Skubas: muzyka ma rozwijać duchowo [ROZMOWA]

Cyprian Łakomy
Cyprian Łakomy
Skubas
Skubas Anna Tomczyńska
Przez długi czas kojarzony był głównie z artystami, z którymi śpiewał - Noviką i Smolikiem. Rok temu Radek "Skubas" Skubaja dał jednak własny, w pełni samodzielny głos, wydając album "Wilczełyko". Folkowo-grunge'owy materiał przypadł do gustu zwłaszcza miłośnikom akustycznej melancholii. Przed poznańskim koncertem rozmawialiśmy ze Skubasem przede wszystkim o zmianach, jakie zaszły w jego życiu - artystycznym i prywatnym - w ostatnim czasie.

Co sprawiło, że po latach śpiewania u Noviki i Smolika, postanowiłeś chwycić gitarę i nagrać płytę folkowo-rockową?

Skubas: Od brzmień gitarowych zaczęła się moja przygoda z muzyką w ogóle. Będąc jeszcze nastolatkiem, słuchałem rocka, heavy metalu oraz kapel crossoverowych, łączących ostre granie z elementami rapu. To dzięki zespołom takim jak Rage Against The Machine i Biohazard odkryłem hip hop. Kiedy poczułem, że ostra muzyka zjada swój ogon, moje zainteresowania powędrowały właśnie w stronę hip hopu, a później - drum'n'bassu.

Dziś, po latach, historia zatoczyła koło, bo do muzyki gitarowej wróciłeś.
Skubas: W pewnym momencie granie muzyki klubowej przestało sprawiać mi satysfakcję. W moim domu od jakiegoś czasu stała gitara i to na niej ogrywałem większość pomysłów, które rodziły się w mojej głowie przez ostatnie trzy lata. W odróżnieniu od wielu moich kolegów muzyków, nigdy nie miałem własnego zespołu, z którym mógłbym zagrać takie piosenki. Pierwsze pieniądze zacząłem zarabiać na występach z DJ-ami, jednak bardzo chciałem spróbować sił w innych brzmieniach.

Pierwsze pieniądze zarobione na muzyce? Niewielu znajduje się w tak luksusowej sytuacji.

Skubas: Bez przesady. Nie mówimy tu wcale o dużych kwotach. Jak wielu, wyjeżdżałem też do pracy w czasie wakacji. Jestem jednak dumny z tego, że od prawie dekady mogę utrzymać się z muzyki. Nie mam wprawdzie własnego mieszkania, ani samochodu jak moi rówieśnicy pracujący w korporacjach i kancelariach, ale po cichu liczę na to, że moje starania zaprocentują w przyszłości i będę się kiedyś z nich śmiał.

Tobie też groziła kariera w kancelarii albo korporacji?

Skubas: Skończyłem politologię, specjalizację dziennikarską. Chciałem pisać o muzyce i nie wykluczam tego w przyszłości. Cieszę się jednak, że nie jestem sfrustrowanym artystą, a głos i słuch muzyczny pozwalają mi robić to, co lubię najbardziej. Muzyka ma przede wszystkim rozwijać słuchacza duchowo, czemu dziennikarze często starają się zadać kłam.

Twoja pierwsza solowa płyta „Wilczełyko” jest już na rynku od ponad roku. Trudniej jest być sterem, żeglarzem i okrętem jednocześnie?
Skubas: Przez ten rok zmieniło się w moim życiu bardzo dużo. Czuję większą odpowiedzialność, ale jestem też bardziej niż kiedykolwiek zaangażowany. Po raz pierwszy ponoszę pełną odpowiedzialność za muzykę i teksty, które śpiewam.

Od starych znajomych nie odciąłeś się jednak całkowicie. Na płycie zagrał Andrzej Smolik...

Skubas: I zagra też na następnej. Andrzej stworzył ze mną trzy utwory, m. in. Singlowego „Linoskoczka”. Ma nieskończoną gamę instrumentów oraz pomysłów na to, w jaki sposób można je w mojej muzyce wykorzystać. Dałem mu podczas nagrań wolną rękę, bo mam do niego pełne zaufanie.
Uratował też ten materiał brzmieniowo, robiąc miks i mastering całości. Cieszę się, że nasza współpraca miała przede wszystkim koleżeński, a niekoniecznie zimny, profesjonalny przebieg.

Większość ścieżek powstała u Ciebie w domu. Czy dzięki temu więcej jest na „Wilczymłyku” Skubasa niż gdybyś nagrywał ten album w jakimkolwiek innym studio?

Skubas: Dom daje duży komfort pracy. Oczywiście chciałbym móc przesiedzieć w studio cały miesiąc i nagrywać na najwyższej klasy sprzęcie. Takiej możliwości przy „Wilczymłyku” nie miałem i nie mam nadal. Podczas nagrywania najbardziej liczy się dla mnie uchwycenie pewnych emocji. Profesjonalista potrafi dać z siebie wszystko w jakimkolwiek miejscu, ale u mnie nie działa to w ten sposób. Inaczej jest podczas koncertów, kiedy mam przed sobą ludzi. Staram się wtedy jak tylko potrafię, choć oczywiście wychodzi różnie.

W piosence „Rain Song” wystąpił poznaniak – Kev Fox. Poznaliście się również dzięki występom u Andrzeja?

Skubas: Oczywiście. Nie znaliśmy się wcześniej. Pewnego wieczoru przypadkowo znalazłem się na jego koncercie w Krakowie. Od razu miałem wrażenie, że nadajemy na tych samych falach. Skumplowaliśmy się i „Rain Song” jest rezultatem naszej znajomości.

Czy Kev pojawi się na scenie w najbliższy czwartek?

Skubas: Mam wielką nadzieję, że tak.

Kończysz ten rok serią koncertów w całej Polsce. Jak zapowiada Ci się kolejny?
Skubas: Bezwzględnie musi być nowa płyta! Będę się starał, by wyszła już w marcu lub kwietniu. Rozpoczynam właśnie nowy etap w życiu – niedawno urodził mi się syn. Przede mną wiele wyzwań i kto wie, czy nie będę musiał w pewnym momencie zatrudnić się w kancelarii albo korporacji, by utrzymać rodzinę. Mam jednak nadzieję, że ten scenariusz się nie sprawdzi i będę mógł w dalszym ciągu robić to, co czyni mnie szczęśliwym człowiekiem – grać.

Skubas zagra w poznańskiej Meskalinie w najbliższy czwartek, 12 grudnia. Bilety w cenie 29 (przedsprzedaż) i 40 zł.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

W
Wojtek

Skubasowi syn urodził się wczoraj, a nie "niedawno" przed przeprowadzeniem wywiadu.

Dodaj ogłoszenie