Widzialni i niewidzialni bohaterowie Poznańskiego Czerwca. Pielęgnują historię, siedząc we własnych czterech ścianach

Hubert Ossowski
Hubert Ossowski
Po 65 latach opowiadają o wydarzeniach Poznańskiego Czerwca. Żyją skromnie, w zaciszu swoich czterech ścian. Pokonują codzienne trudy, ale też dbają o historię, nawet jeśli pamięć nie jest już taka jak wcześniej.
Po 65 latach opowiadają o wydarzeniach Poznańskiego Czerwca. Żyją skromnie, w zaciszu swoich czterech ścian. Pokonują codzienne trudy, ale też dbają o historię, nawet jeśli pamięć nie jest już taka jak wcześniej. fot. Łukasz Gdak
Po 65 latach opowiadają o wydarzeniach Poznańskiego Czerwca. Żyją skromnie, w zaciszu swoich czterech ścian. Pokonują codzienne trudy, ale też dbają o historię, nawet jeśli pamięć nie jest już taka jak wcześniej.

Winda jest najcenniejsza. Trudno wyobrazić sobie, by jej zabrakło. Mieszkańcy 13-kondygnacyjnego bloku z wielkiej płyty, musieliby się wspinać do swoich mieszkań klatką schodową. Zajęłoby to sporo czasu, choć podróż obitą drewnem windą nie należy do najkrótszych. Gdy winda rusza, w tle zaczyna grać melodyjka, ma umilać podróż. Milknie, gdy dźwig zatrzymuje się na szóstym piętrze. Mieszka tam pani Teresa.

– W czym mogę pomóc? – pyta od progu. – Zgadza się, mąż brał udział w Poznańskim Czerwcu. Miał wtedy 17 lat. Był szkolnym chłopakiem. Opowiadał, co robił, ale pamięć już nie ta. Spróbuję sobie przypomnieć. Mam jakieś dokumenty, muszę tylko znaleźć okulary. Córka, zaraz je przyniesie.

Ryby były najgorsze

Mieszkanie pani Teresy jest niewielkie. Dwa pokoje, kuchnia i łazienka. Wystarczająco dla 72-latki, a i tak jest, co robić. Trzeba posprzątać, pójść na zakupy i ugotować obiad. Kobieta właśnie odeszła od garnków. Ma założony granatowy fartuch w białe groszki.

- 28 czerwca 1956 r. mój mąż, Bogdan, udał się wraz z kolegami w okolice Poznania – czyta znad dokumentów. – Dalej pojechali do Swarzędza, gdzie zdobyli posterunek milicji. Wzięli stamtąd broń i pojechali do Puszczykowa. Tam też zdobyli siedzibę milicji. Później aresztowano go z bronią w ręku. Trafił do Pobiedzisk do schroniska dla nieletnich. Siedział, ale nie pamiętam jak długo.

Pani Teresa poznała męża w 1969 r. Przyjechał z delegacją na wesele jej kuzyna. Tańczyli i rozmawiali. Później wszystko potoczyło się błyskawicznie: w tym samym roku wzięli ślub, a na świat przyszła ich córka. Dwa lata później doczekali się syna.

Wcześniej mieszkała w Plewiskach. Do bloku z wielkiej płyty przeprowadzili się z mężem w 1975 r. – Mam wykształcenie podstawowe, pracowałam jako pracownik fizyczny – opowiada. – Pracowałam na roli, na produkcji. Później w garmażerii i przy rybach. Ta ostatnia była najtrudniejsza. Robiłam w chłodzie. Zimna woda leciała na ręce. Do tego był lód. Najbardziej podobała mi się praca w garmażerii. Robiliśmy wędliny, gulasze, pyzy czy pieczeń rzymską. Zakład zlikwidowali. Protestowali mieszkańcy pobliskich bloków, bo śmierdziało. Miałam chociaż blisko, chodziłam tam pieszo.

Bez wsparcia byłoby krucho

Mąż pani Teresy opowiadał jej o Poznańskim Czerwcu. Był jedną z 575 aresztowanych wtedy osób. Obchodził rocznice. Chodził pod pomnik. Angażował się w działania Związku Kombatantów i Uczestników Czerwca. Brał udział w spotkaniach i zbiórkach. Tak było do jego śmierci w 2000 r.

- Teraz robię to, co wcześniej robił mąż – przekonuje kobieta. – Chodzę na spotkania. Omawiamy różne sprawy, które dotyczą związku. Opłacamy składki. Spotykaliśmy się kiedyś co miesiąc, ale teraz co dwa miesiące. Na spotkaniach jest coraz mniej osób. Wspólnie świętujemy.

Pani Teresa otrzymuje każdego roku wsparcie finansowe. Kobieta nie ma konta bankowego, pieniądze przynosi poczta. Zawsze w okolicach rocznicy Czerwca. – Już parę razy dostałam te wsparcie – przyznaje. – Dzięki prezesowi związku, Włodzimierzowi Marciniakowi, bo się o nie wystarał. Te pieniądze pozwalają podratować budżet. Bez tej pomocy byłoby krucho.

Edward Dwurnik "Poznań 1956"

Specjalna okładka Głosu - Czerwiec 56 na obrazach [GALERIA]

Wsparcie finansowe przyznawane jest każdego roku osobom poszkodowanym w wydarzeniach Poznańskiego Czerwca 1956 r. Pomoc trafia do kombatantów, wdów i wdowców po powstańcach. O środki mogą ubiegać się osoby, które doznały uszczerbku na zdrowiu, były represjonowane przez aparat bezpieczeństwa lub szykanowane w miejscu pracy.

Leki i turecki serial

Kobieta nie czuje się ostatnio najlepiej. Choruje na serce. Jest zmęczona. Kilka dni temu zostawiła w aptece 300 zł. Kupiła leki na dwa miesiące. Przyjmuje ich masę: od kardiologa, urologa i pulmonologa.

- Mam rentę rodzinną po mężu – wylicza kobieta. – Córka jest na rencie pierwszej grupy. Nie pracuje, jest chora. Ma zdiagnozowaną schizofrenię. Siedzę w domu. Niczym się nie zajmuję, jedynie opiekuję się córką i domem. Miałam iść do rzeźnika, kupić mięso. Dzisiaj na obiad mam śledzie w śmietanie i ziemniaki w mundurkach. Lubię oglądać seriale. Obecnie oglądam taki turecki. Nazywa się „Promyk nadziei”, na drugim programie. Podoba mi się. Teraz nie leci, bo są mecze.

Pomoc sąsiedzka

Aleksandra Banasiak, pielęgniarka ze Szpitala im. F. Raszei i uczestniczka Poznańskiego Czerwca 1956 r., przerywa rozmowę. – Mogę zapalić papierosa? – pyta. – Nie lubię alkoholu, po kieliszku nie mam ochoty na papierosa. Piwo jeszcze wypiję, gdy jest gorąco. Palę zawsze Chesterfieldy. Mój narzeczony je palił. Nałóg dopadł mnie w wieku 57 lat. Nie wypaliłam jeszcze swojej normy. Wszystko przez kapitana statku. Płynęłam do Australii. Kupił mi francuskie cygaretki, ciemne. Od tego czasu palę.

86-latka mieszka sama, w bloku na siódmym piętrze. Za ścianą ma sąsiadkę, razem się wspierają. Gotują na zmianę. Pożyczają sobie składniki, których akurat braknie. Dzwoni telefon. Aleksandra Banasiak idzie do swojej kuchni po cebulę. Zaraz wyjdzie z mieszkania, by zostawić ją na progu mieszkania sąsiadki.

Pogarszająca się w latach 50. XX wieku sytuacja materialna Polaków - będąca konsekwencją wdrażanego Planu 6-letniego - była szczególnie odczuwalna w Poznaniu i Wielkopolsce. Zniszczenie filarów wielkopolskiej gospodarki: rolnictwa, rzemieślnictwa i handlu doprowadziło do braków żywności na rynku poznańskim. Zgromadzeni w centrum Poznania manifestanci na licznych transparentach przedstawiali swoje żądania poprawy warunków bytowych. Obok haseł natury ekonomicznej pojawiały się też akcenty polityczne z postulatami uniezależnienia się od Związku Sowieckiego czy przeprowadzenia prawdziwie wolnych wyborów. Domagano się również przywrócenia religii do szkół.Zobacz kolejne zdjęcia ---->

Poznański Czerwiec'56: Zobacz zdjęcia z tamtych lat

- Podczas pandemii siedziałam sporo w domu, dlatego mam tak obrzęknięte nogi – tłumaczy. – Lubię jeździć do rodziny do Żerkowa. Czuję potrzebę comiesięcznego przebywania tam. W domu gotuję sama. Głównie zupy, bo je uwielbiam. Czasami sąsiadka przyniesie mi obiad, czasami ja jej. Jestem aktywna. Chodzę na manifestacje. Jestem tam jedną z najstarszych. Znam ludzi, a oni mnie znają. Ostatnio byłam bronić sędziów.

Dni upływają pod znakiem kryminałów. Filmy wygrywają z książkami. – Tyle w dzieciństwie czytałam, że teraz jestem przesycona czytaniem – opowiada. – Odrzuca mnie, czytam jedynie gazety. Oglądam za to sporo filmów. Chodzę na spacery z koleżanką. Jadę na Cytadelę, tam parkuję samochód na miejscu inwalidzkim i dalej idziemy pieszo. Teraz już można zjeść lody. Tylko waniliowe lubię.

Niech młodzież wie

Dzień po swoich 85 urodzinach Aleksandra Banasiak wyjechała nowym samochodem z salonu. – Prawo jazdy robiłam w 1974 r. – mówi. – Uwielbiam jeździć. Miałam w życiu tylko jedną stłuczkę, na Rondzie Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Jechałam do krawcowej i uderzyłam, ale to było już dawno. Teraz staram się jeździć ostrożnie, choć mówią, że jestem piratem drogowym.

Kobieta jest aktywna, zwłaszcza przed rocznicą Poznańskiego Czerwca. Udziela wywiadów, chodzi do szkół. Ma świetną pamięć. Opowiada o tym, co wtedy robiła. Niedawno była w Senacie, gdzie razem z prezydentem Jackiem Jaśkowiakiem odebrała uchwałę w sprawie uczczenia 65. rocznicy Czerwca 1956 r. – Marszałek chciał wręczyć ją prezydentowi Jaśkowiakowi, ale ten zaprotestował – opowiada. – Powiedział, że mam ją odebrać. Teraz jest tutaj, w domu. Pokazać? Wezmę ją do szkoły, by młodzież zobaczyła. Niech wiedzą, co się działo 65 lat temu w Poznaniu i Wielkopolsce.

Zobacz niezwykłe filmy nakręcone na poprzednią, 60 rocznicę Czerwca

Trzy okresy czwartku

Czwartek, 28 czerwca 1956 r., najprawdopodobniej na zawsze wbił się w pamięć Aleksandry Banasiak, choć było w nim sporo przypadku. Miała 21 lat oraz ciemne włosy, spięte w kok. Od czterech lat była już pielęgniarką, na oddziale chirurgii w Raszei (wtedy Szpitalu Miejskim nr 2). W wielu wypowiedziach mówi, że tamten czwartek miał być dla niej dniem wolnym. Z siostrą udała się na dworzec, by odebrać ojca, który na krótko przyjechał do Poznania. W drodze zauważyły, że dzieje się coś nienaturalnego. – Zobaczyłam tłum ludzi na placu Stalina. To było coś pięknego – relacjonuje. – Ludzie śpiewali patriotyczne pieśni, widziałam hasła: „Żądamy chleba”, „Precz z komuną”. Było to dla mnie niesamowicie ważne. Czułam euforię, którą trudno sobie wyobrazić. Ona sprawiła, że mogłam później wyjść i udzielać pomocy rannym osobom.

Dla Aleksandry Banasiak tamten czwartek składał się z trzech okresów.

– Pierwszym była ta euforia na placu Stalina, śpiewy i radość tłumu – opowiada. – Drugim było chodzenie pod kulami i zbieranie rannych. Trzecim była godzina milicyjna. Zostałam wtedy skierowana do izby przyjęć. Kierowałam rodziny, szukające swoich bliskich. Byli ranni i zabici. Problem pojawiał się, gdy przy nazwisku był krzyżyk. U nas leżało dziesięciu zabitych. Kobieta w ósmym miesiącu ciąży rzucała się na swojego chłopaka. Ściskała go i krzyczała: „Po coś przyjechał do Poznania? Po co nam te obrączki? Po co wesele? Co ja zrobię z tym dzieckiem?”. To było najsmutniejsze. Ten okres był najtrudniejszy. Wszyscy płakaliśmy.

