18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Recenzja: "Wszystkie odloty Cheyenne'a"

Jacek Sobczyński
Sean Penn jako Cheyenne
Sean Penn jako Cheyenne ITI Cinema
Udostępnij:
Sean Penn jako podstarzała gwiazda rocka a la Robert Smith z The Cure? Tak, to jeden z powodów, dla których trzeba zobaczyć "Wszystkie odloty Cheyenne'a". Ale absolutnie nie najważniejszy.

Przyznaję, że nawet po premierze głośnego "Boskiego" nie doceniałem talentu reżysera Paolo Sorrentino. Włoch wydawał mi się rozmiłowanym w wizualnym efekciarstwie krzykaczem, przedkładającym widowiskową formę nad sprawnie opowiedzianą historię. Ale tylko krowa nie zmienia poglądów, więc i ja od obejrzenia jego premierowych "Wszystkich odlotów Cheyenne’a" chylę przed nim głowę. Uwierzcie, ten film to naprawdę niezły odlot.

CZYTAJ TEŻ:

HANS KLOSS: STAWKA WIĘKSZA NIŻ ŚMIERĆ

Tytułowy Cheyenne (jak zawsze zaskakujący Sean Penn) to podstarzały rockman, mimo wielu dekad na karku wciąż nie rezygnujący ze skórzanych ciuchów i grubej warstwy makijażu. Żyje sobie na przedmieściach Dublina wraz ze swoją żoną, gdy nagle dostaje telefon - w Stanach zmarł jego dawno niewidziany ojciec. Cheyenne rusza za ocean, gdzie dowiaduje się o tym, że papa ostatnie kilkadziesiąt lat życia poświęcił na szukaniu swojego oprawcy z Auschwitz, Aloise’a Langa. Był już naprawdę bliski ujęcia starszego już mężczyzny, ale zaawansowany wiek na dobre przykuł go do łóżka. Teraz Cheyenne ma kontynuować jego drogą i złapać nazistowskiego zbrodniarza. "No dobrze, a kiedy już go złapiesz, co z nim zrobisz?" - pyta rockmana przypadkowo napotkany mężczyzna. Odpowiedzią jest tylko niepewne milczenie.

Bo Cheyenne to postać wypalona, zawieszona pomiędzy dawnym, wspaniałym światem (z którego wypisał się na własne życzenie) a teraźniejszością. Kiedyś był celebrytą, dziś jest dziwadłem, a na jego widok przechodnie wybuchają śmiechem. Jego amerykańska odyseja jest podróżą po mapie zagubionych miasteczek, domach ludzi nie czekających na lepsze jutro - bo i po co? Ale na kontrze do gorzkiej nostalgii umieszcza Sorrentino szereg scen absurdalnych, jakby w duchu Monty Pythona. Jego Cheyenne to w gruncie rzeczy postać komediowa - bon moty, którymi sypie jak z rękawa nadają się do wielokrotnego powtarzania. I choćby dla tego doskonałego miksu konwencji trzeba iść na ten film. Koniecznie z chusteczkami - mogą pojawić się łzy, zarówno wzruszenia, jak i śmiechu.

Chcesz skontaktować się z autorem informacji? [email protected]

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Głos Wielkopolski
Dodaj ogłoszenie