Glebę chronić trzeba – ale z głową. Nowe standardy, są bardzo rygorystyczne, a metodologia jest niezrozumiała dla praktyków. Skutek - wysokie koszty i niepotrzebny chaos. Należy też zaznaczyć, że Prawo ochrony środowiska (art. 101 a pkt 5) obliguje Ministra do przygotowania tego rozporządzenia mając na względzie m.in. minimalizację kosztów badań zanieczyszczenia gleby i ziemi. W naszej ocenie jest dokładnie odwrotnie, alarmuje Lwiatan.

Ustawodawca z niewiadomych przyczyn narzuca bardzo wyśrubowane standardy. W przypadku niektórych zanieczyszczeń np. metali ciężkich, benzenu, toluenu czy ksylenu zaproponowane wartości są ostrzejsze od obecnie obowiązujących standardów jakości gleby o kilkaset procent. Takie podejście może być akceptowalne w przypadku gdy mamy do czynienia z terenami uprawnymi, rolnymi, mieszkalnymi, bądź rekreacyjnymi. Jednak dla terenów przemysłowych, na których stwierdzono historycznie zanieczyszczenia, nie ma technicznych możliwości oczyszczenia powierzchni ziemi do tak ostro wyśrubowanych wartości.

Zanieczyszczenia gleb i gruntów mają bardzo lokalny charakter i wymagają podejścia „case by case”. Obowiązujący system zero-jedynkowy, oparty na standardach, nie daje takiej możliwości. W innych krajach europejskich, owszem są standardy środowiskowe, ale głównie po to, aby ustanowić punkt odniesienia dla przeprowadzania analizy ryzyka zawartości danych substancji w ziemi. To analiza ryzyka jest głównym narzędziem, które decyduje o dalszych działaniach oczyszczania środowiska, a nie standard sam w sobie. 

Nowy projekt rozporządzenia zamiast utrwalać sztywny system standardów, powinien wprowadzić analizę ryzyka.

Zaproponowany projekt rozporządzenia w większości nie koresponduje z warunkami środowiskowymi z jakimi mamy do czynienia na terenach stricte przemysłowych. Ministerstwo Środowiska oparło rozporządzenie na metodyce stosowanej w rolnictwie, która absolutnie nie sprawdza się w realiach terenów przemysłowych. Projekt zakłada np.: mieszanie i uśrednianie próbek – bo tak jest w rolnictwie. W przemyśle, zanieczyszczenia są często punktowe.  Efekt: Zmieszanie 44 przypowierzchniowych próbek czystych i 1 próbki zanieczyszczonej da uśredniony wynik wskazujący, że badany teren jest wolny od zanieczyszczeń. W praktyce zanieczyszczenie jest pobór dużej ilości próbek powierzchniowych. Dla terenu o powierzchni od 0,05 ha do 1 ha trzeba będzie pobrać próby z 45 punktów w celu wykonania badań wstępnych.

Skutek: Oprócz kosztów i zasadności tak gęstego poboru próbek, problem z pobraniem próbek. Bo jak pobrać tak dużą ilość próbek z utwardzonych asfaltem stacji benzynowych?

Stosując wymagane, akredytowane metody poboru próbek szacuje się wzrost kosztów takiej usługi na poziomie ok . 620 proc. Dla typowej stacji paliw (w zdecydowanej większości  teren utwardzony) pojawi się poważny problem z poborem próbek powierzchniowych.  Oceniamy, że nastąpi  wzrost ceny poboru  próbki dla oceny stanu tej warstwy z obecnego w wysokości 66 zł za 1 próbkę pojedynczą do 410 zł za 1 próbkę zmieszaną. W przypadku realizacji wszystkich etapów identyfikacji zanieczyszczenia oraz wykonania kompletu przewidzianych badań (przy założeniu rozpoznania 5 otworami i poborze 20 próbek gruntu) szacuje się wzrost kosztów analiz laboratoryjnych o ok. 780  proc.  Dla przykładu dotychczasowy koszt badań laboratoryjnych próbek gruntu dla terenu typowej stacji paliw  (5 otworów, 10 próbek gruntu) wynosił:  ok. 1 500 zł. Koszt badań wg zakresu z projektu  (45 próbek powierzchniowych, 20 próbek z głębszych poziomów) wzrosną do poziomu ok. 11 500 zł

Lewiatan zwraca też uwagę na brak przepisów przejściowych odnoszących się do spraw zakończonych przed dniem wejścia w życie rozporządzenia. Powstaje ryzyko ponownego przeprowadzenia remediacji gruntów, które już zostały jej poddane, ostrzega Konfederacja Lewiatan.