Pułkownik Rafał Miernik odchodzi z Poznania - opuszcza terytorialsów na rzecz 19. Lubelskiej Brygady Zmechanizowanej

Grzegorz Okoński
Grzegorz Okoński
Pożegnanie pułkownika Rafała Miernika, występującego już w barwach swojej nowej jednostki
Pożegnanie pułkownika Rafała Miernika, występującego już w barwach swojej nowej jednostki Robert Woźniak
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
Pułkownik Rafał Miernik, dowódca 12 Wielkopolskiej Brygady Obrony Terytorialnej opuszcza Poznań – został przeniesiony na stanowisko dowódcy 19. Lubelskiej Brygady Zmechanizowanej. W piątek 15. października odbyło się jego pożegnanie w Muzeum Broni Pancernej w Poznaniu.

Pułkownik Miernik dowodził wielkopolską Brygadą od początku jej powstania, czyli od 2018 roku. To oficer konkretny, z dużym bojowym doświadczeniem, i co najważniejsze – lubiany przez żołnierzy. Specyfikę misji wojskowych zna doskonale, bowiem sam brał udział w działaniach w Iraku w Afganistanie. Dowodził zgrupowaniem bojowym Alfa i bazą w Ghazni. W szeregach 12 Wielkopolskiej Brygady Obrony Terytorialnej również służą żołnierze, którzy uczestniczyli w misjach poza granicami kraju.
W pożegnaniu pułkownika Miernika wzięli udział liczni oficerowie, w tym generał Wiesław Kukuła, dowódca Wojsk Obrony Terytorialnej i stuletni generał Jan Podhorski "Zygzak", bardzo lubiany w Poznaniu.

- Wypełniamy zadania odbiegające od tego, co pokazują filmy wojenne czy to w Iraku, czy w Afganistanie – opowiadał nam w grudniu 2019 roku pułkownik Miernik. - Współpracujemy z miejscową starszyzną, budujemy studnie, stawiamy lampy solarne, budujemy drogi i szkoły, zapewniamy bezpieczeństwo wioskom i pracownikom lokalnych administracji. To zadania w ramach programów pomocowych - rekonstrukcji życia wiosek, na których terenie działamy. To nie jest tak, że nie odrywamy broni od ramienia, za to chętniej przybijamy piątkę z darzącymi nas sympatią dzieciakami i cieszymy się z normalności wracającej do ich miejscowości. Z drugiej strony, w czasie tych pokojowych zadań, jesteśmy narażeni na niebezpieczeństwo – niespodziewany ostrzał patrolu przez ukrytych zamachowców, wybuch miny pułapki, ostrzał granatami moździerzowymi bazy. Właściwie to nawet liczymy dni spokojne – takie dni bez ataków.

Pułkownik wspominał także, jak w nocy w Afganistanie Polacy zatrzymali samochód, którym jechało dwóch nauczycieli. Mieli w samochodzie skrzynkę w wojskowych barwach, z napisami wskazującymi na amerykański sprzęt wojskowy. Jak się okazało, był to sprzęt do naprawy poszycia samolotów. Mówili, że pracują w amerykańskiej bazie. Okazało się jednak, że owszem, pracowali, ale mówiąc delikatnie – nie rozliczyli się z przepustek, zabrali sprzęt i zniknęli. Mieli za to dokumenty, które mogły zostać użyte przez terrorystów do spreparowania kolejnych przepustek, umożliwiających przedostanie się do bazy.

W innym przypadku Polacy odkryli potężny skład amunicji. Choć zaczęło się przypadkowo. Jeden z amerykańskich dronów miał awarię i spadł w pobliżu polskiej bazy. Główną rolę odegrało profesjonalne wyszkolenie żołnierzy.

- Wysłałem pluton, w celu podjęcia – opowiadał pułkownik Rafał Miernik. - Żołnierze przechodzili przez teren prywatnej posesji i zobaczyli, że z kontenera wystaje broń, a parę metrów dalej leży granat moździerzowy. Trzeba było od razu zareagować. Okazało się, że to był teren firmy ochroniarskiej, która nie miała koncesji na taką broń. Zatrzymaliśmy do sprawdzenia ponad 100 osób, a znalezione zapasy amunicji i broni okazały się być największym przejęciem w Afganistanie. Gdybyśmy ich nie wykryli, mogłyby być wykorzystane w akcjach terrorystycznych, bo osoby związane z tą firmą były odpowiedzialne za zamachy bombowe dwie prowincje wyżej!

Pułkownik Miernik pojechał po raz pierwszy na misję do Iraku w 2005 roku. Był dowódcą kompanii, brał udział w patrolach i konwojach. Później, w Afganistanie dowodził zgrupowaniem Alfa i bazą w Ghazni a zakres jego odpowiedzialności zwiększył się zdecydowanie. I w Iraku i w Afganistanie był pod ostrzałem. Mimo ciągłej obecności innych żołnierzy, możliwości wezwania wsparcia artylerii, czy lotnictwa, był narażony na śmierć. Na misje wyruszał dobrowolnie – jak mówi, nie widział innej możliwości, by nie towarzyszyć swoim podwładnym, którzy przygotowywali się do wyjazdu. Także przed zasadniczym zadaniem, korzystał z możliwości wyjazdu na rekonesans dowódcy, by poznać teren, którym będzie dowodził. Mówić jest łatwo, realizować – znacznie trudniej. Gdy pułkownik miał jechać do Iraku, nie chciał martwić żony – powiedział jej, że jedzie na szkolenie z Amerykanami do Kuwejtu. W czasie pierwszej misji jego pierwszy syn miał roczek, w czasie drugiej – rodził się drugi. W tym czasie zmarł też jego ukochany dziadek – nie było możliwości, by się pożegnać. On w tym czasie przecież służył Polsce – ale bardzo daleko od domu.

- To bardzo stresująca sytuacja dla obu stron, zwłaszcza gdy ma się świadomość, że zadanie nie jest spokojnym spacerkiem po pustyni, ale służbą w warunkach wojennych. Do tego, do kraju trafiają wiadomości o poległych żołnierzach. Każdego dnia najbliżsi pilnie śledzą dzienniki telewizyjne drżąc o moje życie. Ale to jest moje zadanie, moja powinność wobec ludzi, którzy mi zaufali jako dowódcy. Czy się bałem? Bałem się, to normalne dla natury ludzkiej – ktoś kto się nie boi, kto nie przejawia żadnych emocji, żadnych ludzkich trosk, może być zagrożeniem dla pododdziału. Bałem się przede wszystkim tego, że podejmując pewne decyzje, mogę mieć wpływ na to, że będą mieć tragiczny skutek, czego nie da się ani przewidzieć, ani uniknąć.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie