Sprawa Ziętary: Nowy świadek przerywa milczenie po 28 latach. „Dziennikarz zniknął, bo deptał po piętach Elektromisowi i Mariuszowi Ś.”

Łukasz Cieśla
Łukasz Cieśla
Jarosław Ziętara w chwili zniknięcia był dziennikarzem "Gazety Poznańskiej", świeżo upieczonym absolwentem nauk politycznych na UAM. Miał 24 lata. Archiwum/Polskapresse
- Dziennikarz Jarosław Ziętara interesował się przekrętami Elektromisu, a konkretnie sprawą papierosów nabytych na spółkę Strefa Wolnocłowa. Byłem w nią zaangażowany, a Ziętara przychodził do mnie i wypytywał, stał też pod Elektromisem i domem Mariusza Ś. Coraz bardziej wgryzał się w temat i deptał nam po piętach. W końcu zniknął. Po czasie usłyszałem, że został porwany przez ochroniarzy Elektromisu przebranych za policjantów. Po kilku dniach go zamordowano, ciało rozpuszczono w kwasie – opowiada nam Zdzisław K., wieloletni znajomy szefa Elektromisu Mariusza Ś. Wspólnie wychowywali się w domu dziecka, razem siedzieli w więzieniu, a potem zaczęli współpracować ze sobą w Elektromisie.

Już w październiku 1992 roku, miesiąc po zniknięciu Jarosława Ziętary, pojawiły się pierwsze sygnały, że ze zbrodnią może mieć związek Aleksander Gawronik i poznańska firma Elektromis. Przez lata nikt na poważnie nie podjął tego wątku. Otoczony byłymi milicjantami, esbekami i prokuratorami wielki holding Elektromis długo miał opinię nietykalnej organizacji. Ciała Ziętary nie znaleziono do dzisiaj. W najbliższy wtorek, 1 września, minie 28 lat od jego zniknięcia.

Czytaj też Zbrodnia na Ziętarze: wieloletni szef Elektromisu Mariusz Ś. w sprawie nie usłyszał żadnych zarzutów. Występuje w charakterze świadka

Przełom nastąpił kilka lat temu. Po fiaskach dwóch śledztw prowadzonych w Poznaniu, w końcu postępowanie trafiło poza Wielkopolskę. W 2014 roku krakowska prokuratura postawiła zarzuty byłemu senatorowi Aleksandrowi Gawronikowi, który w latach 90. prowadził różne nieczyste interesy i kontaktował się z Elektromisem. Prokuratura zarzuciła mu podżeganie do zabójstwa Ziętary podczas narady na terenie Elektromisu, do której miało dojść latem 1992 roku. Z kolei dwaj byli ochroniarze szefa Elektromisu – „Ryba” i „Lala” (obaj z przeszłością w strukturach milicji) – zostali oskarżeni o porwanie Ziętary i przekazanie dziennikarza jego zabójcom.

Sprawdź też:

Zdaniem prokuratury wydano zlecenie na Ziętarę, bo badał przekręty poznańskich biznesmenów i chciał ich zdemaskować. Procesy trzech oskarżonych trwają w poznańskim Sądzie Okręgowym, ale w sprawie wciąż są niewiadome. Bo skoro Gawronik miał „tylko” podżegać do zabójstwa, to kto zlecał samo porwanie i zgładzenie dziennikarza? Kto wysłał porywaczy pod dom Ziętary? Kim są zabójcy? Czy ciało dziennikarza rzeczywiście zostało w całości zniszczone czy też można odnaleźć jakiekolwiek szczątki?

Żaden z oskarżonych nie przyznaje się do winy. Co więcej, i Gawronik, i ludzie Elektromisu twierdzą, że nie mieliby motywu, by dybać na życie rzekomo nieznanego im dziennikarza. Przekonują też, że 24-letni dziennikarz „Gazety Poznańskiej” nie interesował się ich działalnością. Czyżby?

Czytaj też Dwa lata po zniknięciu Ziętary ruszyło wielkie śledztwo ws. przekrętów Elektromisu. Proces w sądzie zakończył się kompromitacją wymiaru sprawiedliwości

Nowy świadek w sprawie Ziętary: Milczałem 28 lat. Ziętara deptał nam po piętach w sprawie papierosów ze Strefy Wolnocłowej

Dwa miesiące temu do naszej redakcji zadzwonił nieznajomy mężczyzna. Dopytywał, kiedy będzie kolejna rozprawa dotycząca zbrodni na dziennikarzu. Chce się do niej zgłosić jako nowy świadek. Zgodził się na spotkanie i długą rozmowę.

- 28 lat milczałem, starczy już tego, nie?

- zaczął.

Przedstawił jako Zdzisław K. Jest wychowankiem domu dziecka w Szamotułach prowadzonego przez siostry zakonne. Trafił tam jako kilkuletni chłopiec. W domu dziecka poznał Mariusza Ś., który w przyszłości stanął na czele Elektromisu. Mariusza Ś. wspomina jako dobrego ucznia z matematyki, niezłego gracza w szachy, bardzo bojącego się kar cielesnych wymierzanych w domu dziecka. A także jako cwaniaka widzącego najczęściej tylko czubek własnego nosa.

Czytaj też Dziennikarze, którzy opisywali działalność Elektromisu już po zniknięciu Ziętary, otrzymywali groźby. Dlatego wzięli ochronę

Zdzisława i Mariusza połączył nie tylko dom dziecka. Również wspólny pobyt w więzieniu. Jako nastolatek Mariusz Ś. oraz inni wychowankowie szamotulskiego domu dziecka zaczęli seryjnie okradać sklepy w Poznaniu i okolicach. Mariusz Ś. został zatrzymany przez milicję we wrześniu 1980 roku. Dopiero co ukończył 18 lat. Poznański sąd skazał go na 3,5 roku więzienia. Wpadł wspólnie z kolegami, w tym z Wiesławem K., starszym bratem Zdzisława. Wszyscy, w tym Mariusz Ś., w 1980 roku poszli na współpracę z milicją. Być może „zachęcani” do tego przy pomocy milicyjnej pałki. Przyznali się do kradzieży, wzajemnie się obciążali. Mariusz Ś. dopuścił się także napadu na pracownika jednej z firmy, który niósł wypłaty dla podwładnych. I on, i jego koledzy tłumaczyli, że kradli z biedy, z chęci zdobycia kilku groszy na życie. Znamy ich wyjaśnienia, bo w poznańskim sądzie przeczytaliśmy pięć tomów akt starej sprawy Mariusza Ś. i jego wspólników od łomu.

- Mariusz wpadł razem z moim bratem i jeszcze innymi chłopakami. Więzienie jeszcze bardziej go wycwaniło. Mnie milicja zatrzymała po pewnym czasie i miałem osobny proces. Wspólnie z Mariuszem siedziałem w więzieniu w Sieradzu, tam wysyłano takich małolatów jak my. On wyszedł nieco wcześniej – wspomina Zdzisław K.

Czytaj też**Ziętara został najpierw napadnięty w mieszkaniu i nastraszony. Potem zapadła decyzja o jego porwaniu - opowiada gangster "Baryła", jeden z głównych świadków prokuratury**

Po wyjściu z więzienia Mariusz Ś. zajął się handlem deficytową kawą nabywaną najczęściej w Peweksie, nazywaną wówczas „czarnym złotem”. Początkowo niewiele znaczył, ale z czasem rosła jego pozycja. Pojawiła się elektronika, komputery. W 1987 roku założył spółkę Elektromis, współudziałowcem została jego matka oraz jeden z kolegów spoza domu dziecka. Do firmy zaczęli trafiać byli milicjanci, esbecy i poznańscy prawnicy z szerokimi możliwościami w mieście. Z firmą związali się także jego dawni znajomi z domu dziecka, określani jako zgrana paczka z Szamotuł. Powstawały kolejne spółki tworzące wielki holding handlowy prowadzący także szemrane interesy. W tym był i przemyt alkoholu, i papierosów.

- Mariusz jeszcze w czasach PRL-u dostał olbrzymią pomoc od służb, które przy nim stanęły. Skumał się zwłaszcza z milicją. Kiedyś, gdy kupował dolary od cinkciarzy i bandyci chcieli mu zabrać walutę, milicja była tuż obok. On był pod jej ochroną. Jak już firma prężnie działała, pojawił się Ziętara. Zaczął się interesować Elektromisem i handlem papierosami. I zaczął przeszkadzać, coraz bardziej wgryzać się w temat

– mówi nam Zdzisław K.

- Jest pan pewien? Ludzie Elektromisu, w tym Mariusz Ś., twierdzą, że nie znają Ziętary i pierwszy raz usłyszeli o nim dopiero kilka lat temu, gdy ruszyło śledztwo w Krakowie – pytam Zdzisława K.

- Ha, ha, ha – śmieje się Zdzisław K. - Ziętara zajmował się naszą działalnością. Jestem w stanie to udowodnić.

Jego opowieść, którą przedstawiamy, jest zbieżna z zapiskami z notatników Jarka Ziętary. Część z nich przetrwała i z ich lektury jednoznacznie wynika, że młody dziennikarz interesował się Elektromisem, oszustwami podatkowymi i składem celnym działającym na terenie tej firmy.

Przekręt ze Strefą Wolnocłową to był majstersztyk. Chodziło o podatki

Zdzisława K., który zgłosił się do naszej redakcji, przez 28 lat nikt nie przesłuchiwał w sprawie Ziętary. A przecież w 1991 roku stał się głównym bohaterem głośnego przekrętu z papierosami, z Elektromisem w roli głównej.

Czytaj też Ważny świadek prokuratury wycofał zeznania przeciwko ochroniarzom Elektromisu. Po chwili dostał pół miliona od dawnych kolegów

Przekręt zaczął się niewinnie. W 1991 roku bliżej nieznany Zdzisław K. zgłosił się do spółki Strefa Wolnocłowa, stojącej na skraju bankructwa, ale mającej wiarygodnych udziałowców w postaci miasta Poznań i Międzynarodowych Targów Poznańskich. Stały za nim, jak opowiada, pieniądze Elektromisu, za które kupił większość udziałów. Nikt go specjalnie nie sprawdzał. Został prezesem i jednoosobowym zarządem Strefy Wolnocłowej, która w błyskawicznym tempie w czerwcu 1991 roku zrobiła olbrzymie zakupy papierosów z Holandii. Strefa kupiła je za pieniądze Elektromisu i zaraz je odsprzedała Elektromisowi za podobną cenę. Dlaczego papierosy przepuszczono przez Strefę? Chodziło o podatki.

To na Strefie jako oficjalnym nabywcy towaru z zagranicy spoczywał obowiązek podatkowy. Jej nowy prezes Zdzisław K. na papierze oświadczył więc, że podatki zostały zapłacone, ale tak naprawdę tego nie zrobił.

- Interes ze Strefą Wolnocłową to był rzeczywiście majstersztyk, wszedłem w to za namową Mariusza. Spółka została wynaleziona przez niego, zobaczył ogłoszenie w gazecie o sprzedaży jej udziałów. Wybrano tę spółkę, bo żadnej innej firmie nie udałoby się ściągnąć takiej ilości papierosów. Strefa miała dobrych, wiarygodnych udziałowców: miasto i targi, a w tym wszystkim pojawiłem się ja, jako jej prezes – śmieje się Zdzisław K. - Wykupiłem większość udziałów w spółce, zyskałem nad nią kontrolę i od razu kupiłem papierosy. Było ich mnóstwo. Kolejne tiry stawały w kolejce do rozładunku, było ich kilkadziesiąt. Zagraniczne koncerny tytoniowe nie zostały oszukane, bo Elektromis zapłacił za sam towar. Zysk polegał na tym, że do Elektromisu poszedł towar czysty, bez podatków, mogli go taniej sprzedać. Elektromis bazował właśnie na takich wyjeb… gospodarczych, zrobionych na kogoś. Wielki podatek miał przecież zapłacić pierwszy nabywca: Strefa, czyli ja jako jej prezes. Ale zgodnie z naszymi ustaleniami z Mariuszem, przeciągałem sprawę podatku na lipiec, potem na sierpień 1991 roku. Po to, by Elektromis był w stanie sprzedać cały towar i opróżnić magazyny. Jednak we wrześniu Urząd Celny zaczął twardo domagać się zapłaty olbrzymiego podatku. Musiałem uciec do szpitala

– zwierza się Zdzisław K.

- Uciec?
- No uciec, przed policją celną - tłumaczy.

Sprawdź też:

Poznańska Strefa Wolnocłowa: przekręt na wariackich papierach. Państwo straciło prawie 15 mln zł i nikogo za to nie skazano

Zdzisław K. dwa miesiące po zakupie papierosów trafił do szpitala psychiatrycznego w Kościanie. Poznański Urząd Celny zawiadomił prokuraturę o przekręcie na podatkach. Chodziło o olbrzymie straty Skarbu Państwa. Kwota niezapłaconych podatków za 22 miliony paczek papierosów sięgała prawie 15 mln złotych (prawie 150 miliardów zł w przeliczeniu na ówczesne złotówki)!

Prokuratura postawiła zarzuty Zdzisławowi K., ale szybko się z nich wycofała. Podstawą stało się jednorazowe badanie psychiatryczne prezesa Strefy, które wykazało, że działał w stanie psychozy i nie mógł rozpoznać znaczenia swoich czynów. Na tej podstawie prowadzący sprawę prokurator Piotr Urowski umorzył ją po kilku miesiącach. Data zakończenia sprawy to 19 marca 1992 roku.

Czytaj też Były oficer UOP: na zlecenie Elektromisu śledziłem Ziętarę. Widziałem jego porwanie przez trzech ochroniarzy Elektromisu

W tym tygodniu zadzwoniliśmy do Piotra Urowskiego, obecnie prokuratora w stanie spoczynku.

Chcieliśmy zapytać, czy wracał później do szybko umorzonej sprawy czy może jedynie poprzestał na wynikach jednorazowego badania Zdzisława K.? Czy sprawdzał, kto stał za tajemniczym inwestorem, czy badał jego związki z Elektromisem? Prokurator Piotr Urowski powiedział na wstępie, że sprawę pamięta, ale bez szczegółów. Zaznaczył, że nie bardzo może się wypowiadać publicznie, bo istnieje tajemnica postępowania przygotowawczego. Gdy wskazaliśmy, że sprawa jest od dawna umorzona, podkreślił, że jest w stanie spoczynku i nie może udzielać informacji. Radził, by zajrzeć do akt. Byliśmy ponadto ciekawi, czy w sprawie tego śledztwa kontaktował się z nim Jarosław Ziętara. Młody dziennikarz miał w swoim notesie numer do Piotra Urowskiego oraz zapiski o Urzędzie Celnym, Elektromisie i jego uszczupleniach podatkowych. Prokurator powiedział nam, że nie pamięta, czy rozmawiał z Ziętarą.

„Ziętara wypytywał mnie o przekręt Strefy Wolnocłowej. Jeździł też pod dom Mariusza Ś. Ściągali go z drzewa”

Ziętarę doskonale za to pamięta Zdzisław K., który we wrześniu 1991 roku został pacjentem szpitala psychiatrycznego w Kościanie. Trafił pod opiekę dr Krystyny Zydorczak. O Strefie było już głośno w Poznaniu, również wśród poznańskich radnych. W grudniu 1991 roku pojawił się krótki tekst w poznańskiej „Gazecie Wyborczej”. Zdzisława K. porównano do Bagsika, sugerowano, że jest figurantem wystawionym przez Elektromis do zrobienia przekrętu.

- Gdy przebywałem w szpitalu, najpierw pojawili się policjanci celni z Poznania. Wśród nich była moja koleżanka z domu dziecka. Po jakimś czasie pojawił się Ziętara, usiadł przy mnie na ławce obok szpitala. To była chyba późna jesień 1991 roku, on był w kurtce. Skąd o mnie wiedział i jak do mnie dotarł? Sądzę, że przez policję celną. Nie przedstawił się z nazwiska, ale wyglądał na dziennikarza. Dużo pytał, tak jak pan. Wzbudził moją czujność, bo nie po to poszedłem do szpitala, żeby się zwierzać, ale żeby się ukryć

– stwierdza Zdzisław K.

Ludzie Elektromisu wiedzieli o zainteresowaniu Ziętary?

- Oczywiście, że wiedzieli, choć w naszych rozmowach nie padło nazwisko "Ziętara". Mówiliśmy na niego „pismak”. On jeździł też do Puszczykowa, pod dom Mariusza, ściągali go tam z drzewa. Skąd to wiem? Od Mariusza. Skarżył się, że go tropi dziennikarz, ten sam, który był u mnie. Mariusz pytał mnie, czy pismak znowu u mnie był, nie chciał, bym z nim rozmawiał. Spotykaliśmy się z Mariuszem potajemnie, jak zrobiły się te kłopoty. Miałem przepustki ze szpitala, w tym na święta. Przyjeżdżałem wtedy do Mariusza, sprawdzaliśmy, czy Ziętary nie ma w pobliżu i uzgadnialiśmy różne sprawy - opowiada.

Zdzisław K. opowiada nam także, że chcąc uniknąć kolejnych wizyt Ziętary, poprosił o przeniesienia na oddział zamknięty. Z kolei na przepustkach unikał miejsc publicznych, by nie sprzyjać spekulacjom, że może jednak nie jest aż tak chory, by nie dać zrobić sobie jakiegoś zdjęcia.

- Chodziło o to, by się schować przed dziennikarzyną. Gdy nie chciałem z nim rozmawiać w szpitalu, powiedział, kim jest, że pracuje w gazecie i może mi pomóc, bo ja wtedy świrowałem, że Elektromis mnie przerobił, że mnie oszukali. Ziętara oferował pomoc. Zrozumiałem, do czego on zmierza, że opisze to w gazetach, że Elektromis jest taki i taki. Chciał mnie nakłonić do współpracy z mediami, ale jak mogłem tego chcieć, skoro byłem wtedy po tej samej stronie, co Mariusz Ś. Schowałem się więc na oddział zamknięty i powiedziałem lekarce, by nikogo do mnie nie wpuszczała - wyjaśnia Zdzisław K.

Na potwierdzenie swoich słów pokazał nam różne dokumenty. W tym wypisy ze szpitala w Kościanie. Z jednego z nich wynika, że przebywał w Kościanie od 27 września 1991 do 4 czerwca 1992 roku. W tym czasie trwało spore zamieszanie wokół strefy, prowadzono śledztwo, Strefą interesowały się media.

Czytaj też Czy w innej sprawie karnej psychiatra dawał przestępcom lewe zwolnienia lekarskie?

Co się stało z Ziętarą? „Został porwany metodą na policjanta, a potem zabity na terenie Elektromisu”

Zdzisław K. zaznacza, że w szpitalu w Kościanie pojawiał się również po czerwcu 1992 roku. Na jedną z przepustek wyszedł we wrześniu 1992 roku, już po zniknięciu Ziętary. Opowiada, że w tamtych czasach miał kontakt z nielicznymi osobami z firmy: z Mariuszem Ś. oraz z Markiem Z.

Marek Z. to kolejna ważna postać w tej historii, bywa określany szarą eminencją Elektromisu. W okresie PRL miał pierwsze konflikty z prawem, był też cinkciarzem, u którego w dolary potrzebne do zagranicznych zakupów zaopatrywał się początkujący handlarz Mariusz Ś. Potem Marek Z., przedstawiający się jako były bokser, został „człowiekiem do wszystkiego” w Elektromisie. Zajmował się ochroną, twardą windykacją - ściąganiem trudnych długów dla Mariusza Ś. W swoim CV ma także okres kierowania tygodnikiem „Poznaniak”, którego został właścicielem w 1992 roku. To wiele mówi o kadrach, którymi otaczał się Mariusz Ś. Według różnych świadków, to właśnie na posesji Marka Z. w podpoznańskich Chybach był przetrzymywany Ziętara tuż po porwaniu. Taki scenariusz w rozmowie z nami potwierdza także Zdzisław K.

- Marek Z. woził mnie ze szpitala na spotkania z Mariuszem, był takim łącznikiem między nami, mieliśmy dobry kontakt ze sobą. We wrześniu 1992 roku byłem u niego na posesji w Chybach, niedaleko jeziora – Zdzisław K. pokazuje na mapie Google, gdzie dokładnie stoi ten dom. - Będąc u niego w domu, w takim pomieszczeniu gospodarczym, zauważyłem zachlapaną podłogę, ślady wyschniętej krwi. Sporo tego było. Marek powiedział wtedy tylko, że ktoś dostał po ryju. Ja sam nie dochodziłem, co się stało z Ziętarą. Sądziłem, że skoro zniknął, to pewnie go przekupili i gdzieś wyjechał. Dopiero po roku powiedział zdecydowanie więcej.

Do kluczowej rozmowy, jak zaznacza Zdzisław K., doszło jesienią 1993 roku. Powodem stała się tajemnicza śmierć ochroniarza „Kapeli”, który według różnych świadków, wraz z ochroniarzami „Rybą” i „Lalą” porwali Ziętarę. Do dziś nie wyjaśniono, czy „Kapela” zginął od samobójczego strzału w głowę czy może w mieszkaniu kochanki został zastrzelony przez ludzi Elektromisu bojących się, że „Kapela” chce odejść z firmy i wyjawić szczegóły sprawy Ziętary.

