytaj ich kró...

Kryzys klimatyczny, kryzys demograficzny?

Wideo

Materiał oryginalny: Klara Gęsicka: Często myślę o tym, co dziś powiedziałaby moja mama - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie