Szkoła musi się zmienić, bo inaczej Polska zginie

Mira Suchodolska
Z prof. Januszem Czapińskim, psychologiem społecznym, autorem raportu "Przemoc i inne problemy w polskiej szkole w oczach rodziców 2009", rozmawia Mira Suchodolska.

Dziecko na imprezie, a matka myśli, że na kółku zainteresowań. Niby sprawa stara jak świat, ale przerażająca jest skala tej rodzicielskiej niewiedzy. Rodzice nie mają pojęcia, co się dzieje z ich dziećmi, jak spędzają wolny czas, czy mają kłopoty w szkole.

To najsmutniejszy wiosek, jaki wypływa z badań - wielkim problemem są relacje w polskiej rodzinie. A rodzice nie wiedzą nic o dzieciach, bo się nimi nie interesują. Na przykład połowa z nich nie chodzi na wywiadówki, nie kontaktuje się ze szkołą. A dzieci o niczym rodzicom nie mówią. Nawet wówczas, kiedy mają kłopoty, kiedy padają ofiarą przemocy. Nie mają na tyle zaufania, żeby szukać ratunku u najbliższych. Dlatego ci dowiadują się, że coś złego się dzieje dopiero wówczas, kiedy sprawy przybrały już naprawdę kiepski obrót i przemoc psychiczna przerodziła się w niebezpieczną przemoc fizyczną, która pozostawia ślady na ciele.

Sądzi Pan, że gdyby kontakt domu ze szkołą był bardziej intensywny, coś by się zmieniło? Przecież i rodzice, i nauczyciele są przekonani, że szkoła to bezpieczne, przyjazne dzieciom miejsce. Tylko sami zainteresowani jasno mówią, że jest na odwrót.

To prawda, że gdyby nawet rodzice częściej kontaktowali się ze szkołą, ich stan świadomości o tym, co się tam dzieje, byłby taki sam jak nauczycieli i niczego istotnego by się nie dowiedzieli. O przemocy nauczycieli wobec uczniów ze zrozumiałych powodów - nie będą skarżyli sami na siebie, choć ich naganne zachowania są wynikiem agresji ze strony uczniów, jakiej doświadczają. Ale, generalnie rzecz biorąc, nauczyciele mają nierealistyczny, zbyt optymistyczny obraz stosunków w placówce, w której pracują. Bo oni są dziś bardzo zadowoleni z siebie i swojej pracy. Coraz lepiej zarabiają, robią to, co lubią. To już nie są ci nieudacznicy sprzed lat, którzy szli do szkoły, bo nic lepszego im się nie przydarzyło. Więc nie chcą widzieć i wiedzieć złego, żeby nie zburzyć tego swojego samozadowolenia.

A uczniowie grają w ich grę? Wszystko jest pięknie, nie ma przemocy, narkotyków, alkoholu. Tylko nie rozumiem, z jakiego powodu. Bo przecież to dzieci na tej zmowie milczenia tracą.

Dziecko potrafi kalkulować. I wychodzi mu, że gdyby zwróciło się o pomoc do dorosłego, to straty byłyby większe niż potencjalny zysk. Boi się, że mama czy tata, zamiast się zastanowić, jak rozwiązać problem, pobiegną do szkoły z dziką awanturą, narobią zamieszania i jeszcze większych szkód, które będą skutkowały odrzuceniem i represjami - ze strony kolegów i nauczycieli. Dorośli nie mają autorytetu, dziecko nie ufa, że podejmą mądre działania, by je chronić.

Więc bronią się same. Sprawca szkolnej przemocy - powołam się na Pana badania - był wcześniej ofiarą kolegów lub wychowawców.

To to samo błędne koło, jakie można obserwować w świecie dorosłych. Wśród agresorów jest przewaga chłopców. Taki nabuzowany zadziora, chętny do zwarcia, wreszcie napotyka na silniejszego, który go spierze. Albo inaczej - słabeusz tak długo dostaje w kość, aż dorośnie, i będzie się mścił za swoje krzywdy na słabszych. Jednak w tych badaniach wyszło to, co po raz pierwszy odkryłem w diagnozie społecznej sprzed czterech lat - że dziewczyny dążą do równouprawnienia, także jeśli chodzi o poziom agresji. Widać to zwłaszcza w miastach, w szkołach ponadgimnazjalnych, gdzie sprawczyń przemocy szkolnej jest więcej niż chłopców. To żeńskie tsunami wciąż przybiera na sile.
Oprócz rosnącej agresji dzieci i ich poczucia opuszczenia przez dorosłych z Pana najnowszych badań wynika jeszcze jedna, bardzo niepokojąca rzecz: im starsi uczniowie, tym bardziej są nieufni, niechętnie angażują się na rzecz innych, prace społeczne to dla nich puste pojęcie. A przecież na początku szkolnej edukacji są inni. Otwarci, ciekawi świata, nastawieni na współpracę. Nie sposób uciec od konkluzji - szkoła psuje. Zabija to, co nazywamy kapitałem społecznym.

To także "zasługa" domu. Dziecko przesiąka przekazem, który otrzymuje od rodziców: uważaj, nie ufaj, nie dziel się z innymi, graj na siebie. No i wina szkoły w tym, że temu nie przeciwdziała. Po zmianie systemu wyrzuciła za burtę wychowanie, które kojarzyło się nieprzyjemnie z indoktrynacją z czasów PRL-u, przestawiła się na samo edukowanie. Tak się nie da - socjalizacja młodych Polaków odbywa się także w szkole. Jeśli tam nie dostaną właściwego wzorca, przesiąkają nieufnością rodziców i zamykają się przed innymi jak ślimak w skorupie. A przecież można, za pomocą prostych działań, przemienić funkcję szkoły na bardziej wspólnotową. To nie wymaga nakładów, wystarczy wprowadzić więcej zajęć w zespołach. Zamiast zadawać każdemu dziecku wypracowanie do domu, zlecić tę pracę grupie. Na lekcjach chemii koło jednego palnika ustawić trzy osoby, niech razem robią doświadczenie, choćby reszta palników miała zostać niewykorzystana. Przestać nastawiać się na relacje pojedyncze: ja, nauczyciel i ty, uczeń. Wybrać my - zespół.

Modelowy jest tutaj przykład Skandynawii.

Wie pani, że tam dzieci w ogóle nie przynoszą do domu zadań domowych? Wszystkie odrabiają w szkole - po lekcjach, na świetlicy, pomagając sobie wzajemnie, pod okiem nauczyciela. I to już jest pierwszy krok do integracji dzieci i ich uspołecznienia. Mój młodszy syn także spędza sporo czasu na świetlicy, ale lekcje tam rzadko odrabia. Nauczyciel woli puścić dzieciakom jakiś film albo pozwala im się bawić czy grać na komputerze.

Bo to nie wymaga od niego wysiłku. Ale i tak ma Pan szczęście, że udało się załatwić świetlicę dla syna. Dziś w Polsce to trudne zadanie.

To kolejny wielki problem - jest mało miejsc, więc trzeba przedstawiać zaświadczenia, że rodzice długo pracują, że nie mogą odbierać dziecka wcześniej z zajęć. Albo kolejna polska tragedia, jaką jest walka o miejsce w przedszkolach. Tylko 40 proc. dzieci w wieku od 3 lat uczęszcza do przedszkoli, choć powinny wszystkie. Przedszkola, razem ze szkołą, tworzą pewien ciąg socjalizacyjny - u nas bardzo, bardzo niedoskonały.

I polski system edukacyjny hoduje skrajnych indywidualistów nastawionych na rywalizację, nie współpracę. Zresztą, to podobno dla ich dobra.

Pokutuje bowiem przekonanie, że wspieranie pracy zespołowej mogłoby skutkować tym, że ci mniej zdolni, mniej pracowici, załapaliby się na tylne siedzonka i nie pracując, osiągnęliby efekty porównywalne do tych najbardziej zaangażowanych. Ale przecież ci leserzy i tak zostaliby wyłapani, jest kilka bramek, które trzeba przejść indywidualnie - jak np. egzamin gimnazjalny, matura. Poza tym grupa rówieśnicza eliminuje takich, którzy chcą "się załapać". Szybko musieliby zrewidować swoje postępowanie.
Mam wrażenie, że politykom i działaczom oświatowym brak świadomości, czym kończy się takie wychowanie. Że produkując wycofanych sobków, głęboko szkodzą - jak bardzo by to patetycznie nie zabrzmiało - państwu i społeczeństwu.

Płyniemy na dziurawym statku. Pojawiają się coraz większe dziurki, każdy indywidualnie próbuje wyrwać kawałek poszycia, aby zaczopować wyrwę ze swojej strony, ale to do niczego dobrego nie prowadzi. Dostałem bardzo interesującego mejla od Polki studiującej w Wielkiej Brytanii. Ta kobieta kończyła szkołę średnią w Polsce i przez ponad rok nie była w stanie odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Nie z powodu bariery językowej, ale dlatego że nie potrafiła działać zespołowo. Była wściekła, zdumiona, zakłopotana, że zadania, które zawsze wykonywała sama, teraz przychodzi jej dzielić z innymi. I jej koledzy zaczęli ją traktować jak kuriozum, doznała wykluczenia. Wiele czasu zajęło jej, zanim się przystosowała. Bo w większości krajów rozwiniętych dzieci od małego wdraża się do działań zespołowych, szkoły organizują działania wolontariackie, stają na głowie, aby młodego obywatela nauczyć, jak z powodzeniem działać we współczesnym świecie.