- Po tej dziwnej śmierci „Kapeli” rozmawiałem z Markiem Z. On był bardzo przejęty tym zgonem, bał się, że jego spotka to samo, że będzie kolejnym uciszonym świadkiem, tak jak „Kapela”. Nie wierzył w wersję o samobójstwie „Kapeli”. Podczas tamtej rozmowy Marek był po alkoholu i wszystko wyklepał, a ja mu wierzę, w co wtedy powiedział. Opowiedział, że we wrześniu 1992 roku Ziętarę po porwaniu przywieziono właśnie do niego i tak trzymano go tam kilka dni. Chcieli go zmiękczyć, różne rzeczy z nimi robili. Stwierdził, że dużo ludzi do tego było: porwali go ochroniarze, inni ludzie go tłukli, potem go zabito. Ruscy też przy tym byli. Został zabity po przewiezieniu do magazynu Elektromisu, przy czym sprawy troszkę się tam wymknęły spod kontroli. Ziętara według planów miał dostać bardzo solidny łomot, co miałoby go skutecznie zniechęcić do pisania o firmie, ale ktoś chciał się popisać i go zabił. Potem jego ciało rozpuszczono w żrącej substancji i zostały po nim tylko kawałeczki. Gdy powiedziałem Markowi, że ktoś może znaleźć dziennikarza, on stwierdził, że nic nie znajdą

– Zdzisław K. zaznacza, że to wszystko usłyszał od Marka Z.

Czytaj też Sprawa Ziętary: Roman K., ps. Kapela, miał być jednym z trzech porywaczy dziennikarza. "Kapela" zginął w niejasnych okolicznościach

Wspomniany Marek Z. w późniejszych latach był karany i siedział w więzieniu za kolejne przestępstwa. W 2013 roku, po tym, gdy sprawa Ziętary trafiła do Krakowa, śledczy dotarli do siedzącego w celi Marka Z. Mieli już zeznania związanego z Elektromisem gangstera „Baryły”, który wskazał posesję Marka Z. jako miejsce torturowania Ziętary. Marek Z. w 2013 roku poszedł na współpracę z krakowskimi śledczymi i poprosił o nadanie mu statusu świadka incognito. Opowiadał o szczegółach zbrodni, ale minimalizował swoją rolę. Po kilkunastu miesiącach wycofał się z zeznań. Stwierdził, że śledczy zmanipulowali jego wypowiedzi. Tymczasem nie brakuje zeznań świadków wskazujących, że Marek Z., mający gigantyczne problemy finansowe, zmienił zeznania, bo został do tego przekonany pieniędzmi ludzi z dawnego Elektromisu.

Czytaj też Sprawa Ziętary: były windykator Marek Z. w swoich zeznaniach akcentował rolę Gawronika. Z kolei szefa Elektromisu określał jako "podwykonawcę"

Sprawa Ziętary: Czy sąd uwierzy w relacje Zdzisława K., który w latach 90. leczył się psuchiatrycznie?

Zdzisław K. zapowiada, że nie będzie drugim Markiem Z. i nie wycofa się ze sprawy Ziętary. Dlaczego po tylu latach zdecydował się przerwać milczenie?

Przyznaje, że ma stare zatargi z Mariuszem Ś., a ich relacje popsuły się już w latach 90. Wskazuje, że jego dawny kolega z domu dziecka zachował się wobec niego nieuczciwie. Zdzisław miał bowiem dostać swoją dolę za wspólne interesy, ale tak się nie stało.

