Misjonarz z Poznania ofiarą podpalenia w Sudanie Południowym [GALERIA]

Anna Kot
Archiwum rodziny Dzidów
O. Andrzej Dzida, misjonarz werbista przeżył pożar domu w placówce misyjnej w Lainya w Sudanie Południowym. Przypuszczalnie był to zamach na życie jego i jego towarzyszy.

Z wtorku na środę w ubiegłym tygodniu panowała głęboka afrykańska noc – potem o. Andrzej Dzida z Poznania powiedział, że zegarek wskazywał godzinę 2.15 – kiedy w jego domku w Lainya w Sudanie Południowym rozległ się huk. To spadł pod naporem ognia płonący dach z trawy.

Misjonarz jak stał, tak wyskoczył z domku – zdążył tylko raz wrócić, by zabrać dokumenty, aparat i stułę. Reszta już płonęła jak w Polsce stodoła pełna słomy. Tak samo domki dwóch innych werbistów, którzy tej nocy w nich spali - o. Prafula z Indii i o. Bernarda z Konga. Ocalały te, które akurat były puste – o. Francisa z Indii i brata Vincenta z Indonezji.

Nie miałem żadnej alby. Mogłem tylko ubrać jedyną ocalałą przypaloną koszulkę z wizerunkiem poznańskiego ratusza, na którą włożyłem stułę.

Miejscowi parafianie pomagali gasić pożar, a potem z płaczem ubolewali nad duchownymi.
– Niektórzy tylko z nami siedzieli, aby być w tym trudnym momencie razem – na gorąco relacjonował o. Andrzej. – W środę rano poprosili mnie o odprawienie mszy świętej, a ja nie miałem żadnej alby. Mogłem tylko ubrać jedyną ocalałą przypaloną koszulkę z wizerunkiem poznańskiego ratusza, na którą włożyłem stułę.

Kilka dni po pożarze misjonarzy odwiedziły i zaproponowały pomoc siostry także misjonarki werbistki z Yei.
– Natomiast wspólnota parafialna podarowała nam materace, a kobiety z Akcji Katolickiej przyniosły nam pościel – cieszy się o. Andrzej. – Kiedy byłem w mieście chciałem kupić pasek, gdyż moje przypalone spodnie trzymały się tylko na sznurku. Ale gdy chciałem płacić, podbiegła jakaś dziewczyna, która koniecznie chciała mi go zafundować. W drodze powrotnej zatrzymała mnie kolejna kobieta – ta chciała kupić mi spodnie, bo – jak się okazało – wypalone dziury były większe i bardziej widoczne niż mi się wydawało. Nie dała się przekonać i kupiła mi używane spodnie. Bardzo się cieszyłem tymi gestami, bo to naprawdę biedni ludzie, którzy okazywali mi swoje współczucie i sympatię jak tylko potrafili.
***
Werbistowska misja w Sudanie jest młodziutka – została założona nieco ponad 2 lata temu. W listopadzie 2012 r.
– Lainya to miasto, ale wygląda jak wioska – opowiada o. Andrzej. – Leży 100 km od stolicy Dżuby i 65 km od Yei – centrum naszej diecezji.

Poznaniak przypomina, że nie tylko ich parafia jest młoda, ale także samo państwo, które powstało w lipcu 2011 r.
– Od dawna były to tereny zamieszkane przez chrześcijan. W samym Sudanie Południowym, który odłączył się od muzułmańskiego Sudanu, właśnie ich jest najwięcej, głównie ewangelików i anglikanów – tłumaczy misjonarz z Poznania. – To pozostałości z czasów, gdy tutaj rozciągało się angielsko-egipskie kondominium, które wspólnie sprawowało władzę w tym kraju. I choć sam Sudan odzyskał niepodległość w 1956 r., wciąż stanowił jeden organizm państwowy, mimo że południe zamieszkiwała ludność afrykańska, która od początku domagała się oddzielenia – ludność odmienna językowo, kulturowo i religijnie od arabskiej północy. Dopiero zakończenie II wojny domowej w Sudanie przyniosło zmiany.

Miejscowi próbowali zastraszyć różne osoby, aby oddały część ziemi albo przeniosły się na inne tereny, albo wręcz wymuszali sprzedaż.

Opowiadając historię kraju o. Andrzej przekonuje, że atak na ich placówkę raczej nie mógł mieć podłoża religijnego.
– To nie jest też konflikt z anglikanami czy ewangelikami – choć oni stanowią większość chrześcijan, około 60 proc., a reszta to katolicy – tłumaczy duchowny. – Odkąd tu jestem, nie przypominam sobie żadnego konfliktu między chrześcijanami. Na przykład we wtorek specjalnie odwiedził nas biskup ewangeliczny, by wyrazić swoje ubolewanie. Nie zauważyłem też silnej obecności muzułmanów.

Jednak to ataku doszło. I to na życie duchownych, o czym niezbicie przekonują okoliczności pożaru. Jego przyczyny – jak spekuluje o. Andrzej – mogą tkwić w chęci posiadania ziemi. Odkąd ludzie po zakończeniu wojny zaczęli wychodzić z buszu i się osiedlać, liczy się każdy jej metr. Wprawdzie obszar, który zajmują domy misjonarzy, został przekazany na działalność Kościoła na podstawie umowy między klanami i oficjalnym przedstawicielem władzy, zawsze komuś mogło się to nie spodobać.

– Nie walczyliśmy o nią i zawsze jesteśmy gotowi do rozmów – zapewnia poznaniak. – Znamy bowiem przypadki, jeszcze przed naszym osiedleniem się tu, kiedy w niektórych rejonach kraju dochodziło na tle posiadania ziemi do konfliktów. Miejscowi próbowali zastraszyć różne osoby, aby oddały jej część albo przeniosły się na inne tereny, albo wręcz wymuszali sprzedaż. Także nas jakiś rok temu ktoś pytał o przesunięcie granic działki o 10 metrów i myśmy się zgodzili.

Poznaniak zapewnia, że prędzej czy później policja znajdzie winnych, bo podpalacz pochwali się swoim wyczynem grając w karty czy pijąc piwo. Jednak wcale nie jest przekonany czy tego chce, ponieważ wtedy może pojawić się nowy, wcale nie mniejszy problem. Należy bowiem pamiętać, że społeczność Sudanu Południowego, jak i całej Afryki, jest silnie zantagonizowana między plemionami i klanami.

- Jeśli podpalacz będzie z konkretnego klanu, to wspólnota obwini cały klan i spowoduje to jeszcze większy rozłam – przekonuje. - Gdybyśmy dowiedzieli się wcześniej kto jest winien niż tutejsi ludzie, w jakiś sposób moglibyśmy zareagować – moglibyśmy ich przygotować na przebaczenie czy pojednanie, aby nie doszło do większego konfliktu.

Rozdał, co miał i poszedł za Nim
Andrzej Dzida (ur. 1972 w Poznaniu) swą biografią mógłby obdzielić kilka osób. – To chłopak o niezwykłym temperamencie – opowiada Elżbieta Dzida, mama misjonarza. – Sport, a zwłaszcza piłka nożna, to jego żywioł. Jest fanem Kolejorza, nawet kilka dni temu ubolewał nad przegraną Lecha z Zawiszą i tłumaczył sobie, że pewnie lechici zbierają siły na mecz z Legią.

Po podstawówce uczył się w technikum ekonomicznym, a po maturze poszedł do wojska, gdzie został dowódcą czołgu. Sam zgłosił się do kontyngentu wojsk ONZ i wyjechał do ogarniętej wojną Jugosławii, stacjonował w Chorwacji. Po powrocie pracował w banku i studiował politologię, a następnie ekonomię na MBA. Po studiach dalej pracował w banku, ale wziął 7-miesięczny urlop i rozpoczął podróż dookoła świata – chciał poznawać świat i ludzi. Ale – jak się później okazało – jednocześnie była to droga odkrywania powołania zakonnego i kapłańskiego.

Andrzej wspomina, że takim jednym z wielu znaków było spotkanie z muzułmankami w Pakistanie, które – zwykle nienawiązujące kontaktu z obcym mężczyzną – zapytały go czy jest szczęśliwy? Z kolei w Meksyku w Gwadelupie podczas modlitwy Anioł Pański nie mógł ruszyć z miejsca, gdy dotarł do słów: „Oto ja służebnica Pańska... ”.

Ale nawet składając podanie do werbistów, próbował ich zniechęcić do siebie, pisząc, że jest pyszny i leniwy

– Wtedy – i to cały Andrzej – pomyślał: Ok! Dobra Panie, Ty wiesz, czego mi trzeba, to niech się dzieje Twoja wola – wspomina opowieść brata Honorata Dzida. – Andrzej nie planował być księdzem, chciał mieć rodzinę, żonę i dzieci. Ale jak wrócił do Polski, już wiedział, że chce być misjonarzem. Jednak jakiś czas próbował zagłuszać to powołanie – zajmował się wolontariatem świeckim, niepełnosprawnymi, zbierał pieniądze na misje. Do czasu – dopóki nie obejrzał filmu o werbiście o. Marianie Żelazku, który w Indiach zajmował się trędowatymi. Decyzję ogłosił w domu podczas swych 30. urodzin. Ale nawet składając podanie do werbistów, próbował ich zniechęcić do siebie, pisząc, że jest pyszny i leniwy – ale im to się spodobało i zaprosili go na spotkanie. I dalej nie poddawał się – do Chludowa pojechał na... rowerze, w krótkich spodenkach, koszulce. Potem był zaskoczony serdecznym przyjęciem i nawet sam się dziwił, że pół świata zjechał w poszukiwaniu Pacanowa jak Koziołek Matołek , a znalazł go 15 km od domu. Naprawdę był szczęśliwy – często mówił, że robi to, co lubi – czyta Pismo Święte, modli się, gra w piłkę.
Następnie studiował w Chicago, praktyki misyjne odbył w Togo i na Madagaskarze. Święcenia kapłańskie miał w USA, ale mszę prymicyjną w kościele św. Małgorzaty na poznańskiej Śródce.
– Andrzej zachował się jak ewangeliczny młodzieniec – zostawił wszystko – świetną pracę, własne mieszkanie (sprzedał i pieniądze rozdał ubogim) i... poszedł za Nim – dopowiada Elżbieta Dzida.

Chcesz pomóc?
Pieniądze na wsparcie dla misji w Sudanie Południowym.

Referat Misyjny Księży Werbistów
Kolonia 19
14-520 Pieniężno
42 1240 1226 1111 0000 1395 9119
Tytułem: SERCE dla Sudanu

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie