Weterani misji na Bliskim Wschodzie: „Sprzątaliśmy hummera pełnego resztek ciał naszych kolegów…”

Wojciech Wybranowski
Jacek Żebryk
Jacek Żebryk Archiwum prywatne żołnierzy
Udostępnij:
29 maja obchodzimy Dzień Weterana Działań Poza Granicami Państwa. Polscy żołnierze, weterani misji na Bliskim Wschodzie: najskuteczniejszy polski snajper- chorąży rezerwy Przemysław Wójtowicz, porucznik rezerwy Jacek Żebryk oraz porucznik Piotr Maletka w rozmowie z „Głosem Wielkopolskim” mówią o swoich przeżyciach w walkach z Talibami, ale też o osamotnieniu, śmierci, samobójstwach…

Jesteście doświadczonymi żołnierzami, służyliście w polskim wojsku na misjach na Bliskim Wschodzie, odnieśliście rany i obrażenia w walce z terrorystami?

Porucznik (nadal w wojsku) Piotr Maletka: Mój udział to 2008 r i 2009 r. Afganistan. Pojechałem tam jako celowniczy LM 60, czyli lekkiego moździerza, ale mój przełożony podjął decyzję, że będę jego „dwójką” czyli mówiąc potocznym językiem – będę go osłaniał. Towarzyszyłem dowódcy naszej Grupy Bojowej Alfa w patrolach. Mam za sobą 130 patroli bojowych. Podczas jednego z nich pod wozem eksplodował improwizowany ładunek bojowy tzw. „ajdik”, byłem pod ostrzałem, także wiem jak te sytuacje stresowe wpływają później na życie żołnierza. Widok rozstrzelanych ciał… takich rzeczy się nie zapomina. Trzeba głośno mówić, że wielu żołnierzy uczestniczących w misjach bojowych w Iraku i w Afganistanie widziało ciała poległych, ciała zabitych, nie tylko naszych kolegów, ale i terrorystów. Bardzo ważne jest, żeby to przepracować, ale na to trzeba czasu.

Co ci najbardziej z misji utkwiło w pamięci?

Piotr Maletka: Na pewno śmierć śp. starszego chorążego sztabowego Andrzeja Rozmiarka (2009 r. Ghazni), naszego szefa kompanii, który zginął w nieszczęśliwym wypadku, moment dostarczenia jego trumny do śmigłowca, a my oddawaliśmy mu hołd. Pamiętam afgańskie dzieci, które przy dziesięciu stopniach, bez rękawiczek, bez skarpetek, podbiegały do nas prosząc o jakiegoś batonika, napoje, pamiętam tą ogromną afgańską biedę i radość maluchów z małych rzeczy.

Przemysław Wójtowicz też dwukrotnie walczył w Afganistanie, był ciężko ranny...

Chorąży rezerwy Przemysław Wójtowicz: Dwa tygodnie przed powrotem do domu dostaliśmy polecenie wzmocnienia posterunku afgańskiego w górach w Adżiristanie. Okres wyjątkowej aktywności Talibów. Mieliśmy być tam dwa dni, zostaliśmy dwanaście. To była nieustanna, mocna wymiana ognia. Wszyscy odnieśliśmy rany, przetrwaliśmy, w końcu udało się nam stamtąd ewakuować.

Jacku…?

Porucznik rezerwy Jacek Żebryk: Byłem na misjach zarówno w Iraku jak i w Afganistanie w latach 2005, 2007 i 2009. Rzeczywiście, zdarzyło się tak, że odniosłem obrażenia i to dwukrotnie, na szczęście nie tyle poważne, by wyeliminowały mnie ze służby wojskowej. Pierwszy raz, dwa tygodnie po moim pierwszym przyjeździe do Iraku, najechaliśmy na „aidika” (improwizowany ładunek wybuchowy). Pamiętam jak do nas strzelano, pył, strzały, ogień. Miałem pęknięte bębenki, uszkodzony błędnik, powierzchowne rany. Nikomu nic poważnego nikomu się nie stało, ale było gorąco. A kolejne wyjazdy… zawsze poważnie do nich podchodziliśmy, ale takie przeżycie powoduje, że włącza się instynkt przetrwania.

Po powrocie z misji miałeś wsparcie psychologiczne?

Jacek Żebryk: Na pewno na 7 zmianie mieliśmy psychologa. To była bardzo pechowa zmiana, niektórzy żartem nazywali nas „plutonem ajdików”, bo co jakiś czas, któryś wóz wjeżdżał na ładunek wybuchowy. Mieliśmy panią psycholog – była świadkiem zamachu, w którym zginął nasz kolega i powiem szczerze, że chyba większą opieką otoczyliśmy ją niż ona nas.

Jak to się stało?

Jacek Żebryk: Wyjechaliśmy konwojem z bazy w Diwanijji. W pewnym momencie miejscowi policjanci skierowali nas na boczny, rezerwowy pas, mieliśmy dzięki niemu jechać szybciej, sprawnie się poruszać. Przejechaliśmy kilkaset metrów, wybuch, wstrząs. Hummer przed nami wjechał na ukryty pod powierzchnią ładunek wybuchowy. Później okazało się, że był to ładunek IED. Widziałem jak pojazd się toczy, utkwiło mi w pamięci, że miał szyby całe zakrwawione od wewnątrz. Jeden z kolegów – Robert Cichocki został ciężko ranny – zmarł w wyniku obrażeń rok później, już w Polsce. Zaś mój przyjaciel, sierżant Andrzej Filipek leżał martwy na kierownicy, z dziurą w głowie. A jeszcze kilkanaście godzin wcześniej żartowaliśmy, planowaliśmy wspólne wakacje, wypad na lato do Bośni.

Można domniemywać, że takie działania irackiej policji nie były przypadkowe.

Jacek Żebryk: Były celowe. Jak tylko wóz przed nami wjechał na minę dostaliśmy się pod bardzo silny ostrzał. Mina była schowana w betonowej płycie chodnikowej i musiał leżeć tam długo. Z tego co później rozmawialiśmy z ludźmi z kontrwywiadu to mówili nam, że ten „aidik” mógł leżeć tam już rok czasu, bo tyle czasu minęło od remontu nawierzchni.

Piotr Maletka mówi, że takie zdarzenia trzeba przepracować…

Jacek Żebryk: My się wspieraliśmy wszyscy, była taka psychologiczna blokada przez wyjazdem z bazy. A jak już wyjechaliśmy na misję to zachowywaliśmy się jak szybcy i wściekli. Czuliśmy wielki żal i gniew, odreagowywaliśmy.

Piotr Maletka: Ja takiego wsparcia nie potrzebowałem, ale wiem, że niejeden z moich kolegów zgłaszał się do psychologów czy nawet psychiatrów, było im to potrzebne. Czasem niezbędne jest wsparcie innego żołnierza, kogoś kto również tam był, kto również widział ciała poległych, też był pod ostrzałem przeciwnika. Taka wieczorna „posiadówa” pozwala się wygadać, oczyścić, przemyśleć pewne rzeczy. Pomaga znaleźć usprawiedliwienie wobec decyzji, które być może też kiedyś musiał podejmować i utwierdzić się w przekonaniu, że to co robił i jak robił było słuszne.

Wielu weteranów, również Waszych kolegów mówiło, że wystarczającej pomocy psychologicznej nie otrzymało, że po powrocie z misji zostali sami ze swoimi przeżyciami.

Piotr Maletka: Zapewne jest to prawda. Psychologowie nie zawsze byli wystarczająco przygotowani. Może nie byli gotowi na niektóre wspomnienia. Nasz system niekiedy nie funkcjonuje tak jak powinien. Nie jest tajemnicą, że zdarzały się samobójstwa weteranów, popełniane właśnie w zaciszach domowych czy próby takich samobójstw. I teraz pytanie jest, czy zawinił system czy żołnierz po prostu nie zgłosił się po pomoc, czy ktoś nie potrafił mu tej pomocy udzielić. A może była udzielana zbyt opieszale?

Jakiego rodzaju problemy dotykają polskich żołnierzy wracających z misji?

Przemysław Wójtowicz: Nie ma wielu weteranów, którzy mają naprawdę skrajne problemy. Na szczęście. Ale kłopoty typu alkohol, problemy samozachowawcze wielu z nich ma. Nie mówię tutaj o ludziach, którzy na misję jeździli jedenaście razy i te jedenaście misji spędzili wokół magazynu i stołówki, tylko mówię o takich żołnierzach, którzy faktycznie mieli do czynienia z walką z przeciwnikiem, byli ranni ciężej lub lżej. Tego nie da się już z nich wymazać. Mogą oczywiście zwrócić się z prośbą o pomoc psychologa do Centrum Weterana, który danemu żołnierzowi pomoże lub nie. Ale to jest jeden lekarz na dziesiątki tysięcy weteranów.

Jacek Żebryk: Niestety wśród żołnierzy, uczestników misji znam kilku, którzy podjęli próby samobójcze. Nawet z Marcinem Górką szukaliśmy kiedyś jednego z kolegów, co do którego mieliśmy sygnały, że zamierza się zabić. Niestety dowódca jednostki wojskowej nie chciał wówczas nikogo wpuścić na jej teren, a później okazało się, że ten nasz kolega - weteran, się powiesił. Chodziło o Szczecin. Pamiętasz taką czarną serię bodajże sześciu samobójstw żołnierzy w ciągu roku czy półtora? I to był jeden z tych żołnierzy, który powiesił się nieopodal strzelnicy w Szczecinie. Znam kilka takich przypadków, nie chciałbym jednak mówić bez zgody ich rodzin.

I znam jedną taką sytuację, gdy wdowa po żołnierzu poległym na misji chciała popełnić samobójstwo. Na szczęście teraz wszystko jest z nią ok.

Jednym z takich najbardziej dramatycznych przypadków była sprawa tzw. „Człowieka z gór”

Przemysław Wójtowicz: Tak, nie było jeszcze wtedy Centrum Weterana ani unormowanej pomocy, ustawy o weteranach. Włodek N. to był znany żołnierz, weteran misji w Libanie i Iraku. Kilka lat temu znaleziono go niemal zamarzniętego w szałasie w Tatrach. Był członkiem specjalnej jednostki odpowiedzialnej za rozpracowywanie przeciwnika i werbowanie agentów, tzw. Centralnej Grupy Działań Psychologicznych, na misjach odpowiadał m.in. za sporządzanie tzw. profili psychologicznych wrogów, analizował ich mocne i słabe punkty. W wojsku służył do 2006 roku. Odszedł ze służby z powodu kłopotów zdrowotnych. Do 2008 r. otrzymywał rentę, ale, gdy nie stawił się w kolejnym wyznaczonym terminie przed komisją lekarską, wypłacanie świadczenia zostało wstrzymane Borykając się z chorobą nowotworową został pozbawiony źródeł utrzymania. Zniknął z domu w 2011 roku.

Pamiętam, że został znaleziony w stanie krańcowego wycieńczenia

Przemysław Wójtowicz: Kilkanaście miesięcy później zmarł na raka. Odwiedzałem go w hospicjum w Zielonce. Dużo rozmawialiśmy, opisałem to też w mojej książce. Wydaje mi się, że dla niego ucieczka w góry była czymś w rodzaju ucieczki od problemów, z którymi nie radził sobie w codziennym życiu, pozostawiony bez pomocy. Zrobił to co John Rambo, uciekł w góry uzbrojony tylko w nóż i różaniec.

Spotkałeś się z innymi, podobnymi sytuacjami?

Przemysław Wójtowicz: Oczywiście, że tak. Niedawno zwrócił się do mnie chłopak z Lublina, który miał problemy z rozdwojeniem jaźni. Był to bardzo doświadczony weteran, ale miał spore problemy życiowe, zmarło mu dziecko, nie dał sobie rady. Z tego co wiem nadal ma sporo kłopotów ze zdrowiem. Jednemu z żołnierzy z mojej sekcji snajperów pomagałem przez osiem lat, udało się go w końcu umieścić w ośrodku w Otwocku, ale co z tego jak w końcu z niego uciekł. Miał trzy próby samobójcze.

Inny z weteranów – Jacek – krótko po powrocie z misji – powiesił się. Był saperem w Afganistanie. Faktycznie jako saper- codziennie igrał ze śmiercią i żył w olbrzymim stresie. Wiesz co się mówi o saperach? Najważniejsze, żeby ich było dużo, i dowództwo tak ich traktuje. Jak cywil wejdzie na minę to jest tragedia, jak sapera rozerwie to się nikt nie dziwi

Pod placem im. Adama Mickiewicza, znajduje się schron przeciwlotniczy z czasów II Wojny Światowej. Do tej pory zwiedzanie schronu było jednorazowym wydarzeniem, ale organizatorzy z Poznańskiej Grupy Eksploracyjnej nie wykluczają możliwości ponownego zwiedzania bunkra.Szczelina przeciwlotnicza ma blisko 200 metrów długości korytarzy. Na co dzień wejście jest niedostępne, ponieważ wchodzi się do niego poprzez pomieszczenie techniczne, odpowiadające m.in. za oświetlenie placu Trzech Krzyży.Zobacz zdjęcia z wnętrza schronu --->

Zobacz, jak wygląda tajemniczy schron z drugiej wojny świato...

W 2017 roku sytuację jeden z weteranów misji na Bliskim Wschodzie, chciał na Moście Poniatowskiego popełnić samobójstwo

Jacek Żebryk: Byłem wtedy w Świdwinie, wróciłem z przyjęcia i dostałem telefon z policji w Warszawie z krótką informacją „w stolicy były żołnierz- weteran chce skoczyć z mostu do Wisły, z plecakiem wypełnionym kamieniami”. I, że nie chce rozmawiać z negocjatorem, żąda rozmowy ze mną. Telefon się rozłączył. Myślałem, że ktoś mnie wkręca. Dopiero jak zadzwoniła psycholog z Centrum Weterana MON i szybko wprowadziła mnie jak rozmawiać z taką osobą uwierzyłem, że coś się dzieje. Następnie połączono mnie z funkcjonariuszem, który koordynował całą akcję; to była zima, kra płynęła Wisłą. Powiedziano mi, że jest jedna załoga policyjna na rzece, ale też, że przekazała informację, iż jeśli mężczyzna skoczy do Wisły to nie ma warunków, żeby go uratować, bo zejście do wody będzie zagrażać życiu nurka. Poprosiłem wtedy prowadzącego akcję na moście, żeby włączył telefon na głośno mówiący, żeby ten kandydat na samobójcę usłyszał, co do niego mówię. No i potraktowałem go po żołniersku.

To znaczy?

Jacek Żebryk: Powiedziałem „co ty odpierd…Złaź z tego mostu, bo jak przyjadę do Warszawy to ci tak w dupę nakopię... Nie po to mam wolne żebyś mi teraz przeszkadzał wódki się napić.”. Tak dosłownie się wyraziłem (śmiech). Zrypałem go, ile wlezie. Po czym ów żołnierz powiedział „Panie poruczniku, panie poruczniku, ale czy pan porucznik do mnie przyjedzie”. Powiedziałem, że przyjadę, ale ma zaraz zejść z mostu. No i zszedł.

Piotr Maletka: Wojna pozostawia trwały ślad. Ludziom wydaje się, że żołnierze są uodpornieni na koszmar wojny, taki mit kreują hollywoodzkie produkcje, w których dzielny bohater wchodzi do walki, rozstrzeliwuje wszystkich wkoło, sam wychodzi bez szwanku, wszystko kończy się dobrze, powiewają flagi, piękne kobiety rzucają mu się na szyje, politycy ogłaszają bohaterem. W życiu tak bynajmniej nie jest. Pobyt na misji to sześć miesięcy w ciągłym stresie, a jeśli dodać do tego, że podczas któregoś z patroli ginie kolega, którego się znało, z którym jeździło się „w teren”, jeżeli pod pojazdem wybucha mina, a trzy dni później trzeba znowu wsiąść do drugiego takiego pojazdu to presja i stres są olbrzymie. Psychika ludzka jest bardzo skomplikowana, instynkt chroni nas przed zagrożeniem, a na misjach bojowych trzeba codziennie ten instynkt przezwyciężać. Wiemy dobrze, że grozi nam śmierć, a mimo to wsiadamy do wozów, wychodzimy na patrole, realizujemy zadania, które są przed nami postawione. A później powrót do rzeczywistości, do normalnego życia jest bardzo trudny.

Piotrze, masz wśród swoich kolegów, weteranów takich, którzy nie dali sobie rady z tym powrotem do rzeczywistości?

Piotr Maletka: Znam osobiście, słyszałem też od wspólnych kolegów, że ktoś rozstał się z żoną, inny po powrocie z misji spał nie na łóżku, ale obok, na karimacie, jeszcze inny wyskoczył z czwartego piętra, jeden z moich kolegów się powiesił. Sam przez pewien czas miałem trudności z przepracowaniem tego, co widziałem na misji, ale postawiłem sobie pewne cele, skupiłem się na pomocy kombatantom II Wojny Światowej, Żołnierzom Wyklętym, osobom represjonowanym. Pomoc tym ludziom dała mi siłę, a ich wspomnienia, ich przeżycia sprawiły, że nabrałem dystansu do tego co sam robiłem. Teraz staram się pomagać kolegom, wysłuchać, wesprzeć.

Wybacz Jacku bardzo osobiste pytanie, ale słyszałem, że też miałeś problemy ze zdrowiem.

Jacek Żebryk: Sam nie wiem, czy stres, który mnie dotknął po odejściu ze służby to nie PTSD. Z automatu zaczęły mnie nachodzić sny, których wcześniej nie miałem, takie poplątane deja vu z Iraku, Afganistanu, zdarzenie, w którym zginął Andrzej, moment, gdy sprzątaliśmy Hummera pełnego krwi, resztek ciał naszych kolegów. Takie myśli mnie mocno nachodziły, że budząc się nie mogłem oddychać. Rozpadła mi się rodzina. Nikt nie postawił mi diagnozy – PTSD - , ale mam wrażenie, że to mógł być zespół stresu pourazowego. Na dzień dzisiejszy jest dobrze, bo w Bydgoszczy ustabilizowano mnie lekami, wdrożono terapię. Problem był podwójny – bo bardzo mocno przeżyłem odejście z armii. W tym co robiłem, w obowiązkach, które wykonywałem czułem się jak ryba w wodzie i starałem się robić to jak najlepiej. Będąc żołnierzem czułem, że służę. Wojsku i Polsce. Straciłem coś co było moim filarem bezpieczeństwa. Miałem myśli samobójcze. Sam się skontaktowałem z lekarzami, specjalistami.

O te odejścia z wojska też chciałem Was zapytać. Przemysław Wójtowicz był przecież ikoną polskiego wojska, jednym z najbardziej znanych weteranów. Na spotkaniu z Amerykanami zorganizowanym przez Marcina Gortata fetowały go dziesiątki tysięcy Amerykanów, jeździł po Stanach i promował nasz kraj. A później, w wyniku działań różnych koterii w wojsku, towarzyskich klik musiał armię opuścić. Jak czuje się człowiek w takiej sytuacji?

Przemysław Wójtowicz: Generalnie już o nic nie walczę, o nic się nie troszczę, natomiast jeśli ktoś zwróci się do mnie o pomoc to w miarę możliwości staram się jej udzielić. A jak to jest być weteranem? Żyjemy w kraju, w którym zbyt często jeden człowiek ma drugiego za nic, nie szanuje się nawzajem, nie pamięta o seniorach. A jeśli tak to kto będzie pamiętał o kombatantach II WŚ, kto będzie pamiętał o polskich weteranach misji. Mną personalnie, państwo, samorząd, nikt się nie interesuje. Znasz mnie i wiesz, że ja takiego zainteresowania nie potrzebuję, bo sobie w życiu radzę, wielu jest takich, którzy sobie radzą…

Weterani przelewali krew w imię bezpieczeństwa Polski i Polska o nich zapomniała?

Przemysław Wójtowicz: Jest bardzo wielu weteranów, którzy służyli Ojczyźnie, odeszli z wojska i nikt się o nich nie zatroszczy. Sam się o tym przekonuję. Przez ostatnie parę lat nikt z wojska do człowieka nie zadzwonił, nie zainteresował się czy żyję, nie zaprosił na spotkanie w jednostce wojskowej. Był żołnierz, służył Polsce, odszedł z wojska i już go nie ma. Od czasu do czasu ci znaczniejsi, bardziej zaangażowani są zapraszani do Centrum Weterana, ale szare żuczki…? Nas nie ma. Staram się robić różne rzeczy dla chłopaków po misjach, z problemami, potrzebujących wsparcia, ale z własnej kieszeni nie dam rady wszystkiego ogarnąć.

Jak odchodziłeś z wojska podziękowano Ci za służbę?

Przemysław Wójtowicz: Odszedłem w 2017. W zasadzie to wcale mi nie podziękowano – zrobiono wspólne spotkanie w Sali Tradycji i wręczono zegarek za 300 zł.

Piotr, Ty zdecydowałeś się w wojsku zostać.

Piotr Maletka: Zostałem, była szansa na rozwój. Długo się zastanawiałem i doszedłem do wniosku, że nie zrobiłem w życiu wszystkiego co mogłem zrobić dla wojska, ale też i dla siebie, więc postanowiłem zostać. Uznałem, że jeżeli pojawiają się pewne szanse, wyzwania to trzeba być mężczyzną i przeć do przodu, a trudności traktować jako wyzwanie, by budować charakter. W 2014 roku ukończyłem szkolę podoficerską, z szeregowego zostałem podoficerem, a w 2018 roku udało mi się zakwalifikować na kurs oficerski i teraz jestem już porucznikiem. Wojsko daje szansę tym, którzy chcą się rozwijać, którzy chcą się szkolić. Tyle, że trzeba być przy tym upartym i twardo dążyć do wytyczonego celu.

Wojsko dzisiaj jest w stanie, twoim zdaniem wykorzystać potencjał i wiedzę weteranów po misjach na Bliskim Wschodzie?

Piotr Maletka: Na pewno ta wiedza jest wykorzystywana. Ostatnio, podczas szkolenia przeciwdziałania improwizowanym ładunkom wybuchowym to moje doświadczenie, które wyniosłem z misji mogłem w pełni wykorzystać. Jeżeli świeżo przyjęci żołnierze albo ci którzy przechodzili normalne szkolenie nie mieli dotąd wiedzy na temat danego zadania, ja ją miałem. Instruktorzy to dostrzegli i korzystali z tego doświadczenia. Sam byłem kursantem podczas tego szkolenia, ale wiedzą mogłem swoimi przemyśleniami dzielić się i z instruktorami i innymi żołnierzami.

Jacek Żebryk: Jeżeli patrzę na Wojska Obrony Terytorialnej, na moich kolegów i dawnych przełożonych, na generała Wiesława Kukułę, jak on tą całą organizacją dowodzi to jestem przekonany, że tak, że wojsko świetnie wykorzystuje umiejętności ludzi po misjach. Cały filar dowódczy WOT opiera się tam o ludzi doświadczonych, wystarczy spojrzeć na dowódcę w Szczecinie- przecież to był dowódca w Karbali! Jeśli chodzi o śląską brygadę WOT – tam jest dowódcą pułkownik Tomasz Białas „Biały”, człowiek- historia. Nie ma w Polsce komandosa, który miałby za sobą takie akcje jak „Biały”. To postać filmowa, książkowa. Kiedyś niejeden film powstanie na podstawie jego życia i chłopaków, którymi on dowodził. Ale jeśli miałbym mówić o zielonych garnizonach i lotnictwie, marynarka wojenna, gdzie również weterani służyli – tu niestety mam wrażenie, że trochę o nich już zapomniano.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Jakie znaczenie ma wejście Finlandii i Szwecji do NATO

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

B
Bombardier
Możnaby odwrócić sytuację. Tj. obce wojska najeżdżają Polskę, tubylców nazywają terrorystami i strzelają do nich jak do kaczek. Ta wojna była bez sensu. Po prostu Amerykanie na kimś koniecznie musieli się wyżyć po 11 września.
Więcej informacji na stronie głównej Głos Wielkopolski
Dodaj ogłoszenie