Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Matki, które straciły synów cierpią całe życie

Marta Żbikowska
Zdjęć Michała stoi w mieszkaniu Sylwii Grodzkiej-Zapytowskiej sporo. Ona sama z trudem wraca do tamtych lat, kiedy słuch  o nim zaginął.
Zdjęć Michała stoi w mieszkaniu Sylwii Grodzkiej-Zapytowskiej sporo. Ona sama z trudem wraca do tamtych lat, kiedy słuch o nim zaginął. Barbara Tajl
Te kobiety każdego dnia opłakują zmarłych synów. Przeważnie nie chcą od nikogo pomocy.

Sebastian miał 34 lata, gdy zginął w wypadku samochodowym. Zostawił żonę i troje małych dzieci. Po pogrzebie to żona odbierała kondolencje, to na osieroconych dzieciach skupiało się największe współczucie. Tylko naprawdę bliscy przyjaciele Sebastiana zauważali drobną, zrozpaczoną kobietę, która jak w transie przekładała paciorki różańca.

- Modlitwa pomogła mi przeżyć te straszne chwile i teraz też pomaga mi trwać - mówi Krystyna, mama tragicznie zmarłego Sebastiana. - Ból po stracie jedynego syna nie mija. Rany matki, która pochowała dziecko, nigdy się nie zabliźnią.

Od wypadku Sebastiana minęło sześć lat. To sześć lat nieustającego bólu i cierpienia matki.

- Nie było chyba godziny w ciągu tych sześciu lat, żebym o nim nie pomyślała - przyznaje Krystyna. - Próbowałam więcej pracować, żeby zająć czymś myśli. Choć jestem na emeryturze, brałam zlecenia, często ponad moje siły. Ale to nic nie dawało.

Czas nie leczy ran matek po stracie dzieci. Nie łagodzi bólu. Pomaga jedynie nauczyć się żyć z tym cierpieniem, które gdzieś tam w sercu zostaje na zawsze. A z tyłu głowy zaczyna toczyć się równoległy świat pod tytułem "Co by było gdyby". Ten wyimaginowany świat przysłania czasami bolesną rzeczywistość. Szczególnie przed świętami, rocznicami, urodzinami i innymi ważnymi datami.

- Moja synowa ułożyła sobie życie, związała się z innym mężczyzną, urodziła kolejne dziecko - mówi Krystyna. - To dobrze, bo młoda była, dzieci potrzebowały mężczyzny w domu, szczególnie, że to chłopcy. Mi pozostała już tylko modlitwa i oczekiwanie na spotkanie z synem.

Sylwia Grodzka-Zapytowska uważa, że nieważne, w jakim wieku dziecko się straciło. Ból zawsze jest taki sam.

- Bliskie mi są uczucia opisane w "Trenach" Kochanowskiego, choć stracił on dwuletnią córkę, a ja dorosłego syna - mówi Sylwia Grodzka-Zapytowska. - Ta pustka po stracie dziecka jest tak samo bolesna.

Gdy 26 listopada 1999 roku syn Sylwii Michał został uprowadzony, miał 28 lat. Dopiero po 12 latach Sylwia oficjalnie wystąpiła o uznanie syna za zmarłego, choć dużo wcześniej wiele poszlak wskazywało na to, że jej syn nie żyje.

- Na początku byłam oszołomiona, działałam w szoku, nie wiedziałam, co się dzieje - wspomina Sylwia Grodzka-Zapytowska. - To zamieszanie związane ze sprawami sądowymi, które się toczyły, załatwianie dokumentów, formalności, porządkowanie mieszkania, przewożenie rzeczy, to trwało jakieś pół roku. Potem nastała względna cisza.
W ciszy najtrudniej przeżywać brak. Niczym niezagłuszany jest jeszcze trudniejszy do zniesienia. Sylwię także dopada ta iluzja z tyłu głowy.

- Najtrudniej mi przetrwać takie chwile, gdy dręczą mnie myśli, jakby to było, gdyby Michał był - przyznaje Sylwia. - Ale mam na szczęście te dobre wspomnienia, kiedy razem z Michałem żartowaliśmy, dużo się śmialiśmy, często było u nas wesoło.

Sylwia Grodzka-Zapytowska była silnie związana z Michałem.

- Matki chyba są bardziej zżyte z synami - mówi Sylwia. - My dużo rzeczy przeżywaliśmy wspólnie. Pamiętam, jak razem płakaliśmy, gdy odchodził Michała ukochany doberman.

Czy coś może złagodzić ból, z którym borykają się osierocone matki? Dla osób, które straciły dzieci powstają grupy wsparcia, dyskusyjne fora internetowe. Najczęściej jednak spotykają się tam kobiety po stracie małych dzieci. Na forach internetowych dla rodziców po stracie najbardziej aktywne są kobiety po poronieniach. Matki, które pochowały dorosłych synów, udzielają się sporadycznie, niechętnie mówią o swoim cierpieniu. Na forach zdarzają się takie, które jedynie raz w roku przypominają o rocznicy śmierci swojego dziecka.

- Nie spotykam się z kobietami po podobnych przejściach, bo wiem, że to nic nie da - mówi Sylwia Grodzka-Zapytowska. - Nic nie wróci czasu, nie odda mi syna. Wiem, że niektórzy korzystają z terapii, psychologów, ale nie wiem, co to może dać.

Śmierć dorosłego syna to strata nie tylko przyszłości, planów i marzeń. To także zmiana w życiu, które już nigdy nie będzie takie, jak dawniej.

- Święta są wyjątkowo trudne - przyznaje Krystyna, mama Sebastiana. - Zazwyczaj spędzałam je z synem i jego rodziną. Teraz siedzę sama i mam mnóstwo czasu na myślenie.

- Michał odwiedzał mnie często ze swoją narzeczoną, dobrze się dogadywałyśmy - mówi Sylwia. - Gdy moja matka zachorowała, wymagała opieki, to syn i jego narzeczona bardzo mi wtedy pomagali.

Z Olą, byłą już narzeczoną syna, Sylwia Grodzka-Zapytowska utrzymuje kontakt do dzisiaj. Wie, że dziewczyna wyszła za mąż, wyjechała za ocean, ma troje dzieci.

- Może nie bardzo często, ale regularnie rozmawiamy - przyznaje Sylwia. - Proszę, dostałam od nich kartkę na święta, którą własnoręcznie wykleił synek Oli - na wspomnienie dzieci Oli Sylwia wyraźnie się ożywia, opowiada o nich z uśmiechem.
- Tak, świadomość, że nie będę miała własnych wnuków jest bardzo bolesna - przyznaje Sylwia. - Mam wielu znajomych z dziećmi, widzę jak rosną dzieci sąsiadów, mam z nimi kontakt, ale to nigdy nie jest to samo. Nikt nie zastąpi uczuć, jakie wywołuje własne dziecko.

Zdjęć Michała stoi w mieszkaniu Sylwii Grodzkiej-Zapytowskiej sporo. W centralnym miejscu fotografia wykonana niedługo przed uprowadzeniem.

- Michał był rozrywkowym człowiekiem, lubił tańczyć, mam płytę z wesela, na której podobno widać, jak Michał tańczy. Podobno, bo jeszcze jej nie widziałam. Kuzynki mnie zapraszają, żebym przyszła i razem obejrzymy tę płytę, ale ja jeszcze się na to nie zdecydowałam - wyznaje jego matka.

Oprócz "Trenów" Kochanowskiego Sylwia Grodzka-Zapytowska pokazuje jeszcze jeden wiersz, który najtrafniej opisuje jej uczucia. To fragment z "Pieśni" Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego znany z wykonania Marka Grechuty, kończący się słowami: "Więc ja chciałbym twoje serce ocalić od zapomnienia".

Krystynie, mamie Sebastiana, który zginął w wypadku, pomaga wiara. Modlitwa odrywa ją od bolesnych wspomnień, rozmyślania o wypadku. Krystyna ma wnuki. Widzi w nich swojego syna i boi się, że los może się powtórzyć. O zdrowie wnuków modli się wyjątkowo żarliwie.

Nie dla każdego Bóg jest ucieczką, choć większości matek w jakiś sposób pomaga.

- Jestem osobą wierzącą, ale nie lubię fanatyzmu - przyznaje Sylwia Grodzka-Zapytowska. - Wierzę w siłę i moc sprawczą Boga. Obserwując przyrodę, jestem pewna, że to wszystko nie powstało samo z siebie. Wiadomo, że wiele rzeczy wykształciło się na drodze ewolucji, ale na początku tej drogi musiało być coś silniejszego.

Większość psychologów uważa, że żałoba trwa około roku. W tym czasie człowiek przechodzi różne etapy radzenia sobie ze stratą. Matki, które straciły dorosłe dzieci, zdają się jednak nie chcieć wyzdrowienia. Ich cierpienie jest tak ogromne, że często tylko "wyłączenie się" z życia jest dla nich rozwiązaniem. Powoli się więc wycofują, tracą znajomych, przyjaciół, stają się coraz bardziej samotne w swojej i tak tragicznej sytuacji.

- Mam wrażenie, że ludzie się nas boją - pisze na forum Maria, która w wypadku straciła dorosłego syna. - Nie chcą ze mną rozmawiać o moim dziecku, nie wymawiają jego imienia, uciekają od tematu śmierci.
Osobie w żałobie można pomóc, choć nie jest to łatwe. To zmierzenie się z uczuciami, od których zazwyczaj uciekamy. Każdy bowiem przeżył jakąś stratę, która odzywa się w momencie zetknięcia z czyimś cierpieniem. Poza tym, nie potrafimy wspierać osób w żałobie. Trudno nam znaleźć odpowiednie słowa, które nie wydają się banalne i trywialne.

- Wkurzam się, gdy słyszę, że czas leczy rany, żebym wzięła się w garść czy przestała rozmyślać - przyznaje Maria. - Mam wrażenie, że większość znajomych czeka na moje wyleczenie, które ma polegać na tym, że będę taka jak dawniej. A dla mnie już nigdy nie będzie tak jak dawniej.

Co więc można zrobić dla pogrążonej w rozpaczy matki?

- Po prostu być - radzi Bogna Badowiec, psychiatra prowadząca grupy terapeutyczne, w których uczestniczą między innymi osoby po stracie. - Czasami naprawdę nie trzeba nic mówić, pocieszać. Są chwile, w których pocieszanie, radzenie czy jakiekolwiek interweniowanie nie ma sensu. Warto jedynie pokazać takiej osobie, że jesteśmy z nią, że uznajemy jej cierpienie, a nawet to, że nie pojmujemy ogromu bólu, jakiego doświadcza matka po stracie dziecka.

Osoby w żałobie często twierdzą, że nie potrzebują pomocy, bo uważają, że nic nie jest w stanie ukoić ich bólu. Swoje zmarłe dzieci powierzają Matce Boskiej.

- Gdy mój syn leżał w śpiączce kilka dni po wypadku, zwracałam się do Matki Bożej Szkaplerznej - wspomina Krystyna. - Wierzę, że Maryja otacza specjalną opieką matki po stracie dzieci. Sama przecież przeżyła śmierć swojego syna.
Matka Boska Boleściwa rozpaczająca pod krzyżem to jedna z najtragiczniejszych postaci, które biorą udział w drodze krzyżowej. To jej ból opiewają pasyjne pieśni, to o niej śpiewają kościelne chóry w pieśni "Stabat Mater Dolorosa". Umierający na krzyżu Chrystus także pamięta o swojej matce. Powierza ją opiece Jana, choć nie zwraca się do umiłowanego ucznia po imieniu. Według Biblii "rzekł do Matki: Niewiasto, oto syn Twój. Następnie rzekł do ucznia: Oto Matka twoja" (J19, 26b-27a). To ostatnie słowa wypowiedziane przez konającego Chrystusa, mają więc szczególne znaczenie i sporo interpretacji. Jedna z nich mówi o tym, że Jezus celowo nie wymienia imienia Jana, aby zwrócić uwagę na to, że słowa te kieruje do nas wszystkich. "Oto matka Twoja", czyli twoja także, zajmij się nią, weź ją do siebie, czyli miej ją w swoim sercu, w swojej pamięci, zaopiekuj się nią.

Współczesne matki boleściwe często jednak odrzucają pomoc bliskich. Wiedzą, że przyjaciele nie uśmierzą bólu, nie cofną czasu, a tylko takie rozwiązanie widzą cierpiące kobiety. Psycholodzy twierdzą jednak inaczej. Uważają, że można pomóc w cierpieniu. Czasami wystarczy tylko zrobić herbatę w sytuacji, kiedy rzeczywistość staje się tak trudna, że proste czynności ją przerastają, można zadbać o mieszkanie, pomóc choć trochę zadbać o siebie zrozpaczonej matce. Przyjaciele mogą także zainterweniować, kiedy widzą, że cierpiącej kobiecie potrzebna jest profesjonalna pomoc.
- Czasami myślę sobie, czy ukaranie sprawców uprowadzenia mojego syna coś by zmieniło w mojej sytuacji - zastanawia się Sylwia Grodzka-Zapytowska. - Michała nic mi nie zwróci. Poza tym, nie ma takiej kary, która byłaby adekwatna do straty, jaką poniosłam. Czasem myślę, że tacy bandyci musieliby przeżyć to samo, co my przeżywamy i to by było dla nich największą karą.

Śmierć dziecka zawsze jest tragiczna. Narusza naturalny porządek rzeczy, według którego to rodzice odchodzą pierwsi.

- Michał, gdy się urodził, był dużym, silnym chłopakiem - wspomina Sylwia. - Lekarze się nim zachwycali. Poród miałam bardzo ciężki, Michał ważył pięć kilogramów, więc lekko być nie mogło.

Po urodzeniu dziecka dalszy bieg życia wydaje się oczywisty. Rodzice wychowują dzieci dla kolejnych pokoleń, dla przyszłości.

- Ja twardo stąpam po ziemi, jestem raczej realistką, mam ścisłe wykształcenie - mówi Sylwia Grodzka-Zapytowska. - Interesuję się astrologią. Podoba mi się, że w ruchu planet, w kosmosie wszystko jest takie uporządkowane i dokładne. Jedno minimalne odchylenie od trajektorii orbity może doprowadzić do rozpadu całej harmonii kosmosu.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Węgry w końcu na TAK, Szwecja wstąpi do NATO

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na gloswielkopolski.pl Głos Wielkopolski