Rozstrzelani Kanonierzy, Man U w wielkim finale

Hubert ZdankiewiczZaktualizowano 
REUTERS
"Straszne dzieciaki" Arsene'a Wengera tym razem nie dały rady. Arsenal przegrał na Emirates Stadium w Londynie 1:3 z Manchesterem United i to Czerwone Diabły zagrają w finale Ligi Mistrzów.

- Dla nas nie ma rzeczy niemożliwych - zapowiadał przed meczem menedżer Arsenalu. Okazało się, że istotnie nie ma, ale dla Aleksa Fergusona. Kanonierzy nie przegrali w Lidze Mistrzów na własnym stadionie od pięciu lat. W obecnej edycji tych rozgrywek nie stracili tu nawet bramki. Do wczoraj.

- Lubię robić rzeczy, których nikt przede mną nie zrobił - powiedział z kolei menedżer Manchesteru. Jakby przeczuwał, co się wydarzy.

Początek meczu tego nie zapowiadał. Wprost przeciwnie. Niesieni ogłuszającym dopingiem kibiców gospodarze zaatakowali z furią od pierwszego gwizdka sędziego i wydało się, że bez trudu odrobią jednobramkową stratę z pierwszego meczu (na Old Trafford Manchester wygrał 1:0). Tak było do siódmej minuty.

Później jednak nastąpiły trzy kolejne, które wstrząsnęły Emirates Stadium. W roli głównej wystąpił Cristiano Ronaldo, który był wczoraj nie do zatrzymania dla niedoświadczonych obrońców Arsenalu. Inna sprawa, że ci spisywali się wyjątkowo nieporadnie. Zwłaszcza zastępujący kontuzjowanego Gaela Clichy'ego Kieran Gibbs.

19-letni Anglik był współautorem pierwszej bramki dla Manchesteru. Z lewej strony dośrodkował właśnie Ronaldo, a próbujący interweniować Gibbs pośliznął się i przewrócił, zostawiając Park Ji-Sunga sam na sam z Manuelem Almunią. Koreańczyk skwapliwie skorzystał z tego prezentu.

Chwilę później było po meczu. Rzut wolny. Potężne uderzenie nad murem Ronaldo i błąd bramkarza gospodarzy. Almunia sprawiał wrażenie, jakby nie spodziewał się strzału w ten róg. Tak jakby nie wiedział, w jaki sposób Portugalczyk wykonuje zazwyczaj stałe fragmenty gry i jak często trafia w takich sytuacjach do siatki. W tym momencie Arsenal potrzebował do awansu czterech bramek.
Udało mu się zdobyć jedną. Na pocieszenie, bo w międzyczasie kolejnego gola zdobył Ronaldo. To, że nie strzelił ich jeszcze więcej, było zasługą Almunii, który kilkoma interwencjami zrehabilitował się za swój błąd z 11. minuty. W 61. nie miał jednak nic do powiedzenia, po kontrataku Czerwonych Diabłów i podaniu Wayne'a Rooneya.

Podobniej jak kwadrans później Edwin van der Saar, po rzucie karnym Robina van Persiego. Manchester stracił nie tylko gola, również ukaranego czerwoną kartką Darrena Fletchera. Anglik powalił w polu karnym Cesca Fabregasa. W efekcie zafundował londyńskim kibicom trochę emocji w końcówce, bo grający w przewadze Kanonierzy do końca dążyli do zdobycia kolejnej bramki. Bezskutecznie.

Dla Fergusona faktycznie nie ma rzeczy niemożliwych - można by napisać po raz kolejny. Kolejną może być drugie z rzędu zwycięstwo w Lidze Mistrzów. W jej 16-letniej historii nikomu jeszcze nie udało się obronić tytułu. Najbliżej były AC Milan i Juventus Turyn. Oba włoskie kluby po zwycięstwach (w 1994 i 1996 r.) dochodziły w kolejnych edycjach aż do finału. Tak jak teraz Manchester, który wcale nie jest bez szans 27 maja na Stadionie Olimpijskim w Rzymie. Bez względu na to, czy zmierzy się tam z miażdżącą kolejnych rywali jak walec Barceloną, czy z dowodzoną przez cudotwórcę Guusa Hiddinka Chelsea Londyn.

Narzekać nie powinni w sumie również sympatycy Arsenalu. W drodze do półfinału Kanonierzy nie trafili co prawda na rywala klasy Chelsea, Liverpoolu, Barcelony czy nawet... Realu Madryt (to nie żart, Królewscy są obecnie zespołem z ciut niższej półki niż wcześniej wymienione). Mieli też sporo szczęścia. Z Romą w 1/8 finału wygrali dopiero po rzutach karnych. Villarereal musiał radzić sobie z nimi w ćwierćfinale bez swoich dwóch największych gwiazd: Santiego Cazorli i Marcosa Senny (ten drugi wystąpił tylko w pierwszym meczu).

To wszystko prawda. Nie zmienia to jednak faktu, że piłkarze Wengera i tak osiągnęli w tegorocznej Lidze Mistrzów więcej, niż ktokolwiek oczekiwał.

Ciekawe, co osiągną w przyszłym sezonie, gdy wyleczą się Clichy i William Gallas. Może również Eduardo i Tomáš Rosický. Będzie można skorzystać z fantastycznie spisującego się w Premier League Andrieja Arszawina (Rosjanin nie mógł być zgłoszony do LM, bo jesienią grał w niej w Zenicie St. Petersburg). A jeśli jeszcze uda się zatrzymać na Emirates Stadium Cesca Fabregasa i Emmanuela Adebayora... Choć w przypadku tego drugiego to może być prawdziwa mission impossible.

Z wysokości ławki rezerwowych obejrzeli to spotkanie dwaj polscy bramkarze: Łukasz Fabiański (Arsenal) i Tomasz Kuszczak (Manchester).

polecane: Wyniki wyborów parlamentarnych 2019

Wideo

Materiał oryginalny: Rozstrzelani Kanonierzy, Man U w wielkim finale - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3