Marek Sekielski: - Wyhamowałem. Przy nałogu nawet miłość nie ma szans

Roman Laudański
Roman Laudański
Marek Sekielski (z prawej), współautor książki „Ogarnij się, czyli jak wychodziliśmy z szamba”.
Marek Sekielski (z prawej), współautor książki „Ogarnij się, czyli jak wychodziliśmy z szamba”. brak
Rozmowa z Markiem Sekielskim, współautorem (z Arturem Nowakiem) książki „Ogarnij się, czyli jak wychodziliśmy z szamba”.

– Nadzwyczajna szczerość wobec siebie i czytelników jest siłą waszej książki. Wywalacie z siebie sprawy związane z uzależnieniami, o których większość wolałaby zapomnieć.
– Rozmowy o uzależnieniach polegają na szczerym rozliczeniu się ze swoimi słabościami. Na pokazaniu, o co chodzi w tej chorobie i jak ona przebiega. Zawsze ponosisz większe lub mniejsze konsekwencje uzależnienia. Mówimy w książce o konsekwencjach, które dla jednych będą znaczące, dla innych niewielkie, ale każdy uzależniony ma swoje dno. Każdy ponosił konsekwencje swoich nałogów. W tej książce, oczywiście w jakiejś części, przedstawiłem swoje życie. Robi to także Artur Nowak. Ona musiała być szczera, nie miałaby tej siły przekazu, gdybyśmy coś udawali.

– Jak powstał pomysł tej książki? Zgadaliście się z Arturem Nowakiem, że mieliście podobne problemy?
– Właściwie już od pierwszego spotkania, mówiąc o swoim uzależnieniu, weszliśmy na wyższy stopień znajomości. Przełamaliśmy barierę nieufności i zaczęliśmy o tym szczerze rozmawiać. Szczerość cechuje osoby uzależnione po terapiach. To moja obserwacja po kontaktach z innymi niepijącymi alkoholikami. Rozmawiamy o sprawach naprawdę ważnych, a nie o bzdurach. Pomysł zrodził się w mojej głowie, kiedy w ubiegłym roku błąkałem się po Neapolu. Leżałem w bardzo gorącym pokoju hotelowym i rozmyślałem: co dalej z moim życiem? I nagle pomyślałem o książce, choć przecież nie bardzo umiem pisać. Dlatego wpadłem na pomysł, żeby przegadać to z Arturem, żeby go w to zaangażować. Artur Nowak jest doświadczonym autorem, napisał kilka głośnych książek. Wiedziałem, że mnie pociągnie. Wysłałem esemesa z krótką informacją, o czym mielibyśmy rozmawiać w książce, a on po pięciu minutach odpisał: „dobra”. I tyle.

– Winniśmy czytelnikom informację, kim jest twój rozmówca Artur Nowak.
– Poznaliśmy się podczas prac nad filmem „Tylko nie mów nikomu” podczas konferencji zorganizowanej w Sejmie przez posłankę Joannę Scheuring – Wielgus. Artur jako prawnik wspierał fundację dla ofiar księży pedofilów. Nagrywałem z nim krótką „setkę”, która miała promować nasz film oraz zbiórkę pieniędzy na jego nakręcenie. Później, kiedy było już wiadomo, że wystąpi w filmie, nagrywaliśmy w moim mieszkaniu w Warszawie naszą rozmowę. Wtedy chwilę szczerze pogadaliśmy i poznaliśmy się lepiej.

– Dodajmy, że Artur Nowak jest ofiarą księdza pedofila, choć nie o tym dziś rozmawiamy. O problemach z nałogami rozmawialiśmy dla „Pomorskiej” w styczniu tego roku. Po tej rozmowie odbierałem telefony od ludzi, którzy przyznawali, że także mają problem z alkoholem. Pewnie takich telefonów otrzymujesz dużo więcej.
– Mnóstwo. Raz z powodu książki, a dwa – od półtora roku nagrywam w naszym studio rozmowy o uzależnieniach. Dlatego regularnie otrzymuję wiadomości od osób współuzależnionych i uzależnionych, od dzieci z rodzin alkoholowych. Mamy w Polsce kilka milionów uzależnionych, mowa o trzech milionach. Dołóż do tego rodziny, bo przecież choruje cała bliska rodzina. Angażując się w walkę o bliską osobę wpadają we współuzależnienie. Dzieci przez lata noszą w sobie piętno osoby z chorobą alkoholową. Teraz pomnóż trzy miliony uzależnionych przez trzech, albo przez czterech członków rodziny, to masz 9 – 12 milionów ludzi dotkniętych chorobą alkoholową. Co czwarty Polak! Daje do myślenia? Mamy dużo, a może jeszcze więcej takich osób.

– Tylko że na co dzień nie zwracamy na to uwagi.
– Bo widzisz, z alkoholikami jest tak, że pewnie każdy z nas mógłby wskazać osiedlowych czy wiejskich pijaków. Najczęściej bezdomnych, opuchniętych, brudnych i śmierdzących. Żebrzących o parę groszy na piwo pod sklepem monopolowym. A to przecież zaledwie promil uzależnionych! Przecież każdego dnia w wielu milionach polskich domów leje się wóda, koniak, whisky. Ludzie gotują piekło sobie, własnym rodzinom. Wstają rano, myją się, idą do pracy. Jakoś tam na zewnątrz wyglądają, prowadzą w miarę normalne życie, a w zaciszu mieszkań dzieją się dramaty.

– To polskie picie jest domeną bardziej mężczyzn czy kobiet?
– Wskazałbym bardziej na facetów, ale ta choroba w takim samym stopniu dotyka kobiet. Statystyk nie znam, nie będę się wymądrzał. Opowiem o swoich obserwacjach. Dziś coraz więcej kobiet zgłasza się na leczenie. Pamiętajmy, że żyjemy w mocno patriarchalnym społeczeństwie, w którym kobiecie dużo trudniej przyznać się do uzależnienia niż mężczyźnie. Facet – alkoholik traktowany jest ulgowo, wręcz normalnie, a uzależnionej kobiecie zaraz przykleja się łatkę co najmniej osoby lekkich obyczajów. W Polsce kobieta musi być matką – Polką, nie może okazywać słabości. Kiedy ponad dziesięć lat temu po raz pierwszy wylądowałem na terapii, to w grupie były może dwie kobiety. Podczas drugiej terapii w grupie terapeutycznej było już po równo kobiet i mężczyzn. Widać zmianę, i dobrze.

– Czy coś w twoim dzieciństwie zapowiadało, że ten chłopak z bydgoskiego blokowiska na Bartodziejach będzie miał problem z nałogami?
– Być może tak, ale nie uzewnętrzniałem tego, co działo się we mnie. Nie dzieliłem się z nikim lękiem, zwątpieniem, niską samooceną. Zawsze czułem się jako ten gorszy. Nie filtrowałem tego, co pojawiało się wtedy w mojej głowie. Nie radziłem sobie z tym. Tłumiłem tamte emocje. Łykałem je i kumulowałem w sobie. Alkohol i inne używki okazały się świetnym „lekarstwem” na to wszystko. Dwa machy marihuany, „kreska” czegoś, czy jeden, drugi, trzeci kieliszek i skarbnica złych emocja znikała na chwilę.

– Próbowałem nadążyć za tobą w śledzeniu używek, których próbowałeś: trawka, wódka, piwo, kokaina, amfetamina, metamfetamina, mefedron, LSD, psychotropy, ale również gry komputerowe i jedzenie.
–  ... próbowałem nawet kiedyś grzybków halucynogennych. Testowałem dużo rzeczy. Nigdy nie zbliżyłem się do heroiny, zawsze czułem przed nią respekt. Nigdy też nie wpadłem na to, by wąchać klej. Tego sobie oszczędziłem. A tak, testowałem dużo rzeczy.

– Typowy przedstawiciel klasy średniej z dochodami, bywaniem w modnych klubach?
– Jeśli pytasz o dochody, to na początku zarabiałem niewiele, a kiedy dochody wzrosły – czułem się po prostu bezpieczniej. Jeśli chodzi o standard życia, to nigdy się nie wywyższałem. I takie też było to moje picie. Nie chcę tego porównywać. Były osoby pijące o wiele bardziej inwazyjnie niż ja. One zostawiły w uzależnieniu więcej zdrowia. Piłem jak piłem, mogłem gorzej. Nie byłem kimś wyjątkowym w tym wszystkim.

– Ile lat zmarnowałeś?
– (głębokie westchnienie) Mój bilans to piętnaście zmarnowanych lat, nie licząc młodości. Pierwszy raz wziąłem się za siebie po trzydziestce. Po alkohol sięgnąłem w wieku 14-15 lat, początki były niewinne. Miłość do marihuany rozwinęła się w wieku 17-18 lat. Po trzydziestce, kiedy trochę się ogarnąłem, znowu wróciłem do picia. Najwięcej straciłem w czasie dojrzewania, zawaliłem edukację. Alkohol i inne używki pogłębiły moje złe myślenie o sobie samym. To był czas rujnowania siebie jako człowieka, a przecież wtedy kształtuje się psychika, wtedy przeżywasz czas wzrostu, a ja odwrotnie, wtedy zwijałem się. Później życie nie przedstawiało dla mnie żadnej wartości. Wieczny dzień świstaka. Rano, na mniejszym lub większym kacu wstawałem, prysznic, praca, wracałem wieczorem, kładłem dziecko do łóżka i siedząc przed telewizorem zaczynałem pić. Żadnych pasji. Praca, dom, kieliszek. Praca, dom, kieliszek.

– W pracy zawsze znajdzie się spokojny kącik, żeby wciągnąć „kreskę” czy walnąć setkę?
– Z wciąganiem nie ma żadnych problemów: nikomu z buzi nie śmierdzi, co najwyżej możesz się dziwnie zachowywać. Zdarzyło mi się w pracy czasem wyjść na małe piwo podczas lunchu, ale to naprawdę było małe piwo.

– Duże wrażenie zrobiła na mnie historia Artura Nowaka, który opowiedział w książce, że kiedy już był mocno uzależniony od alkoholu, to przyjechała do niego matka, która postanowiła pilnować go na każdym kroku. Jego, faceta trzydziestoletniego. Nie odstępowała go na krok, bo chciała wyciągnąć go z uzależnienia. O ciebie też ktoś tak walczył?
– Raz wziął się za mnie Tomek, brat. Przed pracą w mediach zatrudniony byłem w warszawskich klubach. Miałem tydzień na amfetaminie. Spałem po różnych kątach. Wracałem rano do domu wykąpać się, włożyć świeże ciuchy i wracałem do klubu. W tamtym czasie miałem może 24 lata, mieszkałem z dziewczyną, jeszcze nie żoną. Była bezradna, nie mogła sobie ze mną poradzić i zadzwoniła wtedy do Tomka, który ze mną pogadał. Wyhamowałem.

– Nałóg jest silniejszy od miłości?
– Jest silniejszy od wszystkiego. Nie ma nic ważniejszego. Możesz sobie wmawiać, że kogoś kochasz, chcesz dla niego jak najlepiej, masz dobre chęci, a nawet – jako osoba uzależniona – wierzysz, że tym razem się poprawisz, ale miłość nie ma szans. Przy nałogu nic nie ma szans. Musisz się przyznać do swojej bezsilności wobec nałogu.

– Przechodziłeś dwie terapie. Pomogły ci dojrzeć do tak radykalnej zmiany w życiu?
– Bez terapii nie nastąpiłoby poukładanie życia. Bez tego może mógłbym chwilę nie pić i czekać na dupościsku, aż się nachleję.

– Tak sobie pomyślałem, że skoro trzy miliony Polaków są uzależnione od alkoholu, to przecież wszyscy na terapię nie pójdą. Może wierzą, wierzymy, bo ten problem dotyczy wielu z nas, że damy sobie radę? Opowiadasz w książce, że kiedyś wypełniłeś test, którego wynik uzmysłowił ci, że masz problem z alkoholem.
– Były również inne momenty. Wtedy piłem równo z moim przyjacielem. Kiedyś się otworzył, opowiedział szczerze o sobie i usłyszałem, że on nie radzi sobie z piciem, że ma już tego serdecznie dość, już się umówił z terapeutą i zaraz zacznie regularną terapię. Wtedy przestałem się oszukiwać i zacząłem szukać pomocy. Alkoholizm to nie jest grypa, że łamie cię w kościach i wiesz, że jesteś chory. W zasadzie nie musisz iść do lekarza, żeby sięgnąć po lekarstwa. To również choroba psychiczna polegająca na tym, że oszukujesz wszystkich wokół siebie, minimalizujesz to, co się dzieje. Wierzysz, że nic ci nie jest. Czasem osoby uzależnione boją się odstawienia picia, ponieważ nie wyobrażają sobie, jak będzie wyglądać życie bez alkoholu. Dzień bez picia wydaje się wysiłkiem rzędu wejścia na Mont Everest. Mózg alkoholika wynajduje setki wymówek, kłamstw, półprawd, manipulacji, ażeby właściciel tego organu dalej pił, brał i uważał, że wszyscy dookoła są popierdoleni i źli, bo się na ciebie uwzięli, że ty czasem sobie wypijesz. Przecież nikomu krzywdy nie robisz.

– Artur Nowak porównał głowę alkoholika do akwarium zalanego wódą.
– Coś jest w tym obrazowym porównaniu. Kiedy zrywasz z nałogiem, to trzeba wypełnić pustkę po alkoholu wcześniej wypełniającym całe życie. Alkoholik czasem musi spać, czasem coś zjeść, ale alkohol jest dla niego najważniejszą nagrodą. Tak żyłem przez lata.

– Czym wypełniłeś pustkę po alkoholu?
– Po to jest terapia, żebyś zrozumiał, że najgorszą rzeczą, którą można dać trzeźwiejącemu alkoholikowi, to zbyt dużo wolnego czasu do myślenia. Kiedy zacznie myśleć i kombinować, to zawsze coś niewłaściwego wymyśli. Mniej myśleć, więcej działać. Trzeba znaleźć sobie zajęcie, szczegółowo planować każdy dzień. Do tego zachęcają terapeuci. Godzina po godzinie, by myśli nie pofrunęły w kierunku wódy, bo popłyną. Organizm nasączony wódą przez lata łaknie powrotu do tego trunku.

– Kiedy mówisz o kombinowaniu, to przypomina mi się scena z książki, kiedy Artur ma już wszyty esperal, a ktoś mu podpowiada, że przecież to nie działa na marihuanę…
– Tak to działa. Jeśli jesteś w sytuacji bez wyjścia, to zawsze coś wykombinujesz, żeby tylko walnąć kieliszek czy przypalić. Wykazujesz wtedy kreatywność bez granic. Załatwisz wszystko. Osiągniesz mistrzostwo świata. Gdybyśmy jako alkoholicy tyle energii poświęcali na inne czynności, to może stalibyśmy się bogatymi biznesmenami. Opisuję w książce, ile energii i pomysłów miałem na to, by ściągnąć wyjątkową bezsmakową wódkę z Kanady.

– Było warto?
– Była dobra, ale działała jak każda inna. Dziś, gdyby ktoś mnie poprosił o to samo, to po prostu machnąłbym ręką.

– Wasze najważniejsze filmy „Tylko nie mów nikomu” „Zabawę w chowanego” robiłeś już na trzeźwo.
– Tak.

– Zapowiadaliście kolejny film zamykający trylogię kościelną o Janie Pawle II oraz film o SKOK-ach.
– Podczas pracy nad filmem o SKOK-ach działo się dużo nieprzychylnych rzeczy, łącznie ze zdrowiem Tomka, lockdownami. Mamy 98 procent materiału. Lada chwila zaczniemy go montować. Być może jeszcze w tym roku uda się nam go wypuścić, ale na konkrety poczekajmy. Film o Janie Pawle II także robimy. Zabierzemy się za niego porządnie może jeszcze zimą tego roku. Wszystko zależy od covidowych ograniczeń, ponieważ musimy lecieć po materiał m.in. do Stanów Zjednoczonych. Na razie rzeczywistość nieco nas blokuje, ale film powstanie. Nic się w planach nie zmieniło.

Dopłaty do cen energii

Wideo

Materiał oryginalny: Marek Sekielski: - Wyhamowałem. Przy nałogu nawet miłość nie ma szans - Gazeta Pomorska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie