Wiesław Rakowski i jego zdjęcia, przypadkiem odnalezione w piwnicy [GALERIA]

Zbyszek Snusz
Paleontolog, zoolog, kustosz Muzeum Przyrodniczego, w końcu dyrektor poznańskiego zoo. A do tego doskonały pływak, świetny felietonista i - co dla nas najważniejsze - fotograf, autor unikatowych zdjęć, które są fascynującą opowieścią z miejsca, któremu poświęcił całe swoje życie. Doktor Wiesław Rakowski.

Pretekstem do przypomnienia tej niezwykłej historii jest niewielka drewniana skrzynka, która po kilkudziesięciu latach zapomnienia została odnaleziona w piwnicy biblioteki Instytutu Środowiska Rolniczego i Leśnego PAN. Niepozorne pudełko, w którym znajdowało się ponad 200 szklanych negatywów, w 2012 roku odkryła Maria Szyszkiewicz-Golis z Zakładu Badania Środowiska. Jej zadaniem było przygotowanie nowej strony internetowej Instytutu.

- Stwierdziłam, że na stronie nie może zabraknąć działu z historią placówki. Podpytywałam więc starszych profesorów, czy nie mają jakichś zdjęć. Jeden z nich wspomniał, że w bibliotecznym archiwum, gdzie przechowywano rzeczy, które nie były już potrzebne, widział jakąś skrzynkę z negatywami - opowiada Maria Szyszkiewicz-Golis. I miał rację. - Poszukiwania nie były krótkie, ale w końcu się udało. Na jednej z dolnych półek w piwnicy stała drewniana skrzynka - dodaje.

Początkowo nikt nie spodziewał się, jaki skarb znaleziono. Nikt też nie wiedział, że odkrycia udało się dokonać w ostatniej chwili. Wkrótce potem piwnica została zalana. Uratowana „Kolekcja Rakowskiego (1924-1939)”, bo tak były opisane szklane negatywy, w większości przedstawia eksponaty oraz ludzi pracujących w muzeum przed wojną.

„To unikatowy, fotograficzny zapis z badania przyrody. Obrazy zwierząt i eksponatów z nich wykonanych, kości i czaszek, zdobyczy z podróży afrykańskich, anomalii anatomicznych, sceny nie dające pewności, czy mamy do czynienia z żywymi okazami, czy z prostą dioramą; wreszcie bardzo ważne kulisy pracy i portrety, tym bardziej fascynujące, że odpowiedzialny był za nie jeden człowiek - Wiesław Rakowski, pracownik naukowy muzeum, od 1935 roku jego kustosz” - pisze we wstępie do albumu „Wiesław Rakowski, Fotografie 1924-1939” (nominacja do Nagrody im. Józefa Łukaszewicza za najlepszą książkę o Poznaniu wydaną w roku 2013) artysta fotografik Michał Sita.

Nie mniej fascynujące od wykonanych zdjęć było życie ich autora. Wiesław Rakowski pracę w Muzeum Przyrodniczym jako asystent rozpoczął na drugim roku studiów w 1924 roku i pracował tam bez przerwy aż do wybuchu II wojny światowej. Był to czas, w którym placówka przeżywała prawdziwy rozkwit. W 1926 roku w muzeum znajdowało się 40 tysięcy eksponatów, 13 lat później ich liczba sięgała prawie 400 tysięcy! Jak na 270-tysięczny Poznań, były to zbiory imponujące. Wśród nich prawdziwy skarb, o jakim mogą marzyć nawet przyrodnicy współcześni - prawie kompletny szkielet tura, wydobyty z torfowiska w Nekielce pod Iwnem.

Ogromnym atutem Rakowskiego była otwartość na pomysły i wcielanie ich w życie. Skupiał się nie tylko na pracy badawczej, dzięki czemu wprowadził do placówki nową jakość. Chciał, aby muzealna ekspozycja - choć w pawilonie Pitta, dawnej restauracji mieszczącej się w zoo przy ul. Zwierzynieckiej, gdzie w 1924 roku z budynku PTPN zostały przeniesione zbiory, nie było zbyt wiele miejsca - przyciągała swoją atrakcyjnością jak najwięcej osób. Jego pasja do propagowania wiedzy o przyrody owocowała także między innymi artykułami i felietonami w gazetach codziennych - „Kurierze Poznańskim” i „Dzienniku Poznańskim”.

Jak przyznaje Monika Piotrowska, historyk sztuki, która współpracowała przy wydaniu albumu, zawdzięczamy to temu, że Rakowski - w przeciwieństwie do swoich poprzedników - nie pełnił funkcji uniwersyteckich. Skupiał się przede wszystkim na porządkowaniu zbiorów, organizowaniu wystaw czasowych, a w swoich felietonach nie zapominał o zachęcaniu poznaniaków do odwiedzin muzeum. Co najważniejsze, robił to skutecznie. Rocznie zwiedzało je prawie 5 tysięcy osób.

Z twarzy kustosza rzadko kiedy schodził uśmiech. Wśród archiwalnych fotografii ciężko znaleźć takie, na których byłby poważny. Lubił robić sobie zdjęcia ze zwierzętami. Na bodaj najciekawszym dźwiga dwa ponad 40-kilogramowe żółwie (fotografia zdobiła okładkę jednego z numerów "Wielkopolskiej Ilustracji" z 1929 roku). Ale nie brakuje też takich, na których leży na hipopotamie, siedzi na słoniu czy prowadzi na smyczy ostronosy, które z Brazylii przywiózł Arkady Fiedler.

Synowie Rakowskiego (miał ich dwóch) wspominają też jedną sytuację niezwiązaną z pracą, za którą ojciec otrzymał Medal za Ratowanie Ginących. Prezydent Polski Ignacy Mościcki postanowił go wyróżnić za ocalenie trzech kobiet, które topiły się w