Komercyjne łowiska robią się coraz bardziej popularne. Widocznie, jest na nie zapotrzebowanie... Jednym z pierwszych w okolicy jest te w Kuźnicy Zbąskiej. Aż trudno uwierzyć, ale w miejscu dzisiejszych siedmiu stawów (w sumie, 30 hektarów wody) były łąki, które kilometrami ciągnęły się wzdłuż rzeki Dojcy. Przed wielu laty, dawny PGR z Rakoniewice wraz z wojewódzkim zarządem melioracji urządzili w tym miejscu stawy. Niecałe 20 lat temu wydzierżawiła je spółka, która po wielu staraniach kupna, stała się ich właścicielem.

- Teraz, jak już jesteśmy na swoim, to możemy zainwestować - informuje Hubert Kulesza, prezes spółki z Ra-koniewic. Wspomniane inwestycje ruszyły dość szerokim frontem już w ubiegłym roku, gdy odnowiono brzegi największego stawu i oczyszczono mniejsze zbiorniki. Inwestycji będzie więcej, ale wszystko stopniowo.

Spółka czerpie bowiem zyski nie z wędkarzy korzystającego z komercyjnego łowiska, ale z hodowli ryb. Wędkarze to tylko dodatek do działalności.


Przed tegorocznym sezonem wpuszczono 500 kg 8-10 kilogramowych karpi

 

- Niemniej, z myślą o nich, chcemy docelowo postawić stanicę wędkarską z zapleczem sanitarnym i kuchennym z prawdziwego zdarzenia - mówi Hubert Kulesza, a niedawno, również z myślą o "amatorach spławika", zakupiono i wpuszczono do stawów pół tysiąca kilogramów 8-10-kilogramowych karpi. Żeby wędkarzom czasem podskoczyła adrenalina przy holowaniu większej ryby...

Jeśli mowa o tych największych sztukach, to można tu trafić również kilkunastokilogramowego karpia, albo sporego suma. W Kuźnicy Zbąskiej pływają okazy sumów po 20 i więcej kg.

- Lubię tu przyjeżdżać, bo jest blisko, a na łowisku jest wygodnie. Na ryby jeżdżę na kilka dni nad Odrę, a tutaj wędkowanie traktuję jako trening - przyznaje Włodzimierz Fogel, prezes koła PZW nr 31 z Nowego Tomyśla, którego spotkaliśmy na łowisku w Kuźnicy.

Zupełnie z innych powodów zjawił się tam Maciej Jankowiak.

- Nie wędkuję na wodach PZW, bo trzeba mieć składki i opłaty. Wolę wyskoczyć na takie komercyjne łowisko, albo nad jezioro gospodarstwa rybackiego, gdzie można wykupić zezwolenie na dzień lub dwa - tłumaczy wędkarz, a z tego założenia wychodzi coraz większa rzesza odwiedzających komercyjne łowiska. Tam płacimy za godziny faktycznie spędzone na wędkowaniu. Dodatkowo, nie ma żadnych rejestrów połowu, ani innej biurokracji, zezwoleń lub znaczków, o których trzeba pamiętać wędkując na wodach PZW. No i nie każdy ma też czas, aby podjechać nad wodę PZW i podkarmić, żeby mieć jakieś wyniki. Na płatnym łowisku wygodnie podjedziemy autem niemal pod samą wodę i już możemy wędkować "na godziny".