Olbrzymi pożar w Stomilu. Płomienie szalały przez 4 dni! [ZDJĘCIA]

Zbyszek Snusz
Zbyszek Snusz
9 marca 1972 roku. Do Poznania w trybie pilnym przyjeżdżają jednostki zawodowej straży pożarnej ze Szczecina, Torunia, Łodzi, Wrocławia. Z Warszawy docierają słuchacze Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarnictwa. Pomaga także wojsko. To jeden z największych pożarów przemysłowych w powojennej Polsce. Przejdź dalej --->Kazimierz Przychodzki
9 marca 1972 roku. Do Poznania w trybie pilnym przyjeżdżają jednostki zawodowej straży pożarnej ze Szczecina, Torunia, Łodzi, Wrocławia. Z Warszawy docierają słuchacze Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarnictwa. Pomaga także wojsko. Na Starołęce palą się Zakłady Przemysłu Gumowego Stomil. To jeden z największych pożarów przemysłowych w powojennej Polsce.

Ogień zauważa mistrz zmianowy wydziału przygotowawczego Franciszek Tamborski. Jest czwartek, 9 marca, godzina 21. Pożar rozprzestrzenia się w błyskawicznym tempie. Pali się czterokondygnacyjny magazyn, którego piwnice wypełnione są materiałami łatwopalnymi. Ogień przenosi się z dolnych kondygnacji w górę hali. Stoją w niej potężne maszyny do produkcji mieszanin gumowych. To serce zakładu.

Jako pierwsi na miejsce docierają strażacy z Poznania, a także jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej z okolic. Ratownicy muszą walczyć nie tylko z ogniem. Ich działania utrudniają ciemność, mróz, silny wiatr oraz czarny gęsty dym, który spowija całą okolicę. Na szczęście wojsko dostarcza na teren Stomilu reflektory przeciwlotnicze, które szybko wydobywają z mroku miejsce akcji.

Na Starołękę docierają również sekretarze Komitetu Wojewódzkiego PZPR - Jerzy Zasada i Tadeusz Grabski, przewodniczący Prezydium Rady Narodowej m. Poznania Stanisław Cozaś, a także przedstawiciele władz partyjnych i administracyjnych dzielnicy.

Po kilku godzinach bezskutecznej walki ściany magazynu nie wytrzymują wysokiej temperatury. Hala zawala się. Zaczadzeniu ulega jeden strażak. Poszkodowany zostaje odwieziony do szpitala.

Polecamy również:

Największy pożar w Poznaniu - ulicą płynęła rwąca rzeka spir...

Walka z ogniem trwa także cały następny dzień. Ratownicy próbują ocalić znajdujące się w pobliżu pomieszczenia produkcyjne Stomilu oraz Lechii. Rąk do pomocy nie brakuje. W akcję włączają się zatrudnieni w okolicznych zakładach. Pracownicy Lechii przygotowują stołówkę dla osób biorących udział w gaszeniu pożaru. Fabryka Maszyn Żniwnych i Alco-Centra dostarczają ubrania ochronne.

Ślusarz Marian Balcerzak z trudem hamuje łzy: "Rano jak zobaczyłem z tramwaju ogień i te kłęby dymu... nie wiem co się ze mną działo. Pięć lat tu pracuję... A teraz... To przecież serce zakładu..."

Strażacy robią, co mogą. Woda i piana leje się z dachów sąsiednich hal, a wewnątrz rumowiska ratownicy próbują przy pomocy wysokopiennych agregatów stworzyć przeszkodę, która zatrzymałaby szalejący żywioł. Niestety, ogień przenosi się do walcowni. Dowodzenie od komendanta miejskiego straży pożarnej przejmują zastępca komendanta głównego oraz szef operacyjny Komendy Głównej.

Ogień w Stomilu jeszcze szaleje, a "Głos Wielkopolski" już donosi: "Wiele można by powiedzieć o ofiarności ludzi, zaangażowanych w gaszenie pożaru. Ale jednocześnie z podziwem dla nich rodzi się sprzeciw. Przeciw ludzkiemu niedbalstwu, lekceważeniu zasad bezpieczeństwa na poszczególnych stanowiskach pracy, co może w każdej chwili spowodować nową podobną tragedię."

"Palenie papierosów w miejscach zakazanych, iskrzące silniki w pomieszczeniach, gdzie każda iskra spowodować może wypadek - to obrazki, które jeszcze niestety spotkać możemy w naszych zakładach, ale co najgorsze, że są one tolerowane przez współtowarzyszy pracy, majstrów, kierowników" - komentuje "Gazeta Poznańska".

Sobota, 11 marca. Strażacy burzą ocalałe jeszcze mury budynku. Ich decyzja pozwala ograniczyć pole pożaru, a także zapobiec całkowitemu zniszczeniu walcowni. Żywioł udaje się ujarzmić dzień później. Sąsiednim obiektom nic nie zagraża. Pozostają jeszcze dymiące się zwały gruzu.

Straty wstępnie szacuje się na 100 mln zł. Mimo tego nikt nie czeka, bo i czekać nie może. Stomil jest zakładem o znaczeniu strategicznym, który produkuje towary także dla wojska. Odgruzowywanie zawalonej hali rozpoczyna się natychmiast. Odbudowa trwa pół roku.

Dochodzenie wykazało, że przyczyną pożaru było podpalenie. Jeden z pracowników był skonfliktowany z kierownikiem magazynu i niezadowolony podłożył materiał łatwopalny pod składowiskiem kauczuku.

Zobacz też:

Poznań w PRL. Obejrzyj 50 zdjęć i przeżyj niezapomnianą podr...

Sprawdź też:

Pandemiczna matura. Uczniowie czują strach

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

N
Noe

Aż się prosi, by zakończyć tę publikację informacją, jakie były losy podpalacza. Nie chciało się?

Dodaj ogłoszenie