Poznań: Koszmar emerytów z Obronnej. Boją się sąsiadów, policja rozkłada ręce

Adriana Rozwadowska
Zdjęcie ilustracyjne. Emeryci boją się sąsiadów
Zdjęcie ilustracyjne. Emeryci boją się sąsiadów archiwum polskapresse
Żeby ratować ciężko chorego syna sprzedali mieszkanie własnościowe i po okazyjnej cenie wynajęli piętro domu przy ul. Obronnej. Mimo podjęcia kosztownego leczenia mężczyzna zmarł. - Jeden już poszedł do piachu. Teraz wasza kolej - obiecał wtedy małżeństwu nowy sąsiad.

Odwiedzam emerytów w ich mieszkaniu. Przy furtce wita mnie pani Danuta. Idziemy na górę i rozmawiamy. Gdy wychodzę, przed furtką leży podrzucony nóż. Trzeba przyznać, że w tym domu panuje "wyjątkowa" atmosfera...

Dom przy Obronnej ma dwóch właścicieli. Parter należy do rodziny K., piętro - do Andrzeja Piocha, który swoją część wynajął małżeństwu emerytów - Danucie i Gabrielowi. Uprzedził, że niezwykle niska cena najmu jest spowodowana "specyficznym" sąsiedztwem.

- O tym, co przeszedłem z rodziną z dołu, mógłbym napisać książkę. Sąsiad strzelał z karabinku pneumatycznego, biegał z siekierą, groził śmiercią, spalił rynny. W ten sposób pozbył się z mojego mieszkania już sześciu wynajmujących je rodzin - relacjonuje Andrzej Pioch, właściciel połowy budynku.

Emeryci nie mieli jednak innego wyjścia. Ich syn był ciężko chory. Liczyła się każda złotówka na jego leczenie. Postanowili zaryzykować. Długo czekać nie musieli - sąsiedzi z dołu od razu przeszli do rzeczy.

- Zalewali nam mieszkanie. Chodzili z wiadrami wody na strych i wylewali tam wodę. Sąsiad wymachiwał nożem i siekierą, groził śmiercią. Szczuł nas psem, ale akurat w tej sprawie skutecznie zainterweniowała policja. Zwierzę zostało uśpione po tym jak pogryzło wnuka - wylicza pan Gabriel.

Jednak to nie zalewanie mieszkania, wyzwiska, czy też odcięcie drogi do mieszkania (sąsiedzi zamontowali na prowadzącej na piętro klatce schodowej furtkę, której sforsowanie nie jest proste dla emerytów, a także odcina jedną drogę ewakuacyjną) najbardziej bolą małżeństwo, ale słowa o niedawno zmarłym synu.

- Na dzień przed śmiercią syna sąsiad śpiewał nam pod oknami "Salve regina". W dniu jego śmierci powiedział, że to nasza wina, że to my go zabiliśmy. Tańczył pod oknami i głośno się cieszył, mówił, że jeden już poszedł do piachu, a teraz kolej na nas. Czy jakikolwiek człowiek byłby w stanie to znieść? - opowiada ze łzami w oczach pani Danuta.

Jak twierdzi policja, w domu przy Obronnej doszło do dwudziestu siedmiu interwencji funkcjonariuszy. Emeryci twierdzą jednak, że policję wzywali już niemalże pięćdziesiąt razy. I to właśnie do mundurowych mają największy żal.

- Przyjeżdżają, spisują protokół i odjeżdżają, a sąsiad robi swoje. Jeden z policjantów powiedział mi w przypływie szczerości, że w tej sprawie nikt nam nie zdoła pomóc, że musimy się wyprowadzić. Ale nas nie stać na inne mieszkanie. Wszystkie pieniądze wydaliśmy na leczenie syna. Nie mamy też nikogo bliskiego, u kogo moglibyśmy tymczasowo zamieszkać - mówi pan Gabriel. I po chwili dodaje: - Właściwie to z jakiej racji to my mamy się wyprowadzać? Czy to nie byłaby porażka i nasza i policji?

- Funkcjonariusze mogą opierać się wyłącznie na przepisach prawa. W tego rodzaju złożonych konfliktach między sąsiadami nie mogą być stronniczy i oceniać kto ma rację. Od takiej oceny są sądy - wyjaśnia Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji.

Mecenas Wojciech Wiza jest jednak innego zdania. Według niego policja ma szersze możliwości reagowania niż tylko na pojedyncze zachowania sąsiada, które traktowane są co najwyżej jako drobne wykroczenia.

- Analiza sytuacji prowadzi do wniosku, że mamy do czynienia z przestępstwem stalkingu, wprowadzonego do polskiego kodeksu karnego niemal równo dwa lata temu - tłumaczy Wojciech Wiza. - Koszmar małżeństwa nie musiałby nawet trwać aż do zakończenia sprawy i wyroku, bowiem już w trakcie prowadzonego przez policję lub prokuraturę postępowania może być zastosowany środek zapobiegawczy w postaci dozoru policji połączonego z zakazem kontaktowania się z pokrzywdzonymi.

Małżeństwo jest na skraju załamania psychicznego. Emeryci boją się wychodzić z domu, pani Danuta bierze silne leki uspokajające.

- Jeśli policja nie przyłoży się do tej sprawy z większym zaangażowaniem, w tym domu pewnego dnia dojdzie do tragedii - mówi Andrzej Pioch. - I nie mówię nawet o tym, że ktoś komuś coś zrobi. To małżeństwo to starsi ludzie, którzy dopiero co stracili syna, któreś z nich może nie wytrzymać napięcia.

Wideo

Dodaj ogłoszenie