Saga o polskich pilotach: Najlepsi podniebni wojownicy. Jan Zumbach i spółka

Leszek Waligóra
Spitfire w krakowskim muzeum - m. i. w takich maszynach Polacy walczyli pod niebem Anglii z Niemcami
Spitfire w krakowskim muzeum - m. i. w takich maszynach Polacy walczyli pod niebem Anglii z Niemcami ADAM WOJNAR/ POLSKAPRESSE
Nigdy w dziejach wojen tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym - te słynne słowa rzeczywiście padły z ust Winstona Churchilla, ale, niestety, nie pod adresem Polaków - losy naszych lotników, nie tylko z Dywizjonu 303, przypomina Leszek Waligóra. Mijają 82 lata od momentu, gdy pierwszy polski pilot strącił niemiecki samolot w Bitwie o Anglię.

Zrobiła się straszna siekanina. Rąbanie na całego, prucie całej wyprawy. Masakra, jakich mało było w dziejach walk powietrznych. Pierwszy dopadł klucz Paszkiewicza - do ostatnich bombowców. Klucz Urbanowicza wżarł się w prawy bok nieprzyjaciela. Klucz Henneberga wżarł się w jego lewy bok. Klucz kapitana Forbesa uderzył w przednie szyki. Wzięli wroga ze wszystkich stron. Dwanaście wściekłych szerszeni o zabójczym żądle. Dwanaście ogarów szarpiących cielsko odyńca.
Rozszarpali cielsko"
- "Dywizjon 303" Arkady Fiedler

Miłość żąda ofiary
Jest rok 1919. W małej paryskiej kawiarence Merian Cooper rozmawia z amerykańskimi pilotami. To często młode chłopaki, trochę szaleńcy, bo szaleństwem było wyruszać zza oceanu do Europy po to, by latać na samolotach, które bardziej wtedy przypominały pudełka z dykty, sklejki i płótna naciągnięte na silnik, niż maszyny bojowe. I wojna światowa właśnie się skończyła, piloci nie mieli co robić. Ale Cooper miał. Zaciągał właśnie amerykańskich ochotników do polskiego lotnictwa na wojnę z bolszewikami.

Zebrało się ich 17. Siedemnastu szalonych Amerykanów, którzy przybyli do Polski, aby walczyć w nie swojej wojnie z wrogiem, którego nie znali. Wszyscy na burtach swoich samolotów mieli wymalowaną krakowską rogatywkę i dwie skrzyżowane kosy. Symbol bohatera, który ponad wiek wcześniej też walczył w nie swojej wojnie. I stał się bohaterem dwóch narodów: polskiego i amerykańskiego. Ten symbol i ta nazwa w 1919 roku dały początek następnej legendzie, która odżyła pod niebem jeszcze innego narodu 21 lat później.

17 Amerykanów wymalowało na samolotach ich eskadry coś, co nieodmiennie kojarzyło im się z Tadeuszem Kościuszką. Nazywano więc ich Eskadrą Kościuszkowską. 21 lat później takie samo godło zdobiło burty hurricanów Dywizjonu Kościuszkowskiego. Szerzej znanego jako Dywizjon 303.
I tak jak Amerykanie spłacali dług, który - jak sądzili - ich naród miał wobec Polaków - tak 21 lat później inny naród zaciągał dług u Polaków. Czy go spłacił? Słynne słowa o tak wielu, którzy zawdzięczali tak wiele tak nielicznym rzeczywiście padły, ale niestety nie pod adresem Polaków.

Winston Churchill wygłosił je na 10 dni przed tym, nim Dywizjon 303 wszedł do walki. A mimo że później pilotom obiecano, że alianci "nie porzucą świętej sprawy", dopóki "ukochana ojczyzna nie zostanie zwrócona wiernym synom", już kilka lat później obietnice prysły. Pilotom tego dywizjonu nie było nawet dane uczestniczyć w paradzie zwycięzców w maju 1945 roku, bo drażniłoby to Stalina...

Bez szans
We wrześniu 1939 w Eskadrze im. T. Kościuszki nie było ani jednego Amerykanina. A mimo to co roku jej piloci lecieli do Lwowa, aby 30 maja - to obchodzony w Stanach Zjednoczonych Dzień Pamięci - na grobach swych amerykańskich założycieli złożyć wiązanki kwiatów. Ta romantyczna pamięć to był jeden ze znaków rozpoznawczych polskiego lotnictwa - dumy i chluby kraju, który odzyskał wolność 20 lat wcześniej.

Rzeczywistość była o wiele gorsza. Polskie lotnictwo było w porównaniu do niemieckiego - prehistoryczne. Honor przestarzałych bombowców ratował słynny "Łoś" - jedyny polski samolot, który przynajmniej mógł się ścigać z konkurencją. Ale myśliwcy latali na P-11 i jeszcze starszych P-7. Te pierwsze uznawano za najlepsze samoloty świata, ale było to ponad pięć lat przed wybuchem wojny, kiedy tak zwane "polskie skrzydło" było lotniczą rewolucją.

Jednak w tamtych czasach rewolucyjne konstrukcje lotnicze powstawały zaś niemal co miesiąc. W Polsce na deskach konstrukcyjnych powstawały zaś niesamowite myśliwce, które może nawet pozwoliłyby wygrać wojnę, gdyby powstały. Tymczasem... nie powstał nawet jeden, a zamówione w Wielkiej Brytanii silniki - nigdy nie dotarły do celu.

Te polskie myśliwce, które latały, były tak słabe, że nie mogły nawet dogonić niemieckich bombowców, nie mówiąc o jeszcze szybszych myśliwcach. Polacy więc nauczyli się, żeby atakować zawsze z przodu i z góry. By wróg nie zdążył uciec.

Polacy też nauczyli się wtedy - i oduczyli - jeszcze jednej rzeczy... Wojna w powietrznych pojedynkach jawiła im się wcześniej jak rycerska walka szlachetnych władców przestworzy. Na początku więc polscy piloci, jeśli zestrzelili samolot, po rycersku pomagali. Po latach Stanisław Skalski wspominał, jak wylądował obok zestrzelonego przez siebie bombowca i pomógł poparzonemu pilotowi. Wzruszony Niemiec.. pocałował go w rękę. "Na krótki moment nasz wzrok się skrzyżował. Moje oczy nie wyrażały chyba nic prócz zdziwienia, w jego widziałem wyraźną wdzięczność" - pisał we wspomnieniach.

Podobnie zapamiętali początek wojny jego przyjaciele. A później... Niemcy zaczęli ostrzeliwać uciekających cywilów i złamali pierwszy lotniczy zwyczaj: że pilot skaczący na spadochronie jest nietykalny. Polacy z całą zajadłością odpłacili tym samym. Jeszcze w trakcie Bitwy o Anglię ich brytyjscy koledzy byli oburzeni tym, że Polacy dla Niemców nie mają litości. A nie mieli jej nawet okrucha.
Jeden na 66
Przegrany wrzesień 1939 roku Polacy kończyli z ponad 100 zestrzelonymi niemieckimi samolotami. Wynik nieprawdopodobny, ale już wtedy dało o sobie znać coś, o czym - podkpiwający sobie z Polaków Anglicy - przekonali się rok później. W Polsce lotnikami zostawali prawdziwi artyści. Ludzie o koordynacji ruchów linoskoczków, kondycji maratończyków i wzroku snajperów. Jeszcze wiele lat później Amerykanie, którym przyszło latać z Polakami, wspominali, że ulubionym ćwiczeniem naszych pilotów było liczenie much na ścianach. O zmierzchu.

Skąd takie niezwykłe predyspozycje? Wyobraźcie sobie, że w międzywojennej Polsce lotnisko wykwitało obok lotniska. Że dzieci marzyły wręcz o tym, aby przyleciał samolot. Że wychowywały się w kulcie Żwirki i Wigury - dwóch lotników, którzy rozsławili Polskę w świecie. I nie tylko ich. I że, aby dostać się do lotnictwa, trzeba było skończyć jedną, elitarną szkołę: dęblińską szkołę orląt. Lub kilka innych, wśród nich równie elitarną dla mechaników w Warszawie.

A selekcja była ostra, jak nigdzie. O 90 miejsc w Dęblinie starało się 6 tysięcy chłopców. Badano przede wszystkim zdrowie. Przyszły pilot musiał mieć sokoli wzrok, koordynację ruchów małpy i wytrzymałość konia pociągowego. - Wystarczyło mieć pryszcza na nosie, by zostać odrzuconym - wspominał po latach jeden z absolwentów.

Ale za to Dęblin był szkołą dla wszystkich. Podczas gdy w większości krajów lotnictwo było domeną potomków arystokratycznych rodów, w Polsce pilotami zostawali synowie chłopów, robotników, inteligencji.

Od strzech do wyczynów
Ale kiedy już się tam dostali... Byli elitą. Elitą szaloną, nieodpowiedzialną, zdolną do każdego wygłupu. Ale i do robienia z samolotami tego, co zdawało się zaprzeczać prawom fizyki. Plagą wśród pilotów było pijaństwo. Większość uczniów kończących szkoły lotnicze nawet nie dostawało dyplomu - przynajmniej tak było do 1926 roku, kiedy polskie lotnictwo przeszło prawdziwą rewolucję (z trzech szkół oficerskich stworzono jedną, pozostałe były dla podoficerów, wtedy też piloci dorobili się stalowych mundurów).

Ich dowódcy na szczęście byli świadomi skarbu, jaki posiadają. Gdy wrześniowej Polsce nieuchronnie zajrzało w oczy widmo klęski, polskich pilotów - w większości pozbawionych już maszyn - wysłano za granicę. I tak późniejszy dowódca Dywizjonu 303, Witold Urbanowicz, z grupą blisko 50 podchorążych z Dęblina przedarł się do Rumunii (graniczyła wówczas z Polską). Ale nie byłby sobą, gdyby natychmiast nie wrócił, aby walczyć za kraj. Dostał się do sowieckiej niewoli, jeszcze tego samego dnia uciekł (być może unikając katyńskiego lasu) i swoich podchorążych dogonił.

Cudów dokonywał Jan Zumbach. Ten uciekł do Rumunii samolotem, choć ze złamaną nogą. Gdy Rumuni internowali go na pierwszym lotnisku, które wybrał do lądowania, potulnie się zgodził, ale zaoferował, że odprowadzi samolot do hangaru. Wsiadł i... tyle go Rumuni widzieli.

Tak jak oni uciekało z Polski wielu. W neutralnej Rumunii nie czekano jednak na nich z otwartymi ramionami, bo i tu już sięgały niemieckie macki. Trzeba było uciekać dalej. Pilotom, uzbrojonym już w fałszywe dokumenty, kazano pozbywać się wszystkiego. Ale niektórzy - jak to piloci - byli uparci. "Jeden za nic nie chciał się rozstać z drewnianym śmigłem, które odkręcił od swojego samolotu. Taszczył ten nieporęczny kawał drewna z Polski do Rumunii, stamtąd do Francji, a wreszcie do Anglii" - wspominają autorzy bestsellerowej "Sprawy honoru". Śmigło stało się eksponatem Instytutu Polskiego i Muzeum im. Gen. Sikorskiego.

Stawali na głowie, zwodzili depczących im po piętach agentów gestapo. I docierali do Francji. A tam? Sielanka... Francuzi uważali Polaków za wieśniaków, nie dawali im latać, a kiedy w końcu dali - zostawili z marnym sprzętem. Kiedy zaś doszło do wojny... Francuzi okazali męstwo inaczej. "Dla nich Niemiec w powietrzu to coś, przed czym zamyka się oczy, aby go, broń Boże, długo nie widzieć" - wspominał polski pilot.

A później... później była Anglia. Później były wyczyny Zumbacha, Fericia i Łokuciewskiego, trzech muszkieterów - jak ich nazywano. Później był pamiętny 15 września, po którym dyrektor BBC przesłał do Dywizjonu 303 depeszę: "Wy używacie powietrza dla waszych wspaniałych czynów, my dla głoszenia o nich światu. Niech żyje Polska!". To o nich pod koniec wojny amerykański pilot mówił: "To najlepsi podniebni wojownicy, jakich znam".

To Dywizjon 303 dosłużył się miana najskuteczniejszego w Bitwie o Anglię, kończąc ją z największą liczbą zatwierdzonych zestrzeleń, które nawet po powojennej weryfikacji stawiały go wśród najlepszych. Ich śladem szli ci z Dywizjonu 302, poznańskiego.

Obok nich w tej samej bitwie walczyło ponad 80 polskich pilotów latających w brytyjskich dywizjonach. A w sumie w czasie wojny w siłach powietrznych RAF-u służyło 17 tysięcy polskich żołnierzy. Ci najsławniejsi jednak - później dowódcy innych dywizjonów, w tym kolejnej legendy: Cyrku Skalskiego, wyrośli z Dywizjonu 303, tego, co rogatywkę i dwie skrzyżowane kosy miał w godle.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

iPolitycznie - Ireneusz Zyska - skrót

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

k
koala
"Francuzi uważali Polaków za wieśniaków, nie dawali im latać, a kiedy w końcu dali - zostawili z marnym sprzętem. Kiedy zaś doszło do wojny... Francuzi okazali męstwo inaczej. "Dla nich Niemiec w powietrzu to coś, przed czym zamyka się oczy, aby go, broń Boże, długo nie widzieć" - wspominał polski pilot."

Wyjątkowo niesprawiedliwy wpis dotyczący francuskich lotników, i ich stosunku do Polaków.
Radzę trochę zgłębić temat a nie powielać nieprawdziwe stereotypy.
Jako pierwsza lektura obowiązkowa wspomnienia kpt. pil. Stefana Łaszkiewicza, tytuł proszę sobie znaleźć w necie.
Wróć na gloswielkopolski.pl Głos Wielkopolski
Dodaj ogłoszenie