Pogotowie dla zwierząt odebrało właścicielowi dwa skrajnie wychudzone i od dawna nieleczone konie. Sprawą wkrótce ma zająć się policja. Krystyna Kukawska wielokrotnie w swej pracy musiała zmierzyć się z widokiem okrucieństwa człowieka wobec zwierząt. To, co zobaczyła jednak w małej wiosce pod Pniewami szczególnie ją poruszyło. Znaleziono tam dwa konie bliskie śmierci głodowej. Jeden z nich był w tak fatalnym stanie, że z powodu zaniku mięśni nie miał siły utrzymać ciężaru własnego ciała.

-  Dotarło do nas zgłoszenie, iż dwa konie żyją na polu, szukają w ziemi resztek trawy, właściciel nie zapewnia im ani siana ani słomy -  mówi Krystyna Kukawska, prezes Zarządu Stowarzyszenia „Pogotowie dla Zwierząt”.

Reakcja była natychmiastowa. Inspektorzy ds. ochrony zwierząt  udali się na kontrolę w kierunku Pniew. -  Na miejscu zastaliśmy dwa konie. Pierwszy z nich to 18 - letni wałach, bardzo mocno wychudzony, z zanikiem mięśni.

Był bardzo apatyczny, zrezygnowany.  Na prąciu miał olbrzymi guz, naciekający krwią i ropą. Sprawiało mu to dyskomfort, bo uniemożliwiało normalne poruszanie się. To jest ogromny ból dla konia, gdy nie może oddać moczu, bo przeszkadza mu guz. Widać jak zwierzę cierpi, czuje ten ból. Próbuje ten guz sam usunąć kopytem, bo się zamachuje. Przerażające było widzieć to cierpienie - relacjonuje Krystyna Kukawska.

Zagłodzone konie inspektorzy  z pogotowia odebrali właścicielom. Zwierzęta znalazły schronienie w stajni pod Szamotułami, są pod stałą kontrolą lekarza weterynarii. Ta stosunkowo krótka podróż, była dla osłabionych koni niezwykle trudna. Dłuższy odcinek drogi mógłby zakończyć się dla nich śmiercią. Były tak wygłodzone, że siano, które otrzymały na drogę wyjedzone  zostało do  ostatniego źdźbła. Padok, na którym biegały zwierzęta przez cały ten czas był całkowicie wyczyszczony. Konie z błota wyciągały ostatnie skrawki zimowej trawy.

Zwierzęta czeka teraz długi proces dojścia do pełni sił i zdrowia. W nowym miejscu cały czas łapczywie pobierają pokarm, co świadczy o ogromnej skali ich zagłodzenia przez poprzedniego właściciela. Uratowano je od głodowej śmierci,  ale czeka je leczenie , a jedno z nich - kosztowna operacja, bez której zwierzę nie wróci do zdrowia. 18-letni koń z guzem powoli szykowany jest do zabiegu.


- Na razie jest tak słaby, iż nie ma możliwości przeprowadzenia zabiegu usunięcia guza. Musi trochę przybrać na wadze - mówi Krystyna Kukawska.

O dramatycznej sytuacji koni właściciel wiedział od dawna. Zarówno narośl, jak i ślady wygłodzenia wskazują, że męczarnia zwierząt mogła trwać nawet dłużej niż pół roku. W początkowym stadium usunięcie rakowej narośli byłoby proste i nieskomplikowane. Zwierzę mogło zostać uchronione przed ogromnym bólem. Niestety, nikt z sąsiadów gospodarza nie odważył zgłosić się tego faktu do odpowiednich służb. Takiej informacji nie odebrała ani straż miejska z Pniew ani miejscowy lekarz weterynarii. Dopiero osoba z zewnątrz, która przez przypadek znalazła się pod gospodarstwem odkryła, iż konie umierają z głodu. Zdarzenie miało miejsce na początku marca.

Zwierzęta odebrano natychmiast właścicielowi. - Konie nie miały tam nawet dostępu do wody i właściwego schronienia przed warunkami atmosferycznymi. Spały bowiem na dworze -  informuje Grzegorz Bielawski przedstawiciel stowarzyszenia.

O sprawie powiadomiona zostanie w najbliższym czasie policja. Sprawcą zagłodzenia zwierząt jest 50- letni mężczyzna, właściciel gospodarstwa. Tłumacząc ich zły stan, nie miał sobie nic do zarzucenia.


- Nie dawałem im siana bo nie chciałem, aby miały za duży brzuch - próbował wyjaśniać przedstawicielom „Pogotowia dla Zwierząt”.

 

Za szczególne okrucieństwo wobec zwierząt polskie prawo przewiduje nawet karę więzienia.- Domniemany hodowca powinien zostać ukarany najwyższą możliwą grzywną. Pomylił zawód hodowcy z psychotycznym sadyzmem. Fizyczna kondycja tych koni ukazuje, że rozkoszował się w powolnym uśmiercaniu tych zwierząt. Jaką on ma naturę? Jest niewyżytym katem, podświadomym mordercą? Moim skromnym zdaniem hodowca niczym zaklinacz koni potrafi dogłębnie wejść w ich naturę, kieruje się pasją i sercem -  mówi pelna oburzenia Magdalena Matuszak,  hodowczyni  koni z Pniew.

Operacja chorego zwierzęcia odbędzie się za kilka tygodni. Ruszyła właśnie zbiórka na leczenie i zabieg usunięcia guza.

Jak pomóc?
- Koszty wyniosą około 5 tys. zł. Do tego dojdzie transport do specjalistycznej kliniki i zapłata za opiekę pooperacyjną. Liczymy na wsparcie ludzi dobrej woli, bo nasza organizacja nie posiada tak dużych środków na pomoc tym zwierzętom - tłumaczy Marta Bitowt z pogotowia .

Pozyskane ze zbiórki środki przeznaczone zostaną też na zakup preparatów dla tych koni. Liczy się każda złotówka. Pomoc finansową można przekazywać już na  konto  Stowarzyszenie „Pogotowie dla Zwierząt”, Pl. Pocztowy 4/6, 64-980 Trzcianka. Numer konta bankowego:  PKO BP 87 1020 3844 0000 1702 0048 1093. W trakcie wykonywania przelewu konieczne jest zaznaczenie w tytule: „Chore konie spod Pniew”. 

STREFA AGRO NA FACEBOOKU. POLUB NAS!