Świat smaków dzieciństwa: Kogel-mogel, szpinak i oranżada w proszku

Bogna Kisiel
W dzieciństwie uwielbiałam zupę nic - wspomina Ewa Wycichowska. - Ale nie umiem jej gotować
W dzieciństwie uwielbiałam zupę nic - wspomina Ewa Wycichowska. - Ale nie umiem jej gotować Paweł Miecznik
Każdemu z nas inaczej smakowało dzieciństwo. Raz była to truskawkowa słodycz lodów, innym razem zupa rybna czy szczawiowa, zlizywana z dłoni oranżada w proszku, jeszcze ciepły chleb wyciągnięty z pieca, posmarowany masłem zrobionym przez ciocię.

Minęło wiele lat. Pamięć bywa zawodna. Jednak ten codzienny rytuał tkwi we mnie, jakbym celebrowała go wczoraj. Hejnał z Wieży Mariackiej był sygnałem, że czas zbierać się do szkoły. Codziennie podążałam tą samą trasą. Gdy tylko robiło się cieplej, niezmiennie zatrzymywałam się w jednym punkcie. Przy małej lodziarni. - Raz truskawkowe poproszę - mówiłam. I okrągła gałka lodów lądowała między dwoma wafelkami. Lody truskawkowe pamiętam do dziś. Były wyjątkowe.

Czas płynął nieubłaganie, a ja wciąż miałam nadzieję, że uda się mi odnaleźć ich smak. Wytwórnia lodów tradycyjnych? W końcu są, trafiłam. Smakowały wyśmienicie, ale to nie było to. I wtedy uświadomiłam sobie, że już nigdy więcej nie zjem takich lodów, jak te sprzed lat. Bo tamte miały smak dzieciństwa, które minęło bezpowrotnie.

Oszukane pierogi
- Smaki dzieciństwa są związane nie tylko z tym, że coś było dobre, smaczne, ale wiążą się ze zdarzeniami, w których uczestniczyliśmy - mówi Grzegorz Ganowicz, przewodniczący Rady Miasta Poznania. - Mnie kojarzą się z wakacjami, latem, ciepłem, przyjemnością.

Mały Grześ spędzał wakacje w Borach Tucholskich. Zjeżdżała się tam tłumnie cała rodzina, mnóstwo dzieciaków, kuzynów, kuzynek. Gdy padało hasło "Idziemy na jagody!", nikt nie marudził. Wszyscy, jak jeden mąż je zbierali. A to, że do domu donosili połowę zebranych jagód to już inna historia. Część zjadali jeszcze w lesie. Pycha!

Z tego, co zostało, robiono pierogi. Szczerze mówiąc, były to pierogi oszukane. Nikt nie miał siły ich lepić dla tak licznej gromadki. W końcu w wakacje można poleniuchować. Mówiło się, że są pierogi, a podawano makaron, na który kładziono lekko podgotowane jagody, posypane cukrem.

Kogel-mogel i kanarek
Jednak w świecie smaków dzieciństwa radnego z Poznania króluje kogel-mogel.

- Robiony na różne sposoby - zaznacza G. Ganowicz. - Dominowała wersja podstawowa, ale czasami doprawiany był odrobiną kakao lub kilkoma kroplami cytryny, która łamała tę słodycz, była taką wisienką na torcie. W połowie lata 60. o cytrynę było trudno, więc tym bardziej kogel-mogel nabierał wyjątkowości. Najpierw robiła go mama, babcia, a jak nieco podrosłem, kręciłem go sam. Ścigaliśmy się z kuzynami, który z nas wykręci z jednego jajka większy kogel-mogel. Dolewaliśmy powoli białko, biliśmy, żeby objętość puchła. Na koniec zwycięzca i przegrani mieli ucztę, niesłychanie słodką.

Zupa szczawiowa z jajkiem na twardo to kolejne ulubione danie z dzieciństwa przewodniczącego rady. Dziwne? Nie. Wiązała się z wakacjami, słońcem, beztroskim czasem. Nie sposób jeszcze nie wspomnieć o kanarku. A cóż to takiego?
- U moich dziadków niedzielna kawa była celebrowana - wspomina G. Ganowicz. - W tamtych czasach prawdziwa kawa należała do rzeczy ważnych. Pamiętam, że w niedzielę po południu dziadek zabierał się do jej przygotowania. Jak się udało, podawano ją z bitą śmietaną. Dzieci nie piły kawy, ale w ramach dopuszczenia do niedzielnej celebry mogły dostać tzw. kanarka. Na łyżeczkę cukru nalewano odrobinę kawy i to był kanarek - pierwszy kontakt z kawą i dorosłą przyjemnością.

Wątróbka była traumą
Było jednak coś, co małemu Grzesiowi nie chciało przejść przez gardło. - Wątróbka stanowiła dla mnie traumatyczne przeżycie - twierdzi G. Ganowicz. - To jedyna potrawa, której było wolno mi nie zjeść, a babcia była gotowa zrobić dla mnie na obiad nawet jajecznicę.

Wstręt dziecka do wątróbki musiał być olbrzymi, skoro dorośli tak wyrozumiale podeszli do problemu, tym bardziej że w domu obowiązywały zasady, od których rzadko odstępowano.

- Byliśmy tak chowani, że co zostało podane do jedzenia, należało zjeść i nie grymasić - zaznacza G. Ganowicz. - To wychowanie miało takie plusy, że w końcu nauczyłem się jeść wątróbkę. Nadal nie jest to moje marzenie, ale jak jest podana, to ją zjadam.

Brrr... szpinakowa papka
Także Ryszardowi Grobelnemu, prezydentowi Poznania, na zawsze utkwiły w pamięci potrawy z dzieciństwa, których nie znosił.

- Do nich należy szpinak i śledzie w śmietanie - mówi R. Grobelny. - Szpinak kojarzy mi się z zieloną papką podawaną w przedszkolu. Była okropna. Teraz przekonałem się do niego, ale nie pod postacią serwowaną w przedszkolu. Śledzie zjadłem po raz pierwszy w życiu dopiero w tym roku, jednak nie w śmietanie. Ta nie wchodzi w grę. Śledzie w oleju są do zaakceptowania.

Za to prezydent miał i nadal ma słabość do słodyczy. Z nimi kojarzy mu się dzieciństwo.

- Lubiłem lody - przyznaje R. Grobelny. - Najlepsze były na pl. Waryńskiego. Tam znajdowała się taka mała lodziarnia. Uwielbiałem lody truskawkowe. Naciągałem na nie rodziców. Najczęściej w weekendy, gdy jechaliśmy na działkę lub nad wodę.
To były czasy, gdy kilkuletniemu Ryszardowi rodzice stawiali lody, ciastka itp.
- Później w szkole sam sobie kupowałem - wspomina prezydent. - Uwielbiałem pączki. Ile ich zjadałem? Nie powiem. Dużo. W czasie przerwy urywałem się ze szkoły i biegłem do cukierni na Szama-rzewskiego, by je kupić.

Zapach placka drożdżowego
Józef Klimczewski, szef poznańskiej drogówki (jeden z najbardziej znanych policjantów w kraju), już jako dziecko nie lubił się objadać. - Nie żyje się po to, żeby jeść - krótko i zwięźle formułuje swoje credo życiowe J. Klimczewski. - Z czym kojarzy mi się dzieciństwo? Z zapachem placka drożdżowego, który piekła moja babcia. Pamiętam go do dzisiaj.

Mały Józio nie przepadał tak jak jego rówieśnicy za "słodkim". Ale placek drożdżowy był wyjątkową pokusą. Kolejny specjał dla podniebienia to zupa szczawiowa, oczywiście z jajkiem na twardo.

- Nie jestem mięsożerny - podkreśla J. Klimczewski. - Od dziecka uwielbiałem ryby słodkowodne. Już wtedy rozróżniałem je od morskich, które nie są już tak smaczne.

Kwas chlebowy na lwowskich ulicach
Mirosław Kropielnicki, aktor Teatru Nowego, wychował się na Podkarpaciu. Część rodziny mieszkała we Lwowie, gdzie często spędzał dwa miesiące wakacji. - Dlatego siłą rzeczy smaki dzieciństwa kojarzą mi się z zupą rybną zwaną uchą, pierogami ruskimi, które robiła babcia. Kwasem chlebowym sprzedawanym na lwowskich ulicach i owocami, których u nas brakowało - wymienia M. Kropielnicki. - Na przykład po arbuzy w zieleniaku stało się w długiej kolejce, a we Lwowie można było do woli jeść brzoskwinie, arbuzy, granaty.

Z kolei lato spędzane na Podkarpaciu miało smak kompotu z jabłek. - Wstawiano go do lodowatej wody przy studni. Był ogólnodostępny - dodaje M. Kropielnicki. - I pyszne ciasta, które potrafiły piec babcie, mamy, ciocie. Doskonale pamiętam smak bułek z ciasta drożdżowego, które robili rodzice.

W tamtych czasach nie było tego szaleństwa z różnymi dietami, nikt nie zawracał sobie głowy dobieraniem odpowiednich składników, wyszukanymi potrawami. Preferowano proste jedzenie, które - zdaniem aktora - było znacznie smaczniejsze. - Dlatego cenię sobie prostotę kuchni włoskiej - podkreśla M. Kropielnicki. - Odpowiednio ugotowany makaron, do tego starte trufle, doskonała oliwa i kieliszek dobrego wina. Wystarczą dwa-trzy składniki idealnie dobrane i smaczne jedzenie gwarantowane.
W Dębicy, gdzie mieszkał aktor, funkcjonowała piekarnia Roztoczyński i Synowie. Firma działa do dzisiaj i może pochwalić się 200-letnią tradycją.

- Wtedy nawet nie wiedziałem, że jest taka znana - tłumaczy M. Kropielnicki. - Do piekarni chodziłem po podpłomyki. Żydzi przyjeżdżali tutaj po mace szabasowe czy precle aż spod Krakowa, bo mieli zaufanie do Roztoczyńskiego.

Fantastyczny gnieciuch
Jan Grabkowski, starosta poznański, pytany o świat smaków dzieciństwa, odpowiada słowami piosenki Wojciecha Młynarskiego - "Nie ma jak u mamy, ciepły piec, cichy kąt...".

- Pamiętam oczywiście smak landrynkowej oranżady, tej w proszku i w butelce, która jak się otwierało, wydawała specyficzny odgłos. Słychać było takie "puuufff" - opowiada J. Grabkowski. Jednak dzieciństwo kojarzy mi się przede wszystkim z tym, co gotowała mama, a robiła to świetnie. W domu się nie przelewało, ale jedzenie było pyszne.

Starosta podkreśla kunszt kulinarny swojej mamy, która przyrządzała proste, bardzo smaczne dania.

- Ślinka cieknie, gdy pomyślę o ziemniakach z serkiem i do tego mizeria, plackach ziemniaczanych czy zielonych śledziach - mówi J. Grabkowski. - Zanim śledzie trafiły do octu, to zawsze kilka z nich znikało w tajemniczych okolicznościach, czyli w naszych żołądkach. No i fantastyczny gnieciuch. Tak mówiliśmy na ciasto drożdżowe. Było wyśmienite. Czasami piecze je jeszcze moja siostra.

Zupa nic z chmurką
W pamięci Ewy Wycichowskiej, dyrektor Polskiego Teatru Tańca, z dzieciństwa pozostały smaki dobre i niedobre. - Nie znosiłam cielęciny - przypomina sobie pani Ewa. - Żuło się ją jak gumę, których wtedy nie było. W ogóle nie przepadałam za mięsem. Gdy dostałam się do wymarzonej szkoły baletowej, dowiedziałam się, że mięso jeść trzeba, bo daje siłę.
Pierwsze złe smaki wiążą się z przedszkolem i zupą mleczną, w której pływały kożuchy.

Do dobrych wspomnień dyrektor PTT zalicza zupę nic oraz polewkę. - Uwielbiałam zupę nic - wspomina E. Wycichowska. - Mama, jak byliśmy już dorośli, czasami przygotowywała ją na życzenie brata. Nie umiem jej gotować. Pamiętam, że była nieco słodkawa, miała beżowy albo różowy kolor. Zdaje się, że była robiona na bazie budyniu. Na wierzchu kładło się ubite białko. Układaliśmy z niego razem z bratem chmurki, okręciki i takie różne obrazki.

Pani Ewa z bratem chętnie uczestniczyła w kreatywnych zajęciach kulinarnych, np. w pieczeniu ciasteczek.

- Babcia robiła pyszne makaroniki i marcepaniki, które były z dodatkiem kakao - mówi E. Wycichowska. - Ciasto przepuszczało się przez maszynkę do mięsa i układało na blachę. Marcepaniki miały różne kształty. Gdy mieliśmy na nie ochotę, wołaliśmy z bratem "Chcemy pyrki!".

Świąteczne dni kojarzą się pani Ewie między innymi z watą cukrową na patyku czy pierwszymi lodami - Pingwinami.

Beztroskie lata
Wspomnienia mają nie tylko smak, mają też swój zapach - placka drożdżowego, wspólnie z rodzeństwem formowanych ciasteczek, skoszonej trawy, rozgrzanego słońcem piasku, jeziora.

- Wcale to ciasto nie było lepsze, a lody smaczniejsze - twierdzi Michał, tegoroczny maturzysta. - Wszystko, co wiąże się z dzieciństwem, jest wyjątkowe. To najfajniejszy okres w życiu, lata beztroski, budowania zamków z piasku, grania w piłę i bajek czytanych przez tatę lub mamę na dobranoc.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie