Piękna „Koronacja” i koszmarny sen – recenzja spektaklu Studia Aktorskiego STA

Mateusz Frąckowiak
Na scenie oglądamy historię młodego lekarza, który ma dość swojego dotychczasowego życia. Nie układa mu się z żoną, z którą nie ma o czym rozmawiać, a swoje potrzeby seksualne zaspokaja w domu publicznym, gdzie czuje się szczęśliwy. Zadania nie ułatwia mu trudna relacja z ojcem oraz mieszkającą za granicą siostrą. Od początku jesteśmy pewni, że to wszystko musi się zakończyć katastrofą. Ale czy na pewno?
Na scenie oglądamy historię młodego lekarza, który ma dość swojego dotychczasowego życia. Nie układa mu się z żoną, z którą nie ma o czym rozmawiać, a swoje potrzeby seksualne zaspokaja w domu publicznym, gdzie czuje się szczęśliwy. Zadania nie ułatwia mu trudna relacja z ojcem oraz mieszkającą za granicą siostrą. Od początku jesteśmy pewni, że to wszystko musi się zakończyć katastrofą. Ale czy na pewno? fot. Szymon Kawecki
Oglądając spektakl w reżyserii Andreia Zagorodnikova można odnieść wrażenie, że uczestniczymy w sennym koszmarze, z którego chcielibyśmy się jak najszybciej zbudzić. Po chwili orientujemy się jednak, że to samo życie. A historia, którą oglądamy, mogłaby się przydarzyć każdemu z nas.

Bardzo lubię oglądać przedstawienia dyplomowe, bo można z nich wyłowić prawdziwe perełki aktorskie. Młodzi ludzie wiedzą, że na widowni zasiadają często dyrektorzy teatrów z całej Polski i jeżeli ktoś w szczególny sposób wyróżni się na tle innych, może otrzymać w niedalekiej przyszłości etat. W przypadku poznańskiego Studia Aktorskiego STA jest to przede wszystkim kurs kształcenia teatralnego dla kandydatów do szkół teatralnych. Wielokrotnie miałem okazję przekonać się, że zdolnych ludzi tutaj nie brakuje, czego dowodem jest spektakl „Koronacja”.

Więzień złego snu
Na scenie oglądamy historię młodego lekarza, który ma dość swojego dotychczasowego życia. Nie układa mu się z żoną, z którą nie ma o czym rozmawiać, a swoje potrzeby seksualne zaspokaja w domu publicznym, gdzie czuje się szczęśliwy. Zadania nie ułatwia mu trudna relacja z ojcem oraz mieszkającą za granicą siostrą. Od początku jesteśmy pewni, że to wszystko musi się zakończyć katastrofą. Ale czy na pewno? A może to wszystko dzieje się tylko w głowie głównego bohatera, a my jesteśmy świadkami strasznego snu?

Reżyser nie miał łatwego zadania. Z pozoru ta opowieść może się wydawać błaha i mało odkrywcza. W końcu ile to już razy oglądaliśmy podobne rzeczy w kinie czy teatrze? Jednak tutaj najistotniejsza jest konstrukcja. Poszczególne elementy układanki odkrywamy po kolei, przez co historia z każdą minutą staje się ciekawsza. Działa to również na korzyść poszczególnych postaci, które są niejednoznaczne oraz interesujące z psychologicznego punktu widzenia. Duża w tym zasługa aktorów oraz tego, w jaki sposób poprowadził ich Andrei Zagorodnikov.

Sztuka oddawania bólu
Na szczególne wyróżnienie zasługuje Filip Pietrowicz, odtwórca głównej roli. Od początku widać, że rozumie swojego bohatera i jego motywacje. Pokazuje go w sposób niejednoznaczny, a jego aktorstwo jest świadome i dojrzałe, przez co emocje udzielają się także widzom zgromadzonym na widowni. Bardzo podobała mi się również Joanna Jewuła jako żona. Zagrała niezwykle dojrzale, starała się oddać ból towarzyszący jej bohaterce i zrobiła to w dojmujący sposób. Nawet jak stała na scenie i nic mówiła, przykuwała uwagę. A jest to niezwykła umiejętność, którą nie każdy aktor posiada, nawet ten zawodowy.

Chciałem też wyróżnić Marikę Kornacką. Z jednej strony zagrała jedną z kochanek, a z drugiej dziewczynę, którą główny bohater kochał najbardziej. Planował z nią długie i szczęśliwe życie, a tymczasem tak się nie stało. Niełatwym zadaniem aktorskim było w tym wypadku pokazanie amplitudy emocji, jakie jej towarzyszyły. Koniec końców to się jednak udało, a widz chętnie podążał za nią krok po kroku.

Szalenie efektownie wypadły sceny zbiorowe. Choreografia została przygotowane niezwykle pieczołowicie, z dbałością o każdy szczegół. Jest to istotne, ponieważ oddawała ona nastroje poszczególnych postaci, a także wprowadzała elementy niepokoju i swoistej magii. Właśnie wtedy można było odnieść wrażenie, że to wszystko to tylko wytwór wyobraźni młodego lekarza. Jedyne, co mi się nie podobało w tym spektaklu, to pomysł z alter ego głównego bohatera. Zabieg ten wykorzystywany był już wielokrotnie, ale w tym wypadku okazał się niepotrzebny. Nie wnosił niczego ciekawego do opowiadanej historii, a nieraz nawet wprowadzał niepotrzebny chaos. Również ze względu na fakt, iż postać ta nie została dobrze zagrana.

Gorąco polecam „Koronację” ze Studia Aktorskiego STA. Spośród wszystkich przedstawień, które miałem okazję tutaj obejrzeć, właśnie to okazało się najlepsze. Zostało bardzo dobrze przygotowane, zagrane oraz opowiedziane. Historia nikogo nie pozostawia obojętnym, a otwarte zakończenie pozwala na tak ważną w sztuce swobodę interpretacji.

Sprawdź też:

Będzie nowe święto państwowe?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie