Z dr. Filipem Przybylskim-Lewandowskim, adwokatem, ekspertem prawa rolnego, filozofem i teoretykiem prawa, o konsekwencjach nowo przyjętej ustawy o obrocie ziemią rolną rozmawia Łukasz Kłos. Rzadko widuje się specjalizację rolną w portfolio adwokackim...

Mógłbym - jak to nieraz prawnicy mają w zwyczaju - opowiedzieć baśń o tym, jak to od zawsze fascynował mnie obrót prawny w rolnictwie, ale prawda jest prozaiczna. Specjalizację wyznaczają klienci i sprawy, z jakimi się zgłaszają. Inna rzecz, że z rolnictwem, jako takim, styczność miałem od dzieciństwa. Latem jeździłem często do wujostwa na wieś. Ciotka była technologiem, dzień w dzień wstawała o 3.30 rano doglądać udoju.

Wuj, jako zootechnik, ciął krowom racice. Musiał to robić o świcie, bo wtedy krowy były wypoczęte i w humorze. Widziałem ludzi, którzy po kilkanaście godzin dziennie harowali na roli i przy obrządku i na własne oczy mogłem przekonać się, że to ciężka praca.  

Co zdobyte doświadczenie podpowiada Panu w sprawie ustawy o obrocie ziemią rolną?

Pierwszą zasadniczą sprawą jest to, że ustawa - w moim odczuciu - jest ewidentnie niekonstytucyjna co najmniej z dwóch powodów: uniemożliwia zostanie rolnikiem osobom, które dotąd tym zawodem się nie parały, oraz drastycznie ogranicza swobodę obrotu nieruchomościami.  

 

Czytaj też: Nowe przepisy ustawy o obrocie ziemią. Skrajne zdania rolników

 

W ustawie nie ma wpisanego zakazu bycia rolnikiem.

Ale w praktyce uniemożliwia ona stanie się nim. Owszem, można ukończyć ten czy inny kurs, ale do prowadzenia roli potrzebne jest też doświadczenie. W przeciętnym europejskim państwie jest tak, że jeżeli ktoś chce zostać stolarzem, to otwiera zakład i zostaje stolarzem. To, czy on nadaje się do stolarki, czy nie, weryfikuje później rynek. Ustawa o obrocie ziemią de facto cofa nasze rolnictwo o ponad sto lat do okresu rozdrobnienia rolnego. To, że taki model funkcjonowania jest nieefektywny, pokazały kolejne dekady i procesy rynkowe. I wreszcie trzecia rzecz, bodajże najbardziej dotkliwa dla samych rolników.

Jaka?

Utrzymanie postanowień ustawy w obecnym kształcie będzie skutkowało w krótkim czasie zatrzymaniem kredytowania rolnictwa. Żaden bank nie będzie chciał udzielić kredytu pod zastaw ziemi, której nie da się zbyć w drodze ewentualnej egzekucji. Pierwotny projekt ustawy zawierał klauzulę, że ograniczenia w obrocie ziemią nie dotyczą egzekucji długu. W uchwalonej ustawie tej klauzuli nie ma. Powstaje więc pytanie, jak przeprowadzić egzekucję z działki rolnej? Nie zagłębiając się w szczegóły formalne, krąg ewentualnych nabywców jest mocno zawężony. W zasadzie ogranicza się do rolników-sąsiadów z gminy zadłużonego gospodarza. A wyobraża pan sobie, jak by na wsi spoglądano na tego, który wykorzystałby okazję i na licytacji komorniczej za trzy czwarte albo dwie trzecie wartości wykupił ziemię swojego sąsiada? Trzeba znać mentalność rolników i ich przywiązanie do ziemi, by wiedzieć, że byłaby to rzecz niewybaczalna w oczach całej społeczności. Wiem też, że już pierwsze banki wycofały się z udzielania kredytów rolnikom. A do tego dojdzie jeszcze nieprzewidywalność egzekucji bardzo powszechnych w rolnictwie kredytów kupieckich. Kredytowane jest ziarno pod zasiew, kredytowane są nawozy i maszyny, kredytowane wreszcie są młode zwierząt hodowlanych i pasza.

PiS mówi: musimy chronić polską ziemię przed wykupem, bo stracimy grunt pod nogami.

I zgoda - co do zasady. Wszystkie kraje Unii chronią swój rynek. Weźmy przykład zakładów Ursus, których nie trzeba chyba przedstawiać. Teoretycznie mamy w UE swobodny przepływ towarów, nasze rynki są otwarte. A takie Niemcy, poprzez odpowiedniki naszego Urzędu Dozoru Technicznego, czynią takie utrudnienia w homologacji maszyn Ursusa, że to woła o pomstę do nieba! I co? I nic, nie ma na to silnych. Uważam, że Polska także powinna dokładać wszelkich starań, by chronić swoich obywateli, rodzimą gospodarkę, w tym także rolnictwo. Dlatego zgodzę się, że trzeba chronić naszą ziemię przed niekontrolowanym wykupem.

Pana zdaniem, groźba wykupu ziemi przez cudzoziemców jest realna?

Na pewno zainteresowanie polską ziemią ze strony zagranicznych podmiotów było. Mamy dobre ziemie i dobre warunki do budowy dużych zakładów. Na to potrzeba jednak kapitału, którego w Polsce jest stosunkowo mało. Jest on za to na Zachodzie, i to potężny. W takiej sytuacji olbrzymiej dysproporcji trzeba chronić własny rynek. To trochę jak z siecią wod.-kan. Gdy ciśnienie w rurach jest duże, musi pan tak założyć instalację, żeby woda nie wybiła na całe mieszkanie.

To dlaczego ustawa rolna, ta o zakazie wyprzedaży ziemi Skarbu Państwa, nie podoba się Panu?

Bo to zbyt prosta, ba - prostacka! - próba rozwiązania problemu. Co to za wyjście: „zamykamy, bo tak”? Absurd! Ochrona ziemi, ochrona rodzimego rolnictwa musi być oparta na jakiejś wizji. Ograniczenie obrotu ziemią nie umocni gospodarstw rolnych. W zasadzie tę ustawę należałoby rozpatrywać wyłącznie w kategoriach ruchu politycznego - próby odbicia przez PiS elektoratu drobnorolnego spod wpływów PSL. Proszę mi bowiem powiedzieć, jaka inna korzyść stoi za zamknięciem dużym gospodarstwom drogi rozwoju?

Politycy PiS przekonują, że gospodarka rolna powinna być oparta o gospodarstwa rodzinne. To jest wpisane w konstytucję.

A w którym artykule Konstytucji RP, choć chyba już w rzeczywistości nieobowiązującej,  wpisany jest limit powierzchni gospodarstwa rodzinnego? Podpowiem: w żadnym! Dlatego powtórzę, że uważam tę ustawę za realizującą w głównej mierze interes polityczny partii rządzącej. Dla PiS korzystniej jest utrzymywać stan rozdrobnienia rolnego, bo w demokracji każdy głos liczy się jako sztuka. Im więcej drobnych gospodarzy, których obrońcą obwołali się rządzący, tym więcej którejś jesieni będzie głosów dla partii władzy.

Może mówi tak Pan, bo pracował z dużymi graczami rolnymi?

Ależ nie jestem żadnym orędownikiem gospodarstw wielkopowierzchniowych! Podkreślam tylko, że efektywne rolnictwo wymaga odpowiednio dużej skali działania. Tę skalę osiąga się poprzez koncentrację ziemi, ale także poprzez zrzeszenia producenckie czy spółdzielnie rolne. Moją idee fix jest to, by polski rynek rolny unowocześnić - najlepiej poprzez wprowadzenie rodzimych instrumentów finansowych, giełdy rolnej, agencji raitingowej polskiego rolnictwa, finansowych instrumentów pochodnych, systemu autoryzacji produktów regionalnych, spójnej polityki wsparcia finansowego, ubezpieczeniowego i politycznego eksportu polskich produktów rolnych. Przez ostatnich dziesięć lat Polska zrobiła bardzo duży skok na rynkach rolnych. Ten skok byłby większy, gdyby państwo wspierało duże podmioty rolne. Tymczasem z różnych pobudek politycznych kolejne rządy rzucały im kłody pod nogi. PiS swoją ustawą w zasadzie sparaliżowało ich rozwój. Z jednej strony mówi się o potrzebie ochrony rolnictwa przed żarłocznymi wilkami z zagranicy, z drugiej utrzymuje stado w rozbiciu. To działanie nieracjonalne. Dlaczego na przykład nie wprowadzono preferencji dla spółek rolnych, grup producenckich lub spółdzielni rolniczych, w których udział większościowy mają polscy rolnicy lub polskie firmy? Dlaczego zamiast związkom wyznaniowym to takim właśnie podmiotom nie przyznano ułatwień w nabywaniu ziemi?

A może to po prostu jest inny punkt widzenia na rolnictwo?

Z pewnością jest inny, i nieraz mi obcy. Bo kiedy widzę, jaka jest płodność hektara pszenicy i przeliczę to na cenę za tonę, to dostrzegam gigantyczny potencjał, jaki tkwi w polskim rolnictwie. Nie wykorzystamy go, utrzymując rozdrobniony rynek producencki i archaiczny ustrój rolny.

Politycy PiS pewnie by ripostowali, że lepszy polski, choćby nawet rozdrobniony, niż efektywny, ale obcy.

Polacy lubią siebie straszyć niekontrolowanym napływem kapitału z Zachodu. Oczywiście, możemy sobie powtarzać - nierzadko słusznie - że pochodzi on z wydrenowania dawnych kolonii, z „łobuzerki politycznej” czy wszelkich innych dziwnych układów, na bazie której państwa zachodu często opierają swoją potęgę gospodarczą. Przede wszystkim ten kapitał bierze się jednak z tego, że państwa zachodnie sprzyjają swoim obywatelom. Państwo polskie swoim obywatelom sprzyjać nie umie - z wyłączeniem wąskich grup szlachty czy nomenklatury partyjnej w odpowiednich epokach. PiS stawia na rozdrobnienie. Warto jednak uświadomić sobie, jakie ono niesie skutki.

A jakie niesie?

Jak gospodarz ma swoje piętnaście hektarów i osiem świń, to on te świnie sprzeda za psie pieniądze, bo żaden zakład przetwórstwa nie jest zainteresowany detalicznym skupem - przetwórca potrzebuje jednolitej znacznej partii surowca.

Dlaczego?

To kwestia przede wszystkim jednolitości partii - mięso z uboju musi mieć możliwe stałe parametry. A tego zakład nie osiągnie, skupując tu po dwie, tam po trzy świnki. Przetwórni łatwiej jest też kontrolować jakość dostaw, gdy bada się jedną wielką, a nie kilka małych, osobnych. Wreszcie obsługa dostawców detalicznych to także wyższe koszty. Z każdym trzeba się przecież dogadać, każdego rozliczyć. Wielkim zakładom to się nie opłaca, dlatego jedynym rozwiązaniem dla małorolnego gospodarza jest sprzedaż pośrednikom. A cena u pośredników jest niższa, wiadomo - pośrednik też musi zarobić na swojej działalności.

Jaka może być na to rada?

Gdyby w Polsce działała giełda towarowa, giełda z prawdziwego zdarzenia, to taki rolnik mógłby podać ofertę zbycia, a z giełdy dostałby sygnał, jak duże jest zapotrzebowanie i na jaką cenę mógłby liczyć. Tymczasem w Polsce nie ma profesjonalnej giełdy towarowej ani też nie ma samej kultury obrotu giełdowego w branży rolnej. Co by jednak nie mówić, z kontrahentami zawsze będzie łatwiej rozmawiało się komuś, kto ma na zbyciu sto świń niż temu z pięcioma. Większy zawsze będzie więcej mógł. A my - na przekór zasadom tego świata - rozdrabniamy się.

A jak powinniśmy wobec tego działać?

Moim zdaniem, godne rozważenia przez obecnie sprawujących rządy jest stworzenie giełdy rolnej, obejmującej swym zasięgiem Polskę i kraje Europy Wschodniej, a dalej - skonstruowanie instrumentów pozwalających preferować polskie spółki, spółdzielnie i grupy producenckie w sektorze rolnictwa; potrzebne jest też wypracowanie mechanizmów pomocy dla polskich producentów zainteresowanych eksportem, jak również przetwórców zorientowanych na inwestycje w zakłady spożywcze za granicą, które mogłyby przetwarzać polskie płody rolne, wreszcie wyznaczanie głównych kierunków zagranicznej ekspansji polskich firm, do takich przykładowo krajów jak Iran, Mongolia, Białoruś, Chiny. Niezbędne byłoby także wspieranie obrotu z tymi krajami. Istotne jest w tym zakresie zaktywizowanie banków, ubezpieczycieli i agencji rolniczych, tak aby ich działalność wspierała ekspansję zagraniczną polskich przetwórców produkujących z polskich zbóż i mięsa.

 

 

Rozmawiał Łukasz Kłos

 


Polub Strefę  AGRO Pomorskie na Facebooku!