A my nie.

I w rezultacie jest tak, że młody człowiek zaczyna pracę i zachowuje się tak, jak go nauczono: zatrzymuje dla siebie całą masę informacji, tylko z największym oporem się nimi dzieli. Tymczasem w największych, najbogatszych firmach światowych skarbem jest innowacyjność. Czyli wiedza plus pomysł. Tymczasem Polak ma przekonanie, że jeśli podzieli się swoim pomysłem, to albo mu go ukradną, np. cała zasługa przypadnie jego przełożonym, albo go za tę jego wynalazczość koledzy z zazdrości zniszczą. Więc na wszelki wypadek siedzi cicho, bo u nas bycie twórczym nie popłaca.

Premiowana jest za to nieufność, choć właśnie ta cecha narodowa Polaków jest największą przeszkodą dla naszego społecznego rozwoju.

Na rynku liczy się płynność i szybkość zawierania kontraktów. Jeśli nikt nikomu nie ufa, wszystko idzie jak po grudzie. To widać w Polsce - jak długo trwają przetargi, jak silne są wędzidła mające zapobiegać domniemanym oszustwom. W efekcie nawet na usługi na kilkanaście tysięcy złotych organizowane muszą być przetargi. Podam kuriozalny przykład: firma chciała wysłać szybką przesyłkę, ale wcześniej musiała rozpisać przetarg na usługę. I ta przesyłka, zamiast dotrzeć w 24 godziny do adresata, potrzebowała kilku tygodni. I tak jest ze wszystkim, dlatego od krajów zachodnich, z większym kapitałem społecznym, dzieli nas cywilizacyjna przepaść.

Szkoda tylko, że nikt nie widzi związku takiego stanu rzeczy z faktem, że polscy rodzice nie interesują się życiem swoich pociech, których jednym z większych problemów jest szkolna przemoc.

Ważne, że zaczynamy o tym rozmawiać. Dobra komunikacja jest podstawą do rozwiązania problemu.

Wideo

Materiał oryginalny: Szkoła musi się zmienić, bo inaczej Polska zginie - Polska Times

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

d
dziadek

Obecna młodzież w stosunku do młodzieży z lat np. 70, jest nie douczona, z bardzo niskim ilorazem inteligencji. Jak w latach 70 na 100% ośmioklasistów po szkole podstawowej to 0d 10% do 20% uczni kończących podstawówkę było grupą zagrożoną kryminałem. Obecnie 50% co drugi uczeń staje się kryminalistą i kończy swą edukację a jeśli zaczyna to edukacja przeważnie kończy się na drugiej klasie szkoły ponad podstawowej/gimnazjalnej. A ci co kończą taką szkołę mają zero wiedzy z historii współczesnej na temat własnego kraju. Mało tego są nie przygotowani do życia codziennego, zwłaszcza w relacjach pracodawca a pracobiorca, i nie tylko a okazuje się że jeśli chce dochodzić swych praw w sądzie to wtedy widzi jaka to droga przez mękę i to bez gwarancji na sprawiedliwość.

B
Belfer

Akurat za jego czasów szkola uczyla wspólpracy, ale urzędasy wszystkow zabily!Gdzie jest harcerstwo, szkolne wspólzawodnictwa sportowe(drużynowe!) pomiędzy klasami, prawdziwa turystyka i krajoznawstwo???Teraz trzeba by zacząć zmiany od góry i na pewno nie tak jak chce Czapiński!!!
Szkoda że pytają tylko takich jak on "znawców teoretyków" od siedmiu boleści, a nie praktyków-nauczycieli:-(

Z
Zibi Kit

J. Czapiński rocznik 1951, do szkoły podstawowej chodził w latach 1958-66. Toż wtedy dawano w łapę linijką? I pewnie to spowodowało że dzisiaj jest profesorem, a nie menelem. Bo gdyby mógł skopać nauczyciela, ewentualnie opluć nauczycielkę to w końcu czując się bezkarny, robiłby gorsze rzeczy. A tak dostał linijką po łapie, poklęczał trochę w kącie i nauczył się tabliczki mnożenia. Niestety dzisiaj pan J. Czapiński a także inni obrońcy młodzieży, próbują wynaleźć nowe sposoby wychowania... Idiotyczna obrona prezentowana przez tych pseudo-humanistów, doprowadza młodzież najwyżej do kryminału. Suka jak chce skarcić młode kąsa, nie bawi się w dyplomację. Nauczyciel nie ma żadnej możliwości skarcenia ucznia. Bo ten może przecież mieć ADHD, dysleksję i inne schorzenia. A do tego w jego obronie staną wszystkie media i wielu pseudo-naukowców.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3