Mateusz Kupczak: "Jeśli dalej będziemy mieli fajną, ambitną drużynę, to poradzimy sobie w Ekstraklasie"

Dawid Dobrasz
Dawid Dobrasz
- Opinia była o mnie słaba i czytałem, że miałem słabsze mecze i nie wniosłem za dużo do ekstraklasy. Teraz wchodzę tam z odmienioną wersją siebie, bo wydaje mi się, że gram bardziej ofensywnie, więcej strzelam, a i o całym zespole Warty Poznań mówiło się, że gramy przyjemnie dla oka - mówi Mateusz Kupczak, pomocnik Zielonych. Łukasz Gdak
Mateusz Kupczak był najlepszym strzelcem Warty Poznań w poprzednim sezonie i jednym z głównych architektów awansu do PKO Ekstraklasy. 28-letni zawodnik zna już jej smak, bo rozegrał w niej 113 meczów. Ze środkowym pomocnikiem Warty porozmawialiśmy o klubie i mijającym sezonie, stresie związanym z awansem i udowodnieniu coś sobie oraz środowisku piłkarskiemu w Polsce.

Udało Ci się choć trochę wypocząć po poprzednim sezonie? Masz w sobie głód gry?

- Myślę, że tak. Po takim pozytywnym sezonie, który niewiele ponad tydzień temu się skończył, to jest głód gry i chęć pokazania się z Wartą Poznań na wyższym szczeblu po historycznym sukcesie.

Osobiście czujesz, że masz coś do udowodnienia w PKO Ekstraklasie? Kiedy grałeś w Termalice, to media cię nie oszczędzały.

- Jest we mnie trochę złości, bo rozegrałem ponad 100 meczów w ekstraklasie, ale ciągnęła się za mną nieciekawa opinia. Nawet nie wiem, skąd ona się wzięła, bo od środka widziałem to inaczej. Będąc w Termalice, zawsze czułem się potrzebny i mimo że trenerzy się tam szybko zmieniali i czasem było lepiej albo gorzej, to cały czas grałem i byłem znaczącą postacią w poprzednim klubie. Opinia była o mnie słaba i czytałem, że miałem słabsze mecze i nie wniosłem za dużo do ekstraklasy. Teraz wchodzę tam z odmienioną wersją siebie, bo wydaje mi się, że gram bardziej ofensywnie, więcej strzelam, a i o całym zespole Warty Poznań mówiło się, że gramy przyjemnie dla oka. Ja w tej układance byłem ważnym zawodnikiem i udawało się dać coś do przodu. Przy naszym sukcesie spłynęło wiele pochwał i teraz wchodzę do ligi z innym spojrzeniem na moją osobę. Fajnie byłoby to dalej podtrzymać i grać jeszcze lepiej, co mam nadzieję w pierwszej kolejności doprowadzi do utrzymania Warty w PKO Ekstraklasie.

Zacznijmy od początku. Do Warty dołączyłeś praktycznie równo rok temu. Czym wtedy przekonał cię klub z Drogi Dębińskiej, bo miałeś lepsze finansowo oferty i to z PKO Ekstraklasy. Długo się zastanawiałeś nad wyborem Warty?

- W rozmowach z moim menadżerem przewijał się temat Śląska Wrocław, ale wydaje mi się, że nie było aż tak konkretnych wiadomości. Nie ma co ukrywać, bo oferty miałem nie tylko ze Śląska, ale także z innych klubów. Miałem już nawet wstępnie ustalone warunki z klubami z ekstraklasy, a nawet byłem już po słowie w Piaście Gliwice. Warta nie była moim pierwszym wyborem i na pewno nie było tak, że odszedłem z Termaliki i powiedziałem: "O, to może Warta!".

To dlaczego Warta? Wizja tego, że będziesz regularnie grał w pierwszym składzie?

- Raczej nie. To klub stanął na wysokości zadania, a ja także miałem swoje warunki finansowe. Wydaje mi się, że zrobili na tyle wszystko, by mnie przekonać i ściągnąć do Poznania. Wszyscy na mnie w klubie liczyli, a znał mnie także trener Tworek. Wiedziałem, że czuję się w Warcie potrzebny i tak było. Czułem, że w klubie mnie szanują, a to było szczególnie istotne po tym, jak w dość średnich okolicznościach pożegnałem się z Termaliką, mimo spędzenia tam tylu lat. Chciałem się czuć doceniony, szanowany i trafiłem w takie miejsce, które było głodne sukcesu. Trafiłem do ambitnej szatni i to poszło.

Nie przestraszyłeś się, jak wszedłeś do klubu i zobaczyłeś infrastrukturę?

- Trochę się na początku przeraziłem, ale spodziewałem się tego, bo kiedyś z Termaliką grałem już na stadionie przy Drodze Dębińskiej i byłem w szatni Warty. Nie wiedziałem tylko, jak wygląda siłownia czy że dach przecieka aż tak mocno, jak pada deszcz. Był lekki szok, bo nie ma co porównywać bazy Warty z Niecieczą, jeśli chodzi o zaplecze czy szatnie. Za to trzeba podkreślić, że Warta ma świetnie przygotowane boiska, co jest bardzo ważne dla piłkarza.

Przede wszystkim trafiłem tu na fajnych ludzi, fajną szatnię. Trafiłem na samych Polaków i atmosfera była tak dobra, że przebywając w trochę gorszych warunkach niż reszta ligi, to nie myślałem i nie zastanawiałem się nad tym. Obracaliśmy to w żart. To było naszym dużym problemem, ale zarazem siłą, bo można było się w grupie pośmiać, a mimo wszystko realizować trening.

Zobacz też:

Siedziba Warty Poznań jest w fatalnym stanie. Zobacz, w jaki...

Praktycznie od początku sezonu trener Tworek postawił w środku pola na Ciebie i Łukasza Trałkę. Wydaje się, że dość szybko znaleźliście wspólny język i tworzyliście najbardziej doświadczony duet środkowych pomocników w całej lidze. Zresztą wielu kibiców i ekspertów uważa, że środek pola to najmocniejsza strona Warty w poprzednim sezonie. Zgodzisz się z tym?

- Zgodzę się. W każdym zespole środek pola jest bardzo ważny. Od początku nasza współpraca z Łukaszem zaczęła układać się bardzo fajnie. Rzeczywiście tak było, że mogłem się "wyszaleć", bo po statystykach widać, że lubię biegać i teraz mogłem pomagać więcej do przodu. Oczywiście trzeba było odgrywać role w defensywie, ale Łukasz fajnym ustawieniem się czy utrzymaniem się przy piłce bardzo pomagał i dobrze się nam to zazębiało. Od początku zdawało to egzamin i ten środek pola w pierwszej rundzie oraz momentami w drugiej udało się nam opanować i nadawać styl, oraz rytm grze Warty. Krótkie podanie, rozegranie, utrzymanie się przy piłce. To nas cechowało i to było widoczne.

Pasuje Ci taki styl gry? W Niecieczy graliście dużo prostszy futbol.

- Mi właśnie bardzo pasuje taki styl. Pamiętam, jak trener Mandrysz postawił na mnie jeszcze w Tychach, a potem Termalice, gdzie on preferuje podobny styl rozgrywania akcji. Byłem tam pierwszą postacią, która miała zabierać piłkę i posyłać ją wyżej, co mi bardzo odpowiadało. Trenera Madrysza zawsze będę wspominał, bo uczył nas grać w piłkę, a nie ją kopać. Teraz mogłem to przenieść do Warty, gdzie mieliśmy niski zespół i nastawiliśmy się na grę krótkimi podaniami. Dała nam ona więcej punktów i więcej sytuacji niż wykopywanie piłki do przodu i bronienie się czy granie z kontry. W takiej grze się fajnie odnajduję i lubię pograć tak po piłkarsku, a nie ciągle skupiać się na defensywie.

Kiedy jako drużyna uwierzyliście w awans do PKO Ekstraklasy? W pierwszej rundzie potrafiliście odwracać wyniki spotkań w końcówce, ale moim zdaniem zimą na poważnie powiedzieliście sobie, że gracie o awans.

- Wydaje mi się, że po serii zwycięstw w pierwszej rundzie ta wiara rosła. Nabraliśmy pewności siebie z meczu na mecz i oczywiście punktowaliśmy. Zima była decydującym momentem, bo można było siąść przy stole i powiedzieć, że jesteśmy na pierwszym miejscu i musimy wykorzystać ten moment. Musimy powalczyć o wszystko, bo kto, jak nie my? Jak dobrze gramy, mamy fajny zespół i mamy 40 punktów na koncie. Dotarło do nas, że w tym sezonie możemy zrobić coś więcej.

Z kolei w końcówce sezonu mam wrażenie, że trochę nas to przytłoczyło. Awans był blisko, ale trzeba było wygrać kilka meczów. Zaczęła się presja i takie nasze wewnętrzne "schody". Każdy czuł, że to jest na wyciągnięcie ręki, ale zaczęliśmy przegrywać. Było blisko, ale punkty uciekały i to się przeplatało w drugiej rundzie. Nasza świadomość tego, co zrobiliśmy i co możemy zrobić, trochę źle na nas wpłynęła.

