Sprawa policjantów z Pobiedzisk, którzy porzucili mężczyznę w lesie. Zapadł wyrok dla oskarżonych

Paweł Brzeźniak
Paweł Brzeźniak
Wyrok nie jest prawomocny. Oskarżeni nie pojawili się podczas jego odczytania. Paweł Brzeźniak/arch
W piątek, 11 czerwca powróciła sprawa policjantów z Pobiedzisk. Przed Sądem Rejonowym w Gnieźnie ogłoszono wyrok dla byłych funkcjonariuszy Filipa S. i Karoliny F., którzy nie udzielili poszkodowanemu pomocy i porzucili go w lesie, gdzie mężczyzna zmarł.

Prokuratura zarzucała Karolinie F. i Filipowi S. niedopełnienie obowiązków służbowych, nieudzielenie należytej pomocy 36-latkowi oraz narażenie mężczyzny na niebezpieczeństwo utraty życia i zdrowia. Dodatkowo oskarżonemu mężczyźnie postawiono zarzut o naruszanie nietykalności cielesnej wobec 36-latka w postaci co najmniej trzykrotnego uderzenia otwartą dłonią w twarz.

Podczas rozprawy ponownie nieobecna była Karolina F., pojawił się tylko jej adwokat. Kobieta przyznała się do winy i okazała skruchę.

Czego dotyczy sprawa policjantów z Pobiedzisk?

W maju 2018 roku policjanci z Pobiedzisk otrzymali zgłoszenie o 36-latku, który leżał przy ul. Poznańskiej. Na miejsce pojechał policjant z trzyletnim stażem (mieszkaniec powiatu gnieźnieńskiego) oraz policjantka, która służyła w policji od roku.

Kiedy funkcjonariusze dotarli na miejsce, zawieźli mężczyznę do lasu. Tam zostawili Piotra M., który później zmarł. Sekcja zwłok zmarłego wykazała, że bezpośrednią przyczyną śmierci był krwotok wewnątrzczaszkowy.

Funkcjonariusze Karolina F. i Filip S. zostali odwołani ze służby.

Wyrok dla policjantów

Karolina F. została skazana na rok więzienia w zawieszeniu na 3 lata, otrzymała karę grzywny i zakaz wykonywania zawodu związanego z bezpieczeństwem przez 4 lata. Z kolei Filip S. usłyszał karę roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na 3 lata, grzywnę oraz zakaz wykonywania zawodu związanego z bezpieczeństwem przez 4 lata.

Oboje oskarżeni zostali obarczeni kosztami postępowania sądowego. Wyrok nie jest prawomocny, a oskarżeni nie pojawili się podczas jego odczytania.

W ponad godzinnej mowie końcowej obrońca Filipa S., mec. Michał Lewicki wskazał na dwa oblicza tej sprawy. Pierwszy, jego zdaniem, to ten wykreowany pod wpływem emocji, poprzez pochopne opinie. Drugi wynika z wiarygodnego i obiektywnego materiału.

- Prokuratura Okręgowa w Poznaniu doszła do wniosku, że ten obraz jest inny, dlatego zmieniono zarzuty. Mój klient wyraził skruchę, przeprosił, był świadomy tego, czego wspólnie z oskarżoną się dopuścili. Nie jest tak, że wszystko wynika z decyzyjności i supremacji Filipa S., tak, jak twierdzi oskarżenie. Wszystkie decyzje były podejmowane wspólnie. Jeden ze świadków, który nagrał interwencję, mówił w zeznaniach, że nie było przemocy ze strony policjantów, a sama interwencja wyglądała normalnie. Zresztą, co do zarzutu naruszenia nietykalności osobistej - w jakim celu mój klient miały to robić. Nie jest tak, że funkcjonariusze zawieźli pana M. w miejsce odludne, uczęszczają tam spacerowicze

- pytał podczas sali mec. Michał Lewicki, który dużą część swojej mowy poświęcił kwestii odpowiedzialności i dalszych działań oskarżonej Karoliny F.

Adwokat przyznał, że co do nawiązki, w tym przypadku nie zachodzą dwie obowiązkowe przesłanki. Mowa o śmierci w wyniku przestępstwa i znacznym pogorszeniu sytuacji materialnej rodziny w wyniku śmierci jego członka.

Obrońca wnosił o uniewinnienie Filipa S. z pierwszej części oskarżenia oraz karę w zawieszeniu co do drugiej części zarzutów.

- Zwolniony policjant otrzymuje coś w rodzaju "wilczego biletu". Gdyby nie wsparcie rodziny, nie stałbym tutaj w takim stanie. Mam rodzinę, a największą przyjemność sprawia mi zaprowadzanie syna do przedszkola. Nie jestem takim złym człowiekiem, jak zostałem opisany. Zawiezienie pana M. w miejsce ustronne nie miało złych intencji. Do jego domu mogliśmy dojść spacerem, tam było ok. 200 metrów. Jednak pan M. nie chciał jechać ani do domu, bo nie chciał denerwować swojej matki ani na izbę wytrzeźwień. Nie naruszyłem jego nietykalności, chciałem mu pomóc. Dopiero 2 miesiące byłem w służbie stałej. Kiedy zobaczyłem matkę pana M., przeprosiłem ją, złożyłem kondolencje. Dopiero od roku pracuję, wcześniej bałem się wyjść do ludzi. Nie odpowiadamy za śmierć pana M. W więzieniu bałem się wyjść na spacerniak. Najpierw przebywałem w Gębarzewie, a potem w Poznaniu

- mówił oskarżony Filip S.

Relacje rodziców na wcześniejszych rozprawach

Matka zmarłego Piotra M. przyznała, że syn nie pracował od 1,5 roku, feralnego dnia wyszedł po papierosy, a wcześniej nie zdarzało się, żeby gdzieś znikał.

- Był spokojny, kochany, opiekuńczy. Od trzech lat miał problem z alkoholem. Tego dnia mieliśmy gości. Kiedy odjechali, poszłam na posterunek, ale był zamknięty. Na pogotowiu nie wiedzieli nic o Piotrze. O 22 dowiedziałam się o śmierci m.in. od pana, który zamordował mojego syna

- powiedziała matka mężczyzny wskazując na Filipa S., który wraz z innym funkcjonariuszem przyjechał powiadomić o zdarzeniu.

Będąc w silnych emocjach kobieta opowiadała o tym, że jej syn "był bardzo pobity w trumnie".

- Dlatego powiedziałam, że ten policjant zamordował mojego syna. Były ślady na łopatce, twarzy, pachwinach. Poprzez przeprosiny ten policjant chce się wybielić. Chce zrobić dobre wrażenie na sądzie

- oceniała matka Piotra M., dodając, że nie wybaczyła policjantom tego, co zrobili.

Czytaj też: Młody raper z Obornik zmarł po imprezie. Rzecznik Praw Obywatelskich interweniuje w sprawie śmierci Damiana Krzymieniewskiego

Inaczej na sprawę patrzą rodzice oskarżonego. Z relacji ojca Filipa S. wynika, że policjanci zawieźli mężczyznę w bezpieczne miejsce, które wcale nie było odosobnione. Na miejscu można było znaleźć m.in. butelki, puszki, ślady po ognisku.

- Syn na pewno nie chciał mu zrobić krzywdy. Pan M. sam prosił, żeby nie zawozić go do domu. Gdyby go zawieźli na izbę wytrzeźwień, zostałby obciążony kosztami pobytu, a jest to ok. 350 zł

- mówił ojciec oskarżonego, który podkreśla, że jego syn nie miał doświadczenia jako funkcjonariusz, bowiem zaledwie od miesiąca był w służbie stałej, a wcześniej ukończył szkołę policyjną.

W podobnym tonie wypowiadała się matka oskarżonego. Oboje twierdzą, że ich syn po wyjściu z aresztu, w którym miał zostać pobity, ma problemy psychiczne i bardzo przeżywa to, co się stało. Deklarują, że do tej pory sprawował się dobrze. Większych problemów nie mieli z nim także funkcjonariusze z Pobiedzisk.

Rodzice oskarżonego żalili się, że Karolina F., która feralnego dnia pracowała z Filipem S., została potraktowana łagodniej, bowiem po zdarzeniu nie trafiła do aresztu.

- Nie wierzę w to, że wszystkie decyzje podczas tej interwencji podejmował mój syn. Karolina F. w każdej chwili mogła zadzwonić do przełożonych - mówiła matka oskarżonego i dodała: - Karolina F. krótko po zdarzeniu nagle dostała wolne, żeby przygotować się do zeznań. Przez 2 godziny była sam na sam z komendantem. Mogła wyuczyć się swoich zeznań. Po całym zdarzeniu żyliśmy w strachu, że ktoś nam zrobi krzywdę. Wydaje mi się, że nasz syn był wtedy za młody, żeby zostać policjantem - podsumowała kobieta.

Źródło: gniezno.naszemiasto.pl

ZOBACZ TEŻ:

Głośne zabójstwa, niewyjaśnione zbrodnie i tajemnicze znikni...

Kryzys wieku średniego. Skąd się bierze i czy dotyka wszystkich?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie