Trefny kamień - szpiegowska historia Petera Burke

PAWEŁ SKUBISZ
Peter Burke na zdjęciu operacyjnym wykonanym przez kontrwywiad SB
Peter Burke na zdjęciu operacyjnym wykonanym przez kontrwywiad SB FOT. ARCHIWUM IPN W WARSZAWIE
W środku listopadowej nocy na południowych przedmieściach warszawskiej Pragi rozbłysły niebieskostalowe milicyjne światła. Grozę sytuacji potęgowały syreny kolejnych przybywających pojazdów bezpieki. Na pustą o tej porze ul. Widoczną wybiegło kilkudziesięciu mężczyzn, którzy siłą wyciągnęli z samochodu samotnego kierowcę.

Zdarzenie to, które wśród obywateli komunistycznej Polski wywoływało najgorsze możliwe skojarzenia, funkcjonariuszom Służby Bezpieczeństwa przyniosło długo wyczekiwany sukces. Po 54 dniach oczekiwania, w misternie przygotowaną pułapkę, wpadł kolejny szpieg – tym razem amerykański dyplomata.

Operator CIA – „Amon-79”

Zatrzymanym na gorącym uczynku 25 listopada 1979 r. okazał się Peter Bastion Burke, III sekretarz Wydziału Politycznego Ambasady USA w Warszawie w randze wicekonsula. Przybył on do PRL zaledwie kilka tygodni wcześniej – 2 września 1979 r. – wraz z żoną Margaret Ann z d. Loomis oraz dziewięciomiesięcznym synkiem o imieniu Matthew. W ambasadzie przejął obowiązki po swoich poprzednikach, których zidentyfikowano jako kadrowych oficerów CIA. Wśród nich wymienić należy Edwarda Smitha, rozpracowywanego przez SB w ramach sprawy o krypt. „Amon – 76”, a który m.in. szkolił w działalności szpiegowskiej Zenona Celegrata w Wietnamie czy też Philipa Williama Norville’a (krypt. „Amon-77”) podejrzewanego o werbowanie Polaków do współpracy z Amerykanami. Uwadze funkcjonariuszy Departamentu II MSW nie uszedł fakt, że Burke mieszkał w Wirginii, zaledwie półtora kilometra od centrali CIA w Langley. Ostatecznego dowodu szpiegowskiej profesji Burke dostarczyło KGB, pisemnie informując Departament II MSW o zdemaskowaniu dyplomaty jako kadrowego pracownika wywiadu amerykańskiego na terenie Kamerunu, jednak bez wskazania konkretnych okoliczności identyfikacji. Dlatego już 4 września 1979 r. SB wszczęło Sprawę Operacyjnego Rozpracowania kryp. „Amon-79”, inwigilując Amerykanina poprzez tajnych współpracowników, obejmując go okresową obserwacją zewnętrzną przez funkcjonariuszy Biura „B” MSW, a także zakładając podsłuch telefoniczny w jego domu. Rozpoczęto systematyczne zbieranie informacji na temat Burke. Ustalono, że dyplomata urodził się w New Jersey w lutym 1946 r. Studia z zakresu nauk politycznych ukończył w 1968 r. na Cornell University w Ithaca w stanie Nowy York. Następnie podjął służbę w Marynarce Wojennej Stanów Zjednoczonych, na bliżej nieokreślonych stanowiskach analitycznych. Od 1973 r. kontynuował ją w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego (ang. National Security Council), będącej federalnym organem odpowiedzialnym za bezpieczeństwo i obronność USA. Po roku został przeniesiony do Departamentu Obrony jako urzędnik ds. oceny projektów, aby w lipcu 1976 r. trafić do Departamentu Stanu, czyli amerykańskiego odpowiednika służby dyplomatycznej. W tym samym roku wyjechał do Kamerunu i pracował w Ambasadzie USA w Jaunde w Wydziale Polityczno- Ekonomicznym. Po przybyciu do PRL zamieszkał wraz z rodziną w mieszkaniu przy ul. Łowickiej. Tajni współpracownicy SB charakteryzowali go jako eleganckiego, energicznego i inteligentnego mężczyznę, chętnie rozmawiającego w języku polskim. Niemniej w otoczeniu Polaków bardzo mocno kontrolował sytuację, co podkreślała gosposia państwa Burke, zwerbowana przez bezpiekę pod pseud. Saba.

Dziwna pętla

Wytypowanie Petera Burke jako operatora CIA, działającego w Ambasadzie USA w Warszawie, okazało się niezwykle trafne. Dyplomata dysponujący najpierw jednym samochodem osobowym, a następnie dwoma autami, codziennie penetrował ulice stolicy, nie ograniczając się do przejazdu standardową trasą pomiędzy miejscem zamieszkania a budynkiem ambasady. Dodatkowo wykorzystywał w tym celu długie spacery z psem. Kluczowy dla niniejszej sprawy okazał się 4 października 1979 r. Tego dnia funkcjonariusze Biura „B”, obserwujący Petera Burke, zauważyli, że przemieszczał się on samochodem bardzo wolno, stosując – jak to wówczas określano w żargonie SB – samokontrolę. Czujność bezpieki uległa zwiększeniu, gdy okazało się, że „Amon-79”, aż jedenaście razy w ciągu dnia pokonał trasę pomiędzy domem a pracą. Do tego jeszcze doszły informacje z Biura „T”, odpowiedzialnego za podsłuchy telefoniczne. W jednej z rozmów telefonicznych małżeństwo Burke zostało zaproszone na kolację do domu attaché prasowego Ambasady USA – Richarda Andrewa Virdena (rozpracowywanego przez SB w sprawie krypt. „Augur-77”). Wydało się to bardzo podejrzane, bo Amerykanie zawsze planowali spotkania prywatne z dużym wyprzedzeniem, ponadto w naturalny sposób mogli się umówić osobiście w pracy bez potrzeby rozmowy telefonicznej. Sama konwersacja miała sztuczny charakter i wzbudziła u funkcjonariuszy SB podejrzenia, że rozmówcy świadomi podsłuchów telefonicznych, próbowali nieudolnie zamaskować inny cel spotkania w podwarszawskim Aninie. Wszystkie te przesłanki spowodowały, że zdecydowano o kontroli Burke w bardzo dyskretny sposób, tylko z punktów zakrytych i doraźnych stałych posterunków obserwacyjnych, aby w miarę dokładnie ustalić trasę przejazdu dyplomaty na przyjęcie i jego drogę powrotną. Już wcześniej takie ostrożne działania SB przynosiły wymierne efekty, jak choćby w wypadku obserwacji Carla Edwarda Gebhardta (sprawa krypt. „Adrian-72”), która doprowadziła do zdemaskowania jako szpiega Stanisława Dembowskiego czy też Williama Jacksona Galbraitha (sprawa krypt. „Adrian-76”), która ujawniła współpracę z CIA Zenona Celegrata. Późną nocą z 4 na 5 października 1979 r. małżeństwo Petera i Margaret Burke wyjechało po przyjęciu z Anina ul. Stradomską, Bronisława Czecha, Płowiecką. Na wysokości ul. Marsa „Amon-79” zawrócił w kierunku Anina, aby następnie wjechać w ul. Błękitną i Widoczną, którą to arterią, po przejechaniu pod wiaduktem, ponownie dojechał do ul. Płowieckiej. Stamtąd przez most Łazienkowski dotarł standardową drogą do domu. Funkcjonariuszy Biura „B” zaintrygowała pętla w rejonie wymienionych ulic i relatywnie niska prędkość przejazdu, którą oceniono na zaledwie 40 km na godzinę. Po analizie zachowania dyplomaty SB wytypowała trzy martwe pola, w których mógł on swobodnie złożyć materiały szpiegowskie. Na tej podstawie przystąpiono do przeszukania terenu i właśnie tuż za wiaduktem przy ul. Widocznej, przy drewnianym słupie niedziałającej trakcji elektrycznej, znaleziono szary kamień, który okazał się kontenerem z materiałami szpiegowskimi.

„Bolero”

Wieczorem 5 października 1979 r. kierownictwo Departamentu II MSW podjęło decyzję o podłożeniu atrapy kontenera. W oryginalnym pojemniku znaleziono instrukcję wywiadowczą dla szpiega, której treść wskazywała na agenta związanego z Jednostką Wojskową nr 2326 w Warszawie, czyli 61. Dywizjonem Artylerii Rakietowej w podwarszawskich Małocicach, wchodzącym w skład 3. Łużyckiej Dywizji Artylerii Obrony Powietrznej Kraju. Na wyposażeniu jednostki znajdowały się m.in. nowo zakupione w ZSRS zestawy rakietowe krótkiego zasięgu S-125 „Newa”, zapewniające obronę przeciwlotniczą dla Warszawy. Z instrukcji wywiadowczej nie wynikało jednoznacznie, czy chodzi o żołnierza, czy też cywila, dlatego zdecydowano o realizacji sprawy przez funkcjonariuszy Departamentu II MSW, dopytując tylko w drodze pisemnej WSW, czy nie prowadzi gry operacyjnej z Amerykanami w rejonie południowej Pragi. W kontenerze znajdowały się ponadto: instrukcje wywiadowcze na specjalnej przezroczystej folii (jako kopia instrukcji papierowej), kalka sympatyczna, 2 pastylki ze środkiem do wywoływania tajnopisów i 300 dolarów amerykańskich w 20 dolarowych banknotach. W związku z odnalezieniem powyższych dowodów szpiegowskiej działalności, ściśle powiązanych z dyplomatą amerykańskim Peterem Burke, kierownictwo Wydziału I (potocznie nazywanym amerykańskim) Departamentu II MSW podjęło w dniu 10 października 1979 r. decyzję o rozpoczęciu Sprawy Operacyjnego Rozpracowania krypt. „Bolero”. Co ciekawe, w planie czynności operacyjnych tej sprawy zatwierdzonym dzień później, ustalono zasady zatrzymania „pracownika CIA w momencie zabierania pojemnika z wyposażeniem szpiegowskim, złożonego uprzednio dla NN agenta w tajnej skrytce na terenie Warszawy”. W naturalny sposób należałoby założyć, że pojemnik zostanie odebrany przez agenta CIA, a nie przez pracownika tej służby. Być może o takim zapisie planu zdecydowała pragmatyka kontrwywiadowcza i fakt, że kontener nie został podniesiony w ciągu kolejnych sześciu dni od złożenia przez agenta. Niezależnie od tego powołano w Wydziale I Departamentu II MSW specjalną grupę operacyjną, w skład której weszli: Bogusław Jędrzejczyk (naczelnik wydziału), Marian Piszcz, Zbigniew Twerd (zastępcy naczelnika wydziału) i 10 funkcjonariuszy SB, w tym inspektor Gromosław Czempiński (późniejszy szef Urzędu Ochrony Państwa). Polowanie kontynuowano do skutku.

„Wiadukt”

Rozważając kolejne scenariusze realizacji Sprawy Operacyjnego Rozpracowania o krypt. „Bolero” wdrożono Przedsięwzięcie Operacyjne o krypt. „Wiadukt”. Zakładało ono ujawnienie przejazdu samochodów Ambasady USA w Warszawie i prywatnych aut dyplomatów w pobliżu złożenia kontenera, a przede wszystkim zatrzymanie osób, które próbowałyby podjąć martwą skrzynkę. W tym celu oddelegowano do obserwacji miejsca złożenia kontenera funkcjonariuszy SB z Wydziału II i częściowo Wydziału „V” Biura „B” MSW. Pod kamieniem zainstalowano elektroniczny czujnik ruchu z sygnałem dźwiękowym. W pobliżu zlokalizowano stałe punkty zakryte do obserwacji, m.in. w położonych nieopodal mieszkaniach prywatnych, w barakowozie ustawionym na terenie kolejowym i w samochodach służbowych SB. Miejsce było dodatkowo monitorowane przy użyciu kamer, w tym sprzętu z możliwością nagrywania w warunkach nocnych. W wypadku zatrzymania szpiega na gorącym uczynku dopuszczono możliwość wybicia szyb przy użyciu broni służbowej – pistoletu, gdyby zatrzymywany zamknął się w środku pojazdu, a także staranowania uciekającego samochodu przez radiowóz milicyjny. Tak rozpoczął się najdłuższy w historii SB – bo trwający aż 47 dni – okres oczekiwania na szpiega w miejscu złożenia kontenera. Jednocześnie nie zaprzestano obserwacji samego Petera Burke w ramach SOR krypt. „Bolero”. Uwadze SB nie umknął fakt wyjazdu dyplomaty do Frankfurtu w RFN w celu zakupu samochodu, co zinterpretowano jako kamuflaż dla konsultacji prowadzonych z przełożonymi odnośnie dalszych działań dotyczących kontenera przy ul. Widocznej.

„Jestem amerykańskim dyplomatą”

Po niemal siedmiu tygodniach obserwacji, kiedy nawet kierownictwo SB zaczęło wątpić w sens kontynuowania operacji, nastąpił długo oczekiwany przełom. Zachowanie pracowników Ambasady USA w Warszawie, a szczególnie samego Petera Burke wskazywało, że ponownie szykuje się on do wykonania szpiegowskiego zadania. 24 listopada 1979 r. obserwujący dyplomatę funkcjonariusze SB odnotowali wzmożone przemieszczanie się po ulicach Warszawy z elementami tzw. samokontroli. Ponadto ponownie doszło do telefonicznych rozmów z attaché prasowym Richardem Virdenem w celu umówienia się na rodzinną, wieczorną kolację. Utwierdziło to funkcjonariuszy SB, że zbliża się moment podjęcia kontenera przez operatora CIA. Rzeczywiście rodziny spotkały się na przyjęciu, a następnie Peter odwiózł najbliższych do domu. Sam zaś po pewnym czasie wyjechał w kierunku ul. Widocznej, gdzie dotarł 25 listopada 1979 r., o wpół do drugiej w nocy. Zatrzymał samochód osobowy marki Fiat 131 Mirafiori (na dyplomatycznych numerach rejestracyjnych WZ-1172) tuż przy drewnianym słupie nieopodal wiaduktu drogowego. Na chwilę wyszedł z pojazdu, podniósł kamień, będący kontenerem i uruchomił niewidoczny alarm, który poderwał do działania funkcjonariuszy Biura „B” i Departamentu II MSW. Zanim Burke zdążył odjechać, został zatrzymany na gorącym uczynku i obezwładniony. W jego aucie znaleziono kontener i aparaturę podsłuchową do śledzenia łączności MO i SB. Przestraszony zakomunikował funkcjonariuszom „jestem amerykańskim dyplomatą”, powtarzając to po polsku i angielsku. Zgodnie z wcześniej zatwierdzonym planem, przewieziono go do Komendy Stołecznej MO. Tutaj poddano rewizji i rozpoczęto przesłuchanie dokumentowane na taśmie magnetofonowej i przy użyciu kamery wideo. Zatrzymanie Burke wywołało istotną sekwencję zdarzeń. Zaniepokojona żona poinformowała o godzinie 5 rano pracowników Ambasady USA o zaginięciu męża. Panika, do jakiej doszło w placówce dyplomatycznej po jej telefonie, pozwoliła SB na potwierdzenie składu osobowego rezydentury CIA w Warszawie poprzez analizę rozmów telefonicznych i obserwację spotkań osobistych pomiędzy Amerykanami. Jednocześnie w godzinach porannych wezwano do KSMO radcę Ambasady Chares’a Emmons’a (krypt. „Artysta”) oraz przedstawiciela Protokołu Dyplomatycznego z polskiego MSZ, przed którymi ujawniono informacje o podjęciu przez Petera Burke kontenera szpiegowskiego, a także zaprezentowano zarekwirowany sprzęt do nasłuchu częstotliwości milicyjnych. Zatrzymany utrzymywał konsekwentnie, że jest amerykańskim dyplomatą. Sprawa Burke została w kolejnych miesiącach wykorzystana przez kierownictwo partyjne PRL w dyplomatycznych negocjacjach pomiędzy państwami, zaś „Amona-79” zmuszono do natychmiastowego wyjazdu z Polski. Kilka dni później SB zidentyfikowała agenta CIA, który nie odebrał kontenera.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Zobacz Instahistorie Karoliny Stanisławczyk!

Materiał oryginalny: Trefny kamień - szpiegowska historia Petera Burke - Nasza Historia

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

J
Jan Borowy
Tajne służby mają to do siebie, że swymi sukcesami chwalą się w sposób bardzo specyficzny. Nie lubią się chwalić ani sukcesami ani porażkami bo mogą to być ważne informacje dla innych zainteresowanych. Nie wiadomo, ile jeszcze będzie musiało minąć lat (czyli pokoleń) zanim poznamy prawdę o Kuklińskim. Tzn. Amerykanie oficjalnie przyznają, że mieli fałszywkę i wszyscy nią grali swą grę.
Wróć na gloswielkopolski.pl Głos Wielkopolski
Dodaj ogłoszenie