Michał Rusinek o Szymborskiej: Była z innej planety

Urszula Wolak
Podczas festiwalu Miłosza. Kraków 2009
Podczas festiwalu Miłosza. Kraków 2009 Andrzej Banaś
Udostępnij:
Uwielbiała długie rozmowy przy kawie i papierosach. Opowiada sekretarz poetki Michał Rusinek

Jak wyglądało Pańskie pożegnanie z Wisławą Szymborską?
Michał Rusinek: Właściwie nie wiem, czy do takiego pożegnania w ogóle doszło. Szymborska do końca miała nadzieję, że wyjdzie z choroby. Poza tym nie lubiła pożegnań, którym towarzyszył pewien rodzaj patosu, dlatego spotkaliśmy się tak po prostu, jak robiliśmy to od lat... przy kawce i papierosku. Szymborska była na tyle słaba, że musiałem jej podtrzymywać papierosa. Wciąż była jednak damą i mimo choroby do końca zachowała godność.

O czym tego dnia rozmawialiście?
Michał Rusinek: Szymborska pytała o innych. Nie mówiła o sobie. Bardziej interesowało ją życie przyjaciół. Powiedziałem jej wtedy, że dwaj jej oddani przyjaciele, którzy pokłócili się i przez lata w ogóle się do siebie nie odzywali, nagle się pogodzili.

I jak na ten fakt zareagowała noblistka?
Michał Rusinek: To była dla niej naprawdę dobra wiadomość.

Jak wyglądało Pana pierwsze spotkanie z Wisławą Szymborską?
Michał Rusinek: Wraz z członkami Towarzystwa Limerycznego, które współtworzyłem na studiach, postanowiliśmy zaprosić Szymborską na jedno z organizowanych przez nas spotkań. I to na moje barki spadło wykonanie telefonu do poetki.

Pamiętam, że kiedy podniosła słuchawkę, trzęsły mi się łydki. Ale kiedy pojawiła się na spotkaniu, od razu mnie zauroczyła bezpośredniością, serdecznością i niebywałym poczuciem humoru, a także brakiem wyniosłości w stosunku do wystraszonych jej wielkością studentów. Pół roku później gruchnęła wiadomość o przyznaniu jej Nagrody Nobla.

A Pan został osobistym sekretarzem noblistki...
Michał Rusinek: Tak. Okazało się, że potrzebuje kogoś do pomocy. Na to stanowisko było jednak kilku kandydatów. Tak się złożyło, że wybrała właśnie mnie. Bardzo się z tego cieszę.

Nie bał się Pan, że nie podoła obowiązkom sekretarza?
Michał Rusinek: Miałem pewne obawy, zwłaszcza że gdy byłem mały, paraliżował mnie strach przed odbieraniem telefonów. A po otrzymaniu Nagrody Nobla telefon Wisławy Szymborskiej właściwie nie przestawał dzwonić. Była to więc doskonała okazja, by podjąć walkę z traumą z dzieciństwa.

I jak poradził sobie Pan z tym dzwoniącym nieustannie telefonem?
Michał Rusinek: Przeciąłem po prostu kabel.

Nie ma Pan wrażenia, że Wisława Szymborska była osobą, która urodziła się w niewłaściwym miejscu i czasie? Była typem prawdziwej damy, jakby nie z naszej epoki.
Michał Rusinek: Poszedłbym nawet o krok dalej. Szymborska, moim zdaniem, jest osobą z innej planety. Przepraszam... była. Wciąż nie mogę mówić o niej w czasie przeszłym.

Była więc osobą z innej planety.
Michał Rusinek: Tak... Dla mnie była na przykład osobą zupełnie pozbawioną wieku. I nie jest to wcale przejaw żadnej kokieterii. Po prostu nie potrafiłem myśleć o niej w kategoriach starszej pani. I to nie tylko moje zdanie. Właściwie wszyscy, którzy znali ją trochę bliżej, zauważali, że ma w sobie pewną dziewczęcość. Pierwiastek tej dziewczęcości pozostał w niej do samego końca.

W czym przejawiała się jej dziewczęcość?
Michał Rusinek: Charakteryzowała ją dziewczęca, a nawet powiedziałbym, dziecięca umiejętność dziwienia się światu, którą ludzie tracą wraz z wiekiem. Ja tę umiejętność już dawno zatraciłem. Dlatego też czułem się przy niej jak prawdziwy starzec.

Naprawdę?
Tak. Wisława Szymborska potrafiła podskoczyć na jednej nodze i cieszyć się rzeczami, na które ja w ogóle nie zwróciłbym nawet uwagi. Sądzę, że dzięki temu potrafiła patrzeć na świat i otaczającą ją rzeczywistość pod zupełnie innym kątem.

Z tego wynika, że Wisława Szymborska miała w sobie coś z dziecka.
Michał Rusinek: Zdecydowanie tak. Podszyta dzieckiem była zawsze. Doskonale ujął to na Facebooku pisarz - Jacek Dehnel, który napisał po śmierci poetki, że umarła największa hultajka literatury polskiej.

Czy zgodzi się Pan ze mną, że Szymborskiej do twarzy było z papierosem?
Tak. Z papierosem wyglądała rzeczywiście niezwykle. Chciałoby się powiedzieć, że papieros do niej po prostu pasował. Wyznała mi kiedyś, że pali od czasów okupacji. Pomyślałem, iż nie ma się czemu dziwić, to nie były łatwe czasy, a w przypływie strachu i zagrożenia łatwo było sięgnąć po papierosa.

Czy był to rzeczywisty powód?
Michał Rusinek: Okazało się, że nie. Kiedy Szymborska odczytała moje myśli, powiedziała: to zupełnie nie z tego powodu. To z powodów erotycznych.

Co to mogło oznaczać?
Michał Rusinek: Nigdy nie pytałem. Wiedziałem, że takich szczegółów się po prostu nie zdradza. Nikt dziś nie wyobraża sobie Wisławy Szymborskiej bez papierosa. A ona nie wyobrażała sobie chyba siebie bez pomalowanych na czerwono ust i paznokci.

Czy to prawda?
Michał Rusinek: Tak. Jak na prawdziwą damę przystało, lubiła o siebie dbać. Nawet kiedy była już ciężko chora, prosiła pielęgniarki, które się nią opiekowały, by malowały jej na czerwono paznokcie.

Kiedy zawodowa relacja z Szymborską przerodziła się w przyjaźń?
Michał Rusinek: Przyjaźń nas chyba nie łączyła. Byliśmy raczej zaprzyjaźnieni. Dość szybko zorientowałem się, że nadajemy na tych samych falach. Mamy podobne poczucie humoru i łączy nas autoironia... A ja wciąż mówię o niej w czasie teraźniejszym...

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

c
cogito
Skruchę? Kiedy hierarchowie wyrażą skruchę. Mnie nikt dotąd nie przeprosił. Szymborską kocham. taka osoba zrobiła więcej niz ktokolwiek, przywróciła prostemu człowiekowi sens życia.
M
Mazowietzky
W 1951 r. komuniści rozpoczęli bezpośrednią bezpardonową walkę z Kościołem. Zapoczątkowało ją aresztowanie pod zarzutem szpiegostwa biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka. Pod koniec tego roku aresztowano kilkunastu księży w diecezji krakowskiej. W styczniu 1953 r. odbył się ich "proces". Zarzucono im "szpiegostwo za amerykańskie pieniądze". Trzech księży skazano na śmierć, a pozostałych na wieloletnie więzienie.

W lutym 1953 roku gdy księża oczekiwali w celach śmierci na wykonanie wyroku grupa literatów krakowskich, wśród których była Szymborska, podpisała i przekazała władzom oraz ogłosiła "Rezolucję Związku Literatów Polskich w Krakowie w sprawie procesu krakowskiego". Czego domagali się literaci? Czas był taki, jak pokazała historia, że broniąc księży mogli uratować im życie. Władze komunistyczne wyraźnie się wahały. Potrzebowały "poparcia społecznego". Chciały podzielić się odpowiedzialnością.

Czyn komunistów był zbrodniczy i haniebny. Trzeba było być idiotą, by uwierzyć, że w kurii krakowskiej działa amerykański wywiad wykorzystując ją jako swoje narzędzie przeciwko komunistom. Nawet jednak jeśli ktoś, by w to uwierzył to i tak musiałby uznać, że stracenie księży to za wysoka kara.

Literaci podpisani pod rezolucją nie byli idiotami. Byli to przecież ludzie wykształceni, światli, zorientowani, dobrze poinformowani, rozumiejący charakter przemian jakie się odbywały w Polsce i ich kierunek. Byli to też, tak by się wydawało, humaniści stanowiący elity, a więc ludzie, których zadaniem było bronić uniwersalnych zasad, nie zgadzać się na takie działania władz, które by w sposób szczególnie drastyczny były barbarzyńskie, antyludzkie, niesprawiedliwe.

Literaci krakowscy mieli trzy wyjścia. Mogli ostro zaprotestować wybierając drogę podyktowaną przez ich ludzką godność i kulturę, którą reprezentowali, drogę heroiczną, drogę, która byłaby jakoś drogą męczeństwa. Gdyby wybrali tą drogę Bóg i historia nagrodziliby ich sowicie. Za miesiąc umarł Stalin. Represje by się skończyły, a oni w glorii i chwale zostaliby obwołani bohaterami narodowymi.

Literaci ci mogli też postąpić uczciwie i pragmatycznie, dyplomatycznie. Mogli potępić księży, a zarazem domagać się w imię humanizmu darowania im życia. Mogliby, tak przy okazji zastosować parę kruczków, które mogłyby ułatwić władzom komunistycznym postępowanie. Mogliby np. zaproponować następującą formułę: "Komunizm zwyciężył. Komunizm ma rację. Komunizm jest dobry. Komunizm jest silny i wielkoduszny. Jako taki potrafi wybaczać winy, darować. Zamieńcie księżom wyroki śmierci na dożywocie."

Literaci krakowscy mogli też milczeć choć z pewnością władze komunistyczne naciskały na nich, by potępili księży. Gdyby literaci krakowscy nie zabrali głosu represje władz w stosunku do nich byłyby najmniejsze. Mogliby stracić swoje ciepłe posadki, otrzymać zakaz drukowania. Nie byłaby to jednak wcale za wysoka cena na honor i wierność podstawowym wymiarom człowieczeństwa, za to, że się nie upodlili, nie zostali wspólnikami zbrodni. Ceny tej, to powinni już wtedy wiedzieć, nie płaciliby w nieskończoność. Zbrodniczy ustrój związany był z osobą Stalina. Ten zaś miał już swoje lata. Jego śmierć musiała pociągnąć za sobą przemiany - odwilż polityczną.

Literaci krakowscy wybrali czwartą drogę. Treść ich wystąpienia była taka, że między wierszami można było wyraźnie przeczytać: "Wykonać wyrok, przyspieszyć go." Jednocześnie i to przy takiej okazji, złożyli, wręcz na kolanach, czołobitny hołd i przysięgę wierności zbrodniarzom i faktycznym zdrajcom Polski.

Oto tekst rezolucji:

W ostatnich dniach toczył się w Krakowie proces grupy szpiegów amerykańskich powiązanych z krakowską Kurią Metropolitarną.

My zebrani w dniu 8 lutego 1953 r. członkowie krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich wyrażamy bezwzględne potępienie dla zdrajców Ojczyzny (wytłuszczenie - S. K.), którzy wykorzystując swe duchowe stanowiska i wpływ na część młodzieży skupionej w KSM działali wrogo wobec narodu i państwa ludowego, uprawiali - za amerykańskie pieniądze - szpiegostwo i dywersję.

Potępiamy tych dostojników z wyższej hierarchii kościelnej, którzy sprzyjali knowaniom antypolskim i okazywali zdrajcom pomoc, oraz niszczyli cenne zabytki kulturalne.

Wobec tych faktów zobowiązujemy się w twórczości swojej jeszcze bardziej bojowo i wnikliwiej niż dotychczas podejmować aktualne problemy walki o socjalizm i ostrzej piętnować wrogów narodu - dla dobra Polski silnej i sprawiedliwej."

Rezolucję podpisało swoimi nazwiskami i pierwszymi literami swoich imion 53 osoby. Wśród nich znaleźli się tak znani pisarze i krytycy literaccy jak: K. Bunsch, Wł. Dobrowolski, K. Filipowicz (późniejszy mąż Szymborskiej), A. Kijowski, J. Kurek, Wł. Machejek, Wł Maciąg, S. Mrożek, T. Nowak, J. Przyboś, T. Sliwiak, M. Słomczyński (znany tłumacz Szekspira podpisujący kryminały swojego autorstwa pseudonimem Joe Alex), O. Terlecki, H. Vogler, A. Włodek (pierwszy mąż Szymborskiej).

Wśród sygnatariuszy tej rezolucji znalazł się również Jan Błoński, który kilkadziesiąt lat później zarzucał Polakom, równie kłamliwie, w "Tygodniku Powszechnym", "zbrodniczą obojętność wobec zagłady getta warszawskiego".

Rezolucję podpisali także: K. Barnaś, Wł. Błachut, J. Bober, Wł. Bodnicki, A. Brosz, B. Brzeziński, , B. M. Długoszewski, L. Flaszen, J. A. Frasik, Z. Groń, L. Herdegen, B. Husarski, J. Janowski, J. Jaźwiec, R. Kłyś, W. Krzemiński, J. Kurczab, T, Kwiatkowski, J. Lowell, J. Łabuz, H. Markiewicz, B. Miecugow, H. Mortkowicz-Loczakowa, W (lub S.). Otwinowski, A. Polewka, M. Promiński, E. Rączkowski, E. Sicińska, St. Skoneczny, A. Świrszczyńska, K. Szpalski, J. Wiktor, J. Zagórski, M. Załucki, W. Zechenter, A. Zuzmierowski.

Rezolucja ta była, powtórzmy to raz jeszcze, zbrodnicza i haniebna. Ci, którzy ją podpisali, podpisali się nie tylko pod wyrokami śmierci dla 3 księży i pod wyrokami wieloletniego więzienia dla pozostałych kapłanów, ale podpisali się również w ten sposób pod pozostałymi zbrodniami stalinizmu. Oni przecież użyli swych nazwisk, swoich autorytetów, by wesprzeć stalinizm, by go wzmocnić, by go usprawiedliwić.

Jej moralnej wymowy nie osłabia fakt, że podpisało się pod nią wielu znanych literatów, że w tym samym czasie wielu innych obywateli polskich, w tym znanych ludzi takich choćby jak Gałczyński czy Tuwim, postępowało tak samo czy podobnie.

Jej moralnej wymowy nie osłabia fakt, że Stalin umarł miesiąc później i wyroków śmierci nie zdążono wykonać.

Szymborska mogła teraz po latach wyrazić żal i skruchę oraz potępienie dla stalinizmu w świetle jupiterów. Mogła przeprosić Kościół i Polaków. Mogła w obecności kamer telewizyjnych złożyć kwiaty na grobach księży, których życie skróciły cierpienia wywołane aktem, który wsparła osobiście. Mogła też, w ramach zadośćuczynienia przekazać niewielką choćby część swojego olbrzymiego majątku na rzecz Kościoła krakowskiego.

Ona zaś bez słowa, z uśmiechem przyjęła z rąk przedstawicieli krakowskich władz samorządowych tytuł honorowej obywatelki Krakowa, tytuł, który, w tym wypadku, był swego rodzaju kpiną i nową hańbą, już nie tylko dla niej.

Szymborska zapisała się w historii Polski i Krakowa nie tylko jako poetka, laureatka nagrody Nobla, ale również jako ktoś kto brał udział w zniewalaniu naszego kraju, eksterminacji polskiego narodu, w działaniach zmierzających do jego zastraszenia, upodlenia, demoralizacji.

Miejmy nadzieję, że tych jej czynów i słów nie powtórzy już nigdy żadna polska poetka.

dr Stanisław Krajski, Katolicka Gazeta Internetowa, 2001-12-01
Przejdź na stronę główną Głos Wielkopolski
Dodaj ogłoszenie