- Ja bardzo dużo zrobiłem dla Mariusza, wykonałem swoje zadanie, poświęciłem się, a on mnie kopnął w tyłek. Gdy około 1995 roku upomniałem się o swoją część zarobku, stwierdził, że moich pieniędzy nie ma, bo je zainwestował w bank Posnania i przepadły wraz z upadłością banku. Ja sobie tego nie życzyłem. Bardzo się wtedy pokłóciliśmy. Ja mu powiedziałem: "sprowadzę cię, kur... na ziemię", a on na to rzucił do mnie nienaładowaną spluwę. Chwyciłem ją w odruchu. I powiedział po chwili: "widzisz, jakbym chciał cię jeb…, wezwałbym ochronę i byś leżał. A jakby policja przyjechała, powiedziałbym, że to twoja spluwa i ty ją przyniosłeś". Taki był cwany. Zapytałem go wtedy, czy się nie boi. A on na to: "rozpuścisz się tak samo". Przy czym nie padło z jego ust słowo „Ziętara”. Po tej akcji rozstaliśmy się na dobre, zająłem się swoim życiem

- wspomina kłótnię z 1995 roku.

Sprawdź też:

Z Mariuszem Ś. miał kontakt również kilka lat temu.

- Powiedziałem mu wtedy, że chcę złożyć zeznania w sprawie Ziętary, a on zarzucił mi, że go szantażuję. Najbardziej jednak wkurzyłem się niedawno, kiedy dowiedziałem się, że rozpowiada innym, że jestem świadkiem incognito w sprawie dziennikarza. Robi ze mnie kapusia. A przecież ja cały czas trzymałem buzię krótko. Uznałem jednak, że czas powiedzieć, jak było. Jest pan pierwszą osobą, której to wszystko mówię. Nie wycofam się - dodaje.

Czytaj też Były prokurator zatrudnił się w Elektromisie, a potem napadł na bank. Co zeznaje w sprawie Ziętary?

Zdzisław K. złożył już pismo do poznańskiego sądu. Chce złożyć zeznania. Jak najszybciej. Obawia się, że mogą być wywierane na niego naciski. Czy jego zeznania, biorąc pod uwagę, że leczył się psychiatrycznie, okażą się wiarygodne dla sądu?

- W latach 90. stwierdzono u mnie chorobę psychiczną. Czy ją udawałem, by uniknąć procesu? W papierach napisano wtedy, że jestem chory i tego się trzymam. Potem jednak stwierdzono remisję choroby. Od lat normalnie funkcjonuję. Liczę się jednak z tym, że adwokat Wiesław Michalski, od dawna związany z Elektromisem, będzie na różne sposoby podważał moją wiarygodność. Chciałbym, aby moim zeznaniom przysłuchiwał się na przykład psycholog. Niech sąd oceni, czy mówię prawdę - podkreśla Zdzisław K.

Wiesław Michalski, znany poznański prawnik, jest obrońcą ochroniarzy „Ryby” i „Lali”, którym prokuratura zarzuca porwanie dziennikarza. Zadzwoniliśmy do adwokata. Stwierdził, że jeśli Zdzisław K. ma coś do powiedzenia, niech się zgłosi do sądu. Adwokat dodał, że w sprawie pojawiali się już różni szantażyści. Z jego wypowiedzi wynikało, że wie o zatargu finansowym Zdzisława K. z szefem Elektromisu. Adwokat powiedział jednak, że ze Zdzisławem K. nie miał do czynienia. Gdy zwróciliśmy uwagę, że wiemy że Zdzisław K. kilka miesięcy był u niego w kancelarii, adwokat odpowiedział, że Zdzisław K. zgłosił się po poradę, a potem zaczął opowiadać różne rzeczy, także to, że leczył się psychiatrycznie. Wiesław Michalski, jak nam mówi, szybko pożegnał gościa i zakończył rozmowę. Adwokat przestrzegał nas przed słuchaniem różnych, jego zdaniem niezweryfikowanych opowieści, których celem jest obrzuceniem błotem szefa Elektromisu.

Zdzisław K. inaczej pamięta tegoroczne spotkanie z adw. Michalskim. Powiedział mu, że chce zeznawać w sprawie Ziętary.

- Powiedziałem też przewrotnie panu Michalskiego, że chcę go zatrudnić jako mecenasa na wypadek, gdyby coś mi groziło. On stwierdził, że nic mi nie grozi. Powiedział też, że sądy są pozamykane przez epidemię i żadnych rozpraw nie ma. Myślę, że mnie pamiętał, poznaliśmy się kiedyś przy różnych okazjach – zaznacza Zdzisław K.

Zobacz też:

Głośne zabójstwa, niewyjaśnione zbrodnie i tajemnicze znikni...

Te zbrodnie wstrząsnęły Poznaniem. Historie seryjnych morder...

Przetasowania w rządzie. Znamy wszystkie zmiany

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3