Zobacz też: Warta Poznań dokonała niemożliwego. "Swojska banda" pokazała charakter. Jak doszło do awansu do PKO Ekstraklasy? Za co i kogo wyróżnić?

Zimą ponownie były o Ciebie zapytania z innych klubów, ale uwierzyłeś w projekt Warty, bo podpisałeś z klubem nową umowę i nie chciałeś odchodzić.

- Zgadza się. Miałem na stole ofertę, ale wiedziałem, ile zawdzięczam temu zespołowi i miałem wsparcie od właściciela klubu czy innych ludzi z Warty Poznań, że bardzo na mnie liczą i chcą, abym dokończył to, co się zaczęło. Dobrze wyszło i nie żałuję, że zostałem w tym projekcie.

Nie było masowych odejść. To też Cię przekonało?

- Tak. Utrzymanie tej samej kadry i zawodników budowało. Chłopaki też mieli oferty i zapytania, ale każdy wierzył i w głębi chciał zostać i awansować. Taki sukces nie zdarza się codziennie, a też człowiek nie ma pewności, że będzie grał w nowym zespole i wszystko będzie się dobrze układało.

Bezpośredni awans przegraliście po wznowieniu ligi. Było czuć w klubie rozczarowanie czy była może sportowa złość?

- Było czuć w powietrzu lekki zawód, że tak rozbudziliśmy apetyty sobie i wszystkich dookoła, a nie udało się awansować z dwóch pierwszych miejsc. Nie potrafiliśmy się cieszyć z trzeciego miejsca, mimo że każdy przed sezonem liczył na utrzymanie się, a my walczyliśmy o awans. Nikt tego nie zakładał, przez co w klubie nikt z trzeciego miejsca się nie cieszył. Był moment, że musieliśmy wszyscy to przetrawić i uświadomić sobie, że jesteśmy w bardzo dobrym miejscu i połowa drużyn chciałaby być na naszej pozycji - walczyć i grać u siebie baraże. Tak zaczęliśmy to tłumaczyć, a po awansach Podbeskidzia i Stali dotarło to do nas w pełni.

Prawie 10 miesięcy byliście na miejscu premiowanym awansem i to podświadomie musi boleć.

- Zgadza się. Za długo byliśmy na szczycie, żeby nie czuć delikatnej złości czy zawodu, że nie przypieczętujemy tego pierwszym miejscem.

Czułeś w swojej karierze piłkarskiej większą presję niż przed tygodniem barażowym? Jesteś doświadczonym piłkarzem, ale baraże w taki sposób grane były po raz pierwszy.

- Nie mogę powiedzieć, że nie czułem presji. Starałem się tego nie okazywać, ale nawet żona się bardzo przejmowała. Tłumaczyłem sobie, że podchodzimy do tego, jak do każdego ważnego spotkania i ten mecz będzie wyglądał jak każdy inny - też trzeba podawać i strzelać. Presja była odczuwalna, bo pierwszy raz grałem baraże. Pamiętam te dni po pierwszym meczu z Niecieczą. Mieliśmy trzy dni do meczu z Radomiakiem i nikt nie myślał nawet o zmęczeniu, tylko wszyscy czekali na drugie spotkanie. Mieliśmy wrażenie, że te dni i godziny do meczu płyną strasznie wolno. Każdy rozmyślał, jak to będzie wyglądało i czy się uda. Ciśnienie było całkiem wysokie, ale jako doświadczony zawodnik układałem sobie to w głowie pozytywnie.

Przed spotkaniem z Radomiakiem Radom trenerzy zmotywowali Was, pokazując Wam filmy nagrane przez Waszych bliskich, z których płynęły słowa wsparcia. Podobno nic o tym nie wiedzieliście i było dużo zaskoczenie. Zdradzisz, co wtedy poczułeś i jak odebrała to drużyna?

- Bardzo fajna inicjatywa i wyszło to świetnie. Nikt z nas się nie spodziewał, że tak to będzie wyglądało. Po samym przygotowaniu, składzie, analizie trenera i budujących słowach byliśmy gotowi do tego, żeby wychodzić na mecz. A tu na koniec odprawy taki filmik... To nas wzmocniło, ale wychodziliśmy z sali ze łzami w oczach, bo znamy się wszyscy i każdy widział swoje żony, przyjaciół, dzieci. Dotarło to do nas, że nie jesteśmy w tym sami, tylko sporo osób nas wspiera. To było bardzo budujące i dodało pewności siebie, że musimy zrobić ten awans i nie ma innej drogi.

Zobacz też: Warta Poznań Amp futbol: W Poznaniu grają w piłkę bez nóg. Amp futbol daje napęd do życia. Ograniczenia są tylko w głowie!

W finale barażu to Ty strzelałeś rzuty karne. Noga nie zadrżała i oba wykonałeś pewnie. Nie było widać na Twojej twarzy żadnego stresu. W sezonie wykonałeś łącznie 12 karnych i tylko jednego nie wykorzystałeś. Jak do nich podchodziłeś, to co czułeś i o czym myślałeś?

- Noga nie drżała, ale w środku drżałem i nie chciałem dać po sobie tego poznać. Przed każdym rzutem karnym jest stresik, bo każdy myśli, że to już bramka. Wiedziałem, że ciąży na mnie duża odpowiedzialność. Podczas meczu trzeba te wszystkie myśli odrzucić i wyszło. Dopiero po czasie do mnie doszło, jakie to było wielkie wydarzenie dla wszystkich i całego Poznania. Doszło też do mnie, co by było, gdybym nie wykorzystał tego karnego...

Kiedy nauczyłeś się tak dobrze wykonywać rzuty karne?

- Do Roberta Lewandowskiego trochę mi brakuje (śmiech), ale nie wzięło to się znikąd. Wcześniej w swoich poprzednich klubach nie byłem wyznaczony do karnych. Wtedy byłem młodszy, a tutaj jak przyszedłem, to postawiłem sobie cel – pokazać, że ten Kupczak jeszcze coś potrafi i jeszcze mnie na coś stać. Zacząłem to trenować z trenerem bramkarzy Dominikiem Kubiakiem i zawsze po treningach zostawaliśmy i trenowaliśmy w kilku. Trening spowodował to, że zwiększyła się pewność siebie i fajnie, że udało się to potwierdzić w najważniejszym meczu.

Czujesz, że udało się zrobić coś historycznego dla społeczności Warty i miasta? Byłeś jednym z najważniejszych architektów tego awansu – 33 mecze, 13 goli, 2 asysty. Nikt wam tego w Poznaniu nie zapomni na lata.

- Czuję to. Odkąd przyjechałem do Poznania, to wraz z żoną czujemy się tu bardzo dobrze. Po tym awansie zaczęło do nas docierać to, co zrobiliśmy i jak wszyscy nam kibicowali i byli z nami w tym historycznym momencie. Zespoły z większymi budżetami od nas starały się dostać do ekstraklasy, a tu udało się zrobić to z marszu. Z drużyną, która na początku wyglądała zupełnie inaczej. Czujemy, że zrobiliśmy kawał dobrej roboty i daliśmy dużo radości wszystkim życzącym dobrze Warcie. Zapisaliśmy się na kartach historii. Szkoda, że to wszystko tak szybko się dzieje, bo nie było czasu nasycić się i pocieszyć w pełni tym awansem.

W klubie można usłyszeć, że Mateusz "znalazł w Poznaniu swoje miejsce na ziemi". Czy też tak uważasz, że czujesz się tutaj bardzo dobrze?

- Trochę tak. Poczułem duży przeskok. Tarnów jest fajnym, spokojnym miastem, ale po przeprowadzce do Poznania rozmawiamy z żoną, że fajnie byłoby zostać tu na dłużej. Bardzo dobrze nam się tu mieszka i w połączeniu z tym sukcesem i ludźmi, którzy tutaj w Poznaniu są mili i życzliwi, to wszystko odbieram bardzo pozytywnie. Może zmiana, inne miejsce, inne powietrze przyczyniło się do tego, że tylko się układa i oby tak dalej.

Jakie marzenia ma Mateusz Kupczak? Jakie cele na kolejny sezon?

- Marzenia mam. Każdy marzy o reprezentacji Polski czy o zrobieniu jeszcze większej kariery, ale po tylu latach w piłce mam doświadczenie, że liczy się każdy kolejny mecz i trening. Życie piłkarza jest tak zmienne, a najlepiej pokazał to ostatni sezon. Dla nas liczy się zdrowie. Wtedy będziemy grać i spełniać swoje marzenia. Jeśli tego zabraknie, to nie będziemy mogli się cieszyć z piłki. Marzenia chowam do kieszeni, ale w najbliższym sezonie priorytetem będzie utrzymanie i udowodnienie sobie i innym, że w tej ekstraklasie można grać lepiej. Wiem, z czym to się je i że jest większy przeskok, ale jeśli ciężko się pracuje i dalej będziemy mieli fajną, ambitną drużynę, to poradzimy sobie w PKO Ekstraklasie.

Zobacz też:

Warta Poznań czekała na to od lat. Historyczny moment przy D...

Warta Poznań: Na stadionie przy Drodze Dębińskiej zamontowan...

Lech Poznań: Byli piłkarze Kolejorza w barwach Warty Poznań....

Warta Poznań - Widzew Łódź 1:0: Wygrana w pierwszym meczu dr...

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie