Ostatni U-Boot, czyli wilcze stada z Gdańska

    Ostatni U-Boot, czyli wilcze stada z Gdańska

    Artur Kawiński

    Dziennik Bałtycki

    Aktualizacja:

    Dziennik Bałtycki

    Ostatni U-Boot, czyli wilcze stada z Gdańska
    1/6

    Przejdź do
    galerii zdjęć

    „Jedyne, co przysparzało mi zmartwienia, przyprawiało o strach i grozę w okresie trwania II wojny światowej, to były peryskopy niemieckich U-Bootów oraz do samego końca niezłomne morale ich załóg” - słowa Winstona Churchilla każą wspomnieć respekt, jaki budziły podczas wojny niemieckie okręty podwodne. Sekcje kadłuba jednego z takich okrętów zostały niedawno wydobyte na terenie Stoczni Gdańskiej. Co zapisano w tych rozdziałach historii Gdańska, o których przypominają dziś stalowe blachy U-Boota?
    Gdańskie stocznie budowały okręty wojenne od początków swego istnienia. Zarówno założona w latach 50. XIX w. stocznia państwowa, znana wpierw jako Kaiserliche, a później Danziger Werft, jak i rozbudowywana od 1890 r. prywatna stocznia Ferdinanda Schichaua już przed I wojną światową były w stanie sprostać każdemu wyzwaniu. Na pochylniach obu wielkich zakładów powstawały zarówno pancerne kolosy, jak i niepozorne, choć śmiertelnie niebezpieczne okręty podwodne dla Marynarki Wojennej Cesarstwa Niemiec. W każdym przypadku wymagało to znakomitych kompetencji od gdańskich projektantów, inżynierów oraz od kadry stoczniowych robotników.

    Po wielkiej wojnie, przez 20 lat istnienia Wolnego Miasta, w Gdańsku panował zakaz budowy okrętów wojennych. Wszystko zmieniło się w pierwszych dniach nowej wojny, gdy po przyłączeniu Gdańska do Rzeszy Niemieckiej lokalne stocznie ruszyły pełną parą.

    Nowa wojna



    Zamówienia na budowę U-Bootów typu VII stocznia Schichaua otrzymała już we wrześniu 1939 r., podobnie działo się w Danziger Werft.

    W stoczni Schichaua do października 1943 roku zwiększano liczbę pochylni, specjalistycznych dźwigów parowych i elektrycznych. Pracował tu między innymi pływający żuraw o udźwigu 100 ton i wielki żuraw lądowy o udźwigu 250 ton - słynny Hammerkran, stanowiący do 1945 r. wizualną dominantę tej części krajobrazu Gdańska, którą zdominowały stocznie.
    Podobnie działo się i w Danziger Werft - pod koniec 1943 r. stocznia dysponowała już pięcioma dokami pływającymi, żurawiem pływającym o udźwigu 100 ton, do tego dochodziło siedem żurawi lądowych, spalinowych i elektrycznych. Jak pisze M. Westphal, do marca 1943 roku z pochylni obu gdańskich stoczni zeszło 106 okrętów podwodnych typu VIIC i VIIC/41.
    Wszystkie niemieckie zakłady przemysłu okrętowego były intensywnie modernizowane i rozbudowywane, co nie działo się przypadkiem - w stoczniach miała bowiem wkrótce ruszyć budowa nowych U-Bootów typu XXI - wówczas najnowocześniejszych okrętów podwodnych świata.

    Okręt ostatniej szansy



    Mijały kolejne lata wojny, a szanse na zwycięstwo ważyły się w wielkiej mierze na morzu. Przetrwanie Wielkiej Brytanii zależało od morskich dostaw, a po rozpoczęciu w 1941 r. wojny na wschodzie przez Atlantyk ruszyły także konwoje z materiałami wojennymi dla Związku Radzieckiego.

    Niemieckie U-Booty stosujące taktykę wilczych stad osiągały wciąż znaczące sukcesy, jednak po 1942 r. dominacja aliantów zaznaczyła się także w wojnie podwodnej. Straty wśród załóg U-Bootów rosły tak szybko, że dla dowództwa Kriegsmarine stało się jasne, iż przejęcie inicjatywy w działaniach na morzu nie będzie możliwe bez uzyskania znaczącej przewagi w jakości nowych broni. Rozwiązaniem mógł być Elektroboot typu XXI. Wyposażony w potężne baterie akumulatorów, zaprojektowany z wykorzystaniem rewolucyjnych technologii nowy okręt podwodny był szybki, trudny do wykrycia, mógł głębiej się zanurzać i odbywać dłuższe patrole, maszt powietrzny zaś umożliwiał mu ładowanie akumulatorów bez wychodzenia na powierzchnię. Takie właśnie jednostki miały docelowo zastąpić spracowane konie robocze U-Bootwaffe - okręty typu VII i IX. Dlatego też w gdańskich stoczniach planowano, że po rozpędzeniu produkcji pochylnie opuszczą co tydzień dwa nowe U-Booty. U Schichaua miały trwać jednocześnie prace przy 16 okrętach podwodnych, a czas budowy kompletnej jednostki, od położenia stępki po wodowanie, miał być nie dłuższy niż dwa miesiące.


    Stoczniowcy czasu wojny


    Wiązało się to z koniecznością pozyskania dla gdańskich stoczni nowej siły roboczej, w tym pracowników przymusowych - więźniów i jeńców. Całkowita liczba zatrudnionych nie jest znana, wiadomo jednak, co potwierdza w swojej pracy przywoływany już M. Westphal, że w stoczni Schichaua w 1944 r. załoga stanowiła 7650 osób, z czego 1551 to wykwalifikowani robotnicy. Około 40 procent stanowili obcokrajowcy: w stoczni pracowało ponad 500 Polaków, około 600 Rosjan i Białorusinów, około 600 osób z Europy Zachodniej, ponad 1200 jeńców wojennych, głównie Włochów i Francuzów, do tego od 1944 r. dosłano ponad 400 więźniów Stutthofu i 1100 więźniów żydowskich.

    Jak wyglądały ówczesne realia pracy w gdańskich stoczniach?
    Oto wspomnienia Konrada Ciechanowskiego z Torunia, polskiego robotnika przymusowego zatrudnionego w Schichau Werft: „W Gdańsku pracowałem w stoczni przez trzy lata jako elektryk, mimo iż nie był to mój wyuczony zawód. Zaraz po przyjeździe do miasta skierowano mnie na trzymiesięczne przeszkolenie. Konkretnie zatrudniony byłem przy budowie okrętów podwodnych i moim zadaniem było uszczelnianie i przykręcanie odpowiednich kabli. Na każdą czynność był określony limit czasu i nie było możliwości, by robić coś za wolno czy wadliwie. Na początku zawsze stał koło mnie majster ze stoperem w ręku i sprawdzał, czy praca przebiega prawidłowo. Jakieś celowe uszkodzenia były raczej niemożliwie - przynajmniej na tym stanowisku, gdzie ja pracowałem, gdyż precyzja wykonania była tam najważniejsza. Ponadto, ażeby uniknąć jakiegokolwiek sabotażu, wszyscy robotnicy musieli nosić odpowiednie literki. Ja miałem przyszytą naszywkę z literą P - jako Pole (Polak) oraz nosiłem blaszkę z oznaczeniami: A - Ausländer (obcokrajowiec) i E jako elektryk. I jak pokazałem się w miejscu, gdzie elektrycy nie pracowali, natychmiast byłem wyrzucany”.

    Pluskwy antynazistowskie


    Ciechanowski opisuje też specyficzne formy sabotażu stosowane w stoczni przez niektórych Polaków: „Ale taki mały sabotaż, w miarę możliwości, to naturalnie robiłem. Brałem mianowicie pudełko zapałek, zgarniałem do niego pluskwy i wypuszczałem je po ukończeniu mojej pracy do łodzi. Z jakim skutkiem? - tego nie wiem - ale prawdopodobnie, ponieważ nie tylko ja to robiłem, efekty naszej działalności musiały być dość dokuczliwe. Świadczy o tym fakt, iż od czasu naszych »akcji« przeprowadzone były w barakach dla robotników przymusowych co dwa miesiące dezynfekcje. Hitlerowcy myśleli zapewne, że przenosimy te pluskwy w ubraniu, gdyż nie znany mi jest fakt jakiegokolwiek aresztowania z tego powodu”.

    Polak wspomina też kontakty z niemieckimi pracownikami stoczni: „Mówiąc o pracy w stoczni, nie mogę zapominać o moim brygadziście. To był Niemiec, który na wszystkie uroczystości przychodził w mundurze SA. Jednakże był on dobrym człowiekiem i muszę przyznać, że bardzo dużo mu zawdzięczam. Wiele razy pomagał mi w różnych rzeczach, otrzymywałem od niego także żywność, a gdy ewakuowano stocznię, chciał mnie zabrać nawet do domu, ażebym nie musiał nigdzie wyjeżdżać. Ja jednak sam nielegalnie uciekłem z Gdańska i wróciłem tu dopiero po wojnie.

    Brygadzista był zatem najlepszym przykładem, iż w ruchu oporu uczestniczyli także Niemcy. Jestem pewien, iż tego rodzaju ludzi było w stoczni znacznie więcej, ale przecież nikt się z tym nie ujawniał”.

    Nie było bohaterów



    Wśród niemieckich majstrów pracujących przez całą wojnę w Danziger Werft był Paul Klamrau, który po 1945 r. pozostał w Gdańsku. Oto część jego wspomnień z okresu wojny: „Każdy dzień był podobny do drugiego: praca w stoczni rozpoczynała się o 6.45; kończyła o 17.45, a w niedzielę o 13.00. Co trzecia niedziela była wolna, poza tym pracowało się codziennie. Jako obywatel niemiecki byłem normalnym pracownikiem, nie robotnikiem przymusowym, których było u nas bardzo dużo.

    (...) W stoczni ze względu na ciężką pracę otrzymywaliśmy dodatkowe racje żywnościowe. Tygodniowo było to chyba 150 gramów mięsa. Obiad jedliśmy także w stoczni, na który musieliśmy oddawać część naszych kartek żywnościowych. Na czarno nie próbowałem ani sprzedawać, ani kupować - było to surowo karane. Za to można było trafić jako »element aspołeczny« do Stutthofu. Każdy siedział cicho i był zadowolony, że jest w domu. Nie było tu żadnych bohaterów. (…)

    U nas budowano okręty podwodne, każdego miesiąca oddawano dwa, a w Schichau-Werft - trzy. Pracowałem na Ostrowiu, który należy dzisiaj do Stoczni Remontowej. Dział ten wykonywał wówczas niewielkie naprawy okrętów, których budowę właśnie ukończono i które były poddawane próbom. Tam badano na przykład pompy i urządzenia peryskopowe na poziom wydobywanego hałasu. W razie gdy poziom hałasu był zbyt wysoki, liczba decybeli była przekroczona, wnoszono reklamację i musieliśmy naprawić usterkę. W stoczni pracowali wspólnie: Niemcy, Polacy, Jugosłowianie i inni obcokrajowcy. Wszyscy również jedli wspólnie obiad w tej samej stołówce. Obcokrajowcy pracowali tylko albo w hali (przy toczeniu, frezowaniu i niewielkich naprawach), albo na zewnątrz okrętu podwodnego (prace przy śrubie i sterze). Do prac w samym środku kadłuba obcokrajowcy i robotnicy przymusowi nie byli dopuszczani.

    (…) Kierownictwo mojego działu było w porządku. Kierownikiem był Effenberg, który wcale nie należał do zwolenników Adolfa. Główny majster, Raabe, był również jego przeciwnikiem. Było nas pięciu majstrów, z których dwóch należało do partii. W stoczni było w ogóle mało ludzi, którzy popierali Hitlera. Powodem tego była chyba ciężka i odpowiedzialna praca w stoczni. (...) Jeżeli ktoś odszedł od oficjalnie wyznaczonego przez partię kierunku, natychmiast dowiadywały się o tym odpowiednie organy. Gdy ktoś zwrócił na siebie zbyt dużą uwagę, kierowano go natychmiast do wojska.

    Jeszcze niedawno na rynku księgarskim sprzedawano serię książek z »tygrysem«. Ile w nich naopowiadano bajek o ruchu oporu! W jednej z nich pisano o okręcie, na którym pracowałem. Rozmawiałem kiedyś z kimś o tym i ta osoba powiedziała mi: »Każdy naród potrzebuje swoich bohaterów«. To, o czym w tej książce pisano, było wprost niemożliwe do zrealizowania: że ktoś podłożył jakiś pierścień w sprężarce Junkersa i w wyniku tego ona eksplodowała. To było po prostu nierealne. Gdy oddawało się wykonaną pracę, trzeba było jej efekt zademonstrować w obecności kontrolera i uruchomić maszynę na czas od jednej do dwu godzin. Na to były odpowiednie przepisy”.

    Bez polityki



    „Polityką wcale się nie interesowałem. W ten właśnie sposób można było się uratować. Niech pan sobie wyobrazi moją sytuację, gdybym za czasów Adolfa chciał płynąć pod prąd. Każdy musiał brać w tym udział, byle by tylko zachować pewien umiar. Kto robił inaczej, był także inaczej traktowany. Do 1944 roku większość gdańszczan Polaków zniemczono. Każdy usiłował się ratować na swój sposób. Wielu Polaków przesiąkło niemiecką mentalnością. Żyje się dalej, nie będąc bohaterem”.
    Tyle Paul Klamrau.

    Świadectwo historii


    Wojna dobiegła końca. Nowe okręty nie zmieniły losów świata, nad gruzami spalonego w 1945 r. Gdańska rozwiał się dym. Śmiertelnie niebezpieczna niegdyś broń zyskała status muzealnego eksponatu - z biegiem lat coraz bardziej cennego. Czy w tej sytuacji do opisanych w tekście unikatowych w skali światowej okrętów muzeów dołączy z czasem także przeniesiony obecnie do Wisłoujścia gdański U-Boot?

    Oczywisty jest jego potencjał jako zabytku techniki dającego świadectwo nie tylko lokalnej historii. W znalezisko ze Stoczni Gdańskiej wpisane są przecież losy wspomnianych wyżej ludzi: Niemców, ale też pracujących w stoczni Polaków, Żydów, Rosjan i przedstawicieli innych narodowości. Wyjątkowy artefakt powinien zatem zostać należycie opracowany przez ekspertów, po czym udostępniony do zwiedzania jako jeszcze jeden dowód bogactwa kulturowego i historycznego dziedzictwa Gdańska.

    Komentarze (6)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Moralność U-Marine

    kaszub1612 (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 3 / 1

    Nasi tez tam byli

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Moralność U-Marine

    Świadek (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 9

    ... oraz do samego końca niezłomne morale ich załóg” - słowa Winstona Churchilla (cytat).
    Komentarz: To "niezłomne morale" wytworzyła NSDAP ! Dla nikogo nie jest to tajemnicą, że wszyscy...rozwiń całość

    ... oraz do samego końca niezłomne morale ich załóg” - słowa Winstona Churchilla (cytat).
    Komentarz: To "niezłomne morale" wytworzyła NSDAP ! Dla nikogo nie jest to tajemnicą, że wszyscy członkowie U-Marine musieli być (i byli) członkami NSDAP. Dlatego też U-Marine była zdolna do wielkich "poświęceń", które tak dyplomatycznie określił Winston Churchill (w cytacie). Bratanek Admirała Unruga powtorzył słowa swego Stryja: To była wojna, to była totalna wojna (powiedziane w Krakowie w 1973 roku).
    zwiń


    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Marynarze jak inni

    Mottlauspucker (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 7 / 1

    Twierdzenie, ze "zalogi U-Bootwaffe musialy nalezec do NSDAP" jest oczywista bzdura. Wiekszosc stanowili ci, ktorzy nie nalezeli do partii, choc byli i tacy, ktorzy do niej w istocie nalezeli. Ten...rozwiń całość

    Twierdzenie, ze "zalogi U-Bootwaffe musialy nalezec do NSDAP" jest oczywista bzdura. Wiekszosc stanowili ci, ktorzy nie nalezeli do partii, choc byli i tacy, ktorzy do niej w istocie nalezeli. Ten stan rzeczy potwierdzaja wspolczesne zrodla historyczne.
    Prawda jest natomiast, iz byl to korpus w przewadze ochotniczy, cechujacy sie wysokim morale, gotowoscia do poswiecen i profesjonalizmem.
    Anglicy maja takie powiedzenie: oddaj diablu, co diabelskie... Co wymaga jednak pewnej klasy. Churchill niewatpliwie ja mial.zwiń


    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Marynarze jak inni

    Na zawsze tak ! (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 6

    Marynarze ... nawet lepsi niz inni, lecz bandyci (niestety). Podobnie jak z "Harnasiem"; dobry Harnaś, ale zbój ! Tutaj nie da sie "wybielić" nikogo. Ich pozostawało zniszczyć (tylko) ! Dobrze, że...rozwiń całość

    Marynarze ... nawet lepsi niz inni, lecz bandyci (niestety). Podobnie jak z "Harnasiem"; dobry Harnaś, ale zbój ! Tutaj nie da sie "wybielić" nikogo. Ich pozostawało zniszczyć (tylko) ! Dobrze, że można było tego dokonać.zwiń


    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Marynarze

    Daga (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 7

    Kretschmer i Topp, "krolowie tonazu" z U-Bootwaffe, po wojnie dowodzili morskimi siłami NATO, juz jako admirałowie Bundesmarine, a zarzucane im zbrodnie okazały się aliancką propagandą czasów...rozwiń całość

    Kretschmer i Topp, "krolowie tonazu" z U-Bootwaffe, po wojnie dowodzili morskimi siłami NATO, juz jako admirałowie Bundesmarine, a zarzucane im zbrodnie okazały się aliancką propagandą czasów wojny. Admirała Doenitza bronił w Norymberdze amerykański admirał Chester Nimitz, zeznając, iż każdą z metod walki używaną przez U-Booty w pełnym zakresie stosowała podczas wojny m.in. US Navy. zwiń

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Do dwóch razy "sztuka"

    Świadek (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 3 / 3

    Oczywiście, w totalnej wojnie celem ostatecznym jest zniszczenie przeciwnika. Jeśli, któraś ze stron "proklamuje" wojnę totalną, musi wiedzieć że sama będzie niszczona ( nie z nienawiści, lecz z...rozwiń całość

    Oczywiście, w totalnej wojnie celem ostatecznym jest zniszczenie przeciwnika. Jeśli, któraś ze stron "proklamuje" wojnę totalną, musi wiedzieć że sama będzie niszczona ( nie z nienawiści, lecz z konieczności !). Admirał (z dystansem) dwukrotnie był świadkiem ogłaszania przez Niemcy wojny totalnej, dwukrotnie też był świadkiem jej (wojny totalnej) takiego samego finału.zwiń

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo