W jego oku widzą błysk Kazimierza Górskiego

Rafał RomaniukZaktualizowano 
Polskapresse
O Franciszku Smudzie, nowym selekcjonerze piłkarskiej reprezentacji, wielu mówi, że to Nikodem Dyzma polskiego futbolu. Coś w tym musi być, skoro nawet Andrzej Grajewski, człowiek, który dał mu pracę w Widzewie Łódź, na pytanie, skąd go wziął, z rozbrajającą szczerością odpowiada: "No jak to skąd? Ze wsi".

Smuda urodził się w liczącej niecałe 4 tys. mieszkańców Lubomi, wsi koło Wodzisławia Śląskiego. - On o Lubomi nigdy nie mówi, jakby się trochę tego pochodzenia wstydził - opowiada Józef Siara, kolega z boiska z czasów wspólnej gry w Unii Racibórz.

Nie ma jak u mamy

Gdy w czwartek prezes PZPN_Grzegorz Lato ogłaszał, że Smu-da został wybrany na selekcjonera, w jego rodzinnym domu zapanowała euforia. - Sama siedzę, aż mi się słabo zrobiło, pochorowałabym się prawie. Córka Krystyna jest radną i obraduje na sesji, a drugi syn, Jan, na kopalni. Cieszę się, dumna jestem, że tak wysoko zaszedł, ale się o niego boję. Że krótko będzie, bo ludzie mu spokoju nie dadzą. Widzi pan, co się teraz w tej piłce działo - komentowała na gorąco mama selekcjonera pani Marta. - Teraz na Wszystkich Świętych przyjedzie. Jak zwykle zrobię mu ulubioną kaczkę pieczoną, kawałek rolady, trochę cielęciny, modro kapusta, kluski. Bo on tylko w tych hotelach je, a przecież nie ma jak u mamy...

- Tak swoją drogą to jeszcze niedawno marzył tylko o trzech rzeczach: chciał być trenerem Wisły Kraków, Lecha Poznań i Petrochemii Płock. Chyba nie żałuje, że to trzecie marzenie zamienił na reprezentację. Tym bardziej że jak miał 18 lat, to musiał od nas odejść, bo był... za słaby - żartuje Siara.

Faktycznie, "Franz" grał wprawdzie w kilkunastu klubach - w Polsce, USA i Niemczech, ale nigdzie nie był nawet średniakiem. Miał jednak szansę przypatrywać się najlepszym. Gdy był w Legii, występował w jednej drużynie z Kazimierzem Deyną i Lesławem Ćmikiewiczem. W Stanach biegał po boisku w tym samym klubie co kończący karierę George Best.

Niemiecka pedanteria

Gdy został trenerem, początkowo zapowiadało się, że skończy ją z podobnym skutkiem jak karierę zawodniczą. Zaczął w regionalnych klubach niemieckich, później szkolił kluby tureckie. Wreszcie przyszła propozycja z Mielca, by objął Stal. Przełom nastąpił w Widzewie, z którym nie dość, że zdobył dwa mistrzostwa Polski, to awansował do Ligi Mistrzów.

W Łodzi Smuda początkowo był postrzegany niczym Gall Anonim. Gdy został wybrany trenerem Widzewa, dziennikarzom decyzję o nominacji przekazywał ówczesny współwłaściciel klubu, Libańczyk Ismat Koussan. - Trenerem będzie Szmuda - łamaną polszczyzną powiedział Koussan. - Trzeci raz? - zapytał jeden z reporterów radiowych. - Nie Żmuda, tylko Szmuda - odpowiedział Libańczyk.
Na dotarcie z Norymbergi, gdzie wówczas mieszkał, do Łodzi nieznany w Polsce szkoleniowiec miał zaledwie kilkanaście godzin. - Jeśli chcesz pracować w Widzewie, to na 10 masz być na treningu - powiedział mu wieczorem Andrzej Grajewski. Smuda wsiadł do sfatygowanego BMW i rano był na stadionie. Piłkarze nie mogli się nadziwić, że taki gruchot nie odmówił po drodze posłuszeństwa. Dziś "Franz" jeździ lepszymi samochodami, ale zawsze są to auta niemieckie.

Nie ukrywa, że do tego kraju jest szczególnie przywiązany. Nauczył się tam nie tylko dyscypliny, ale i porządku. Podobno w domu wszystko musi leżeć na swoim miejscu. Nie może usiedzieć, gdy widzi wokół siebie bałagan.

W Łodzi szybko stał się rozpoznawalny. Był bohaterem kilku dżingli lokalnych rozgłośni radiowych. Hitem była jego wypowiedź z początków pracy w Polsce, gdy ze Stalą Mielec przyjechał na mecz do Łodzi: - Bałem się, że chłopaki nie wytrzymią, ale wytrzymieli.

Kilka lat później, gdy już był trenerem Widzewa, na pytanie o słabą formę Rafała Siadaczki odpowiedział: - Siadaczka, maczka, taczka, padaczka.

Radiowcy zacierali ręce przed każdą wypowiedzią Smudy. Nie dlatego, że mówił jak filozof futbolu. Przeciwnie - miał poważne kłopoty z językiem polskim. Kiedyś w rozmowie z bramkarzem Maciejem Szczęsnym powiedział, że chyba zacznie uczyć się języka. - Polskiego? - zapytał Szczęsny. - Nie k..., hiszpańskiego - odparł wściekły Smuda.

Kajał się jak dziecko

Dziś "Franz" uwielbia dziennikarzy, ale nie zawsze jego relacje z mediami były wzorowe. Po meczu Widzewa w Pucharze UEFA z Czernomorcem w Odessie nie spodobał mu się komentarz radiowy, więc na lotnisku mieszanką niemieckich i polskich przekleństw wyraził swoją opinię. Dzień wcześniej jednego z dziennikarzy prasowych już trzymał za klapy marynarki, ale w ostatniej chwili pohamował się przed uderzeniem.

Kilka lat później, gdy prowadził Legię, nie wytrzymał i w chamski sposób odpowiedział reporterce Wizji Sport Paulinie Smaszcz: - Sp... kur... Potem pokornie przepraszał. Kajał się, kupił kwiaty, zaprosił reporterkę na mecz do loży VIP-ów.

Uwielbianą anegdotką piłkarzy Widzewa z czasów pracy Smudy jest historia o tym, jak "Franz" uczył się pisać SMS-y. Długo nie umiał tego robić, aż wreszcie piłkarze wszystko mu wytłumaczyli. Pierwszą wiadomością, jaką wysłał, był krótki tekst "ty ch..." do swojego asystenta Kazimierza Kmiecika. Śmiał się na cały głos, gdy kolega odebrał SMS.

Wymienić to może spodnie

Smuda znany jest z porywczego charakteru. Gdy prowadził Wisłę Kraków, popadł w konflikt z rezerwowym bramkarzem Jakubem Wierzchowskim. Obiecał mu, że w momencie, w którym drużyna zapewni sobie mistrzostwo, Kuba będzie mógł bronić do końca sezonu. I rzeczywiście, gdy pięć kolejek przed końcem tytuł najlepszej drużyny w kraju stał się faktem, Wierzchowski wszedł do bramki w następnym meczu. Zagrał jednak tylko w dwóch spotkaniach i znów wylądował na ławce. Na imprezie kończącej sezon wypomniał to Smudzie. Skończyło się pyskówką i... Wierzchowski musiał szukać sobie nowego klubu.

"Franz" miał też trudne relacje ze swoim asystentem Jerzym Kowalikiem. Doszło nawet do tego, że po jednym treningu skoczyli do siebie jak rozsierdzone koguty. Zresztą już w Widzewie pokazywał swój wybuchowy charakter. Podczas jednego z meczów nie mógł patrzeć, jak Mirosław Szymkowiak człapie po boisku i nie wraca do obrony. Rzucił więc w swojego gracza... bidonem. Powinna być to przestroga dla Rogera, który też lubi pospacerować po boisku.
"Franz" orator

Nowy trener reprezentacji nie cierpi, gdy ktoś próbuje wtrącać się w jego decyzje. Na pytanie, dlaczego rzadko słucha doradców, odpowiada: - Fachowcy krzyczą z trybun: "Tego zmień, tamtego zmień’’. Takie okrzyki mnie nie ruszają. Zmienić to ja mogę co najwyżej spodnie.
Smuda słynie z bon motów. Przypomnieć wszystkich nie sposób, bo każda konferencja czy wywiad przynosi kolejne. Po kim jak po kim, ale po "Franzu" nikt nie spodziewa się wytartych frazesów typu: "Mieliśmy więcej sytuacji, ale zabrakło skuteczności".

Oto próbka jego możliwości. "U siebie padliny grać nie można. Musimy przez dziewięćdziesiąt minut być desperados", "Za rok polskie drużyny odpadną z europejskich pucharów już w fazie losowania", "Jak się komuś nie podobają transfery Legii, to niech wyp... na Polonię".

W pewnym momencie wydawało się, że błyskotliwa kariera Smudy w polskiej ekstraklasie dobiega końca. Trzy razy przegrywał w konkursie na selekcjonera, po tym, jak został zwolniony z Wisły Kraków, podejmował pracę w coraz słabszych klubach. Był i w Piotrcovii, i Odrze Wodzisław, próbował sił na Cyprze. "Franza" 3 lata temu odkurzyli jednak działacze Lecha Poznań. Drużyna zaimponowała w Pucharze UEFA. I choć nie potrafił zdobyć mistrzostwa Polski, znowu wróciło słynne powiedzenie: "Smuda czyni cuda".

Jaki jest nowy selekcjoner prywatnie? Nieczęsto da się namówić na zwierzenia o rodzinie. Twierdzi, że to jego zamknięty świat, niedostępny dla mediów. O żonie Małgorzacie wiadomo tyle, że jest dentystką. Ma dwójkę dzieci (syna i córkę), które ułożyły sobie życie w Niemczech.

"Franz" mieszka w pięknym domu pod Krakowem. Ma też posiadłość niedaleko Norymbergi. Zresztą nigdy nie lubił być długo w jednym miejscu. Na pytanie, czy w związku z nową funkcją przeprowadzi się do Warszawy, odpowiada tylko. - Będę trochę tu, trochę tam. Tak jak przez całe życie.

Piwo, ale tylko z pianką

Wolne chwile lubi spędzać z najbliższymi. Ale i wtedy od piłki oderwać się nie potrafi. Ma ogromną kolekcję kaset i płyt DVD z meczami. Niektóre oglądał po kilkadziesiąt razy.

Jego słabością jest piwo. Koniecznie z pianką. - Bez pianki nie ruszam. Brutalnie mówiąc, to tak, jakby człowiek siknął sobie do szklanki i to wypił - komentował. Dlatego jest wyrozumiały dla piłkarzy. Tak streszcza swoje szkoleniowe credo: "Trener to musi być kawał skur... Z sercem na dłoni, ale i z tęgim batem w ręku".

Choć wymaga więcej niż inni trenerzy, zna też umiar. Zawodnicy często wspominają, że po nieudanych meczach Smuda czasem wysyła ich do pubu, by się zrelaksowali. Zaznacza tylko, że ma skończyć się na dwóch piwach. A po sezonie zawsze organizuje imprezę, na którą zaprasza wszystkich piłkarzy. Ci stawiają się w komplecie.

Smuda nazywany jest mistrzem mobilizacji. Wie bowiem, co to ciężka praca. Gdy mieszkał w USA, poza graniem w piłkę musiał zarabiać w różny sposób. Choćby układaniem posadzki w domu Edwarda Sochy, człowieka, który dał mu potem szansę w Stali Mielec.

Zresztą w Stanach Smuda ukształtował swój charakter. Zwłaszcza wtedy, gdy został oszukany przez człowieka, który naciągnął też Kazimierza Deynę. Stracił prawie 300 tys. dol. Myślał nawet o samobójstwie.

Dziś spełnił swoje marzenie. Poprowadzi naszych piłkarzy na Euro 2012. Jak zwykle jest przekonany, że mu się uda.

- Nie jestem mesjaszem, ale kilka osób mi już mówiło, że mam w oku ten sam błysk co Kazimierz Górski - stwierdził po nominacji. Oto cały "Franz".
Współpraca: Paweł Hochstim, Bartosz Karcz, Maciej Lehmann, Rafał Musioł

polecane: Wyniki wyborów parlamentarnych 2019

Wideo

Materiał oryginalny: W jego oku widzą błysk Kazimierza Górskiego - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3