Zanim jednak doszło do nocnego dyżuru, Aleksandra Banasiak usłyszała wołania rannych manifestantów. Było to po jej powrocie z ul. Młyńskiej, gdzie tłum uwalniał Cegielszczaków. Poszła tam z ciekawości. Nie znała wcześniej zakładów Cegielskiego.
Szpital, w którym pracowała i mieszkała kobieta, był ostrzeliwany. Ostrzeliwano też salę operacyjną, gdzie trwała operacja Mariana Kubiaka. Padły strzały w sufit, tynk osunął się na podłogę, ale operacji nie przerwano.
Ze swoich okien widziała tłum manifestantów. Słyszała też desperackie wołania o pomoc. Ludzie byli ranni. Potrzebowali pomocy.

Pamięta rany, nie pamięta twarzy

Rany były różne. Było dużo draśnięć, zresztą draśnięta została sama Aleksandra Banasiak. Skaleczył ją odprysk bruku. – Tutaj mam ślad, zobaczcie – pokazuje punkt na lewej ręce. – Manifestanci powiedzieli mi, że jestem ranna. Nie zauważyłam tego. Miałam bandaże w koszyku. Opatrzyłam ranę. Jak usłyszałam wołania o pomoc, wiedziałam, że muszę iść po opatrunki.

Do dzisiaj kobieta pamięta rany, które opatrywała. Nie pamięta za to twarzy osób, którym udzielała pomocy. – Jeden chłopak był raniony w kolano, następny w bark – wylicza. – Pamiętam też Kubiaka, którego operowali, gdy ostrzeliwano salę operacyjną. Przyjechały czołgi, manifestanci zdobyli jeden i wyrzucili z niego czołgistów. Przyszło wojsko zmilitaryzowane. Kazało wyjść manifestantom. Kubiak wyszedł przez właz. Podniósł białą chustkę na znak poddania. Wtedy zaatakował go jeden z żołnierzy, przebijając go bagnetem. Podtrzymałam go, bo słaniał się na nogach. Manifestanci zanieśli go do szpitala. Szłam obok.

Aleksandra Banasiak pomagała też rannym z drugiej strony. Taki był jej obowiązek, po to została pielęgniarką. Gdy trzeba pomóc, nie liczy się nic innego. – Wojskowy został raniony naprzeciw Urzędu Bezpieczeństwa – opowiada. – Z budynku krzyczeli: „Siostro, niech siostra przyjdzie, bo tam leży ranny”. Manifestanci byli przekonani, że to pułapka. Dla mnie był to obowiązek. Gdy ktoś woła i robi to tak rozpaczliwie, muszę pomóc. Podeszłam, wyciągnęłam go za barki. Desperacko wołałam, by ktoś mi pomógł. W końcu donieśliśmy go z manifestantami do szpitala. Tam został opatrzony.

Dzisiaj ze stoickim spokojem przekonuje, że nie myślała wtedy o strachu. – Po długim czasie zaczęłam zastanawiać się, czy się wtedy bałam – przyznaje. – Chyba bardziej bałam się, gdy stanęłam przed sądem w sprawie Janusza Kulasa. Zostałam powołana przez Stanisława Hejmowskiego na świadka w jego obronie. Gdy ratowałam ludzi pod kulami, śpiewałam „Hymn Pielęgniarski”. Opatrywałam, a w głowie miałam jego fragment.

„Pielęgniarki na frontach też były
I ofiarnie swą służbę pełniły.
My nie chcemy, ni wojen, ni bojów
Dość krwi bratniej i ofiar faszyzmu
My jesteśmy siostrami pokoju
Służyć chcemy idei humanizmu”.

Przesłuchania i pejcz

Strach pojawił się już wcześniej. Jeszcze podczas urlopu, na który Aleksandra Banasiak została skierowana po wydarzeniach z 28 czerwca 1956 r. – Na urlop wysłał mnie dyrektor szpitala – opowiada. – Ojciec miał imieniny, więc wróciłam do domu. To była pierwsza niedziela lipca. Był też pan, który przyjechał wtedy z ojcem do Poznania. Wszyscy wspominaliśmy wydarzenia z 28 czerwca. W pewnym momencie przyjechała milicyjna suka. Milicjanci zabrali mnie na przesłuchanie.

Przesłuchanie składało się z tych samych elementów. Po 65 latach Aleksandra Banasiak pamięta pytania i przynoszone przez milicjantów zdjęcia. Ciągle nowe, przedstawiające kolejne osoby. – Bez przerwy pytali, co widziałam, co słyszałam i co wiem – relacjonuje. – Odpowiadałam, że przecież wiedzą, co robiłam. Gdy pomagałam, nie patrzyłam na twarze. Nie potrafiłam rozpoznać osób ze zdjęć. Te same pytania były wałkowane wielokrotnie. Zadawano mi je co pół godzin, zmieniał się tylko przesłuchujący. Tak było do czasu, aż poszłam do ubikacji.

Przez otwarte okno, wychodzące na podwórze, kobieta zauważyła mężczyznę, który stał na podeście. – Początkowo myślałam, że ktoś trzepie dywan, bo słyszałam tylko trzaski – przyznaje. – Otworzyłam okno i zobaczyłam mężczyznę z pejczem. Dookoła niego chodzili zatrzymani. Uderzał w nich. Byłam przerażona, rozpłakałam się. Nie nadawałam się do dalszych przesłuchań, więc mnie wypuszczono do domu.

Bolące podziały

Po latach Aleksandrę Banasiak bolą podziały. Nie zgadza się na nie, przeciwko nim protestuje. Patriotyzm wyniosła z domu. Rodzina mieszkała na wsi pod Pleszewem. Aleksandra Banasiak była czwartym dzieckiem z ósemki. – W naszej rodzinie patriotyzm był pielęgnowany – opowiada. – Śpiewaliśmy patriotyczne pieśni, uczyliśmy się patriotycznych wierszy. Stąd się wzięło moje wyjście na ulice w 1956 r. Wyszłam, bo nie podobała mi się tamta władza. Dzisiaj też protestuję, bo nie podoba mi się to, co się z nami stało. Nasze społeczeństwo jest podzielone, widać to nawet w środowisku kombatantów Czerwca. Nie mieści mi się to w głowie. Straciłam nadzieję, że kiedyś to się zmieni.

Na manifestacjach cieszy ją widok młodych ludzi. – Protestowaliśmy przeciwko sytuacji na Białorusi, było mnóstwo młodzieży, studentów – opowiada. – To wcale nie jest tak, że manifestują tylko starsze osoby. Młodzi są coraz odważniejsi. Protestują, gdy coś im się nie podoba. Nie milczą, tylko mówią, co im leży na sercu.

Wolność jest sercem

Na ścianie w mieszkaniu Aleksandry Banasiak wiszą zdjęcia. Są portrety papieży. Jest jej zdjęcie z Janem Pawłem II. Również fotografia z Jackiem Jaśkowiakiem. Są też dyplomy, nagrody i odznaczenia, które otrzymała po Czerwcu. W 2005 r. dostała Medal Florence Nightingale, który przyznawany jest pielęgniarkom z całego świata. Rok później, w 50. rocznicę wydarzeń Poznańskiego Czerwca, uhonorowano ją Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Z okna na klatce rozpościera się panorama centrum Poznania. Codziennie, gdy Aleksandra Banasiak otwiera drzwi mieszkania, widzi budynki, znajdujące się w miejscach, gdzie była w pamiętny czerwcowy czwartek.

Żyje skromnie. Ma swoje rytuały. Jednym z nich jest niedzielny obiad u siostrzeńca. Pomaga mu i jego rodzinie. Niedaleko mieszka też wnuczka jej brata. Odwiedzają się. – Ostatnio mówiłam jej, że jestem szczęśliwa – mówi. – Powiedziała, że ona niekoniecznie. Mówiła, co ją trapi. Młodzi mają zupełnie inne spojrzenie na to, czy są szczęśliwi.

Szczęście jest ważne w życiu Aleksandry Banasiak. – Mam mieszkanie i samochód, nie mam żadnych kłopotów rodzinnych – mówi. – Mam bardzo dużą rodzinę, miłość przeżyłam. Czego chcieć więcej? Mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa.
Na manifestacjach, na które chodzi, mówi o wolności. Uczula, by na nią chuchać i dmuchać. – Wolność jest moim najważniejszym przesłaniem w życiu – przekonuje. – To jest coś, o co trzeba dbać każdego dnia na nowo. O wolność trzeba walczyć. Walczyłam o nią 65 lat temu i dzisiaj też walczę. Wolność to moje serce.

* imiona bohaterów zostały zmienione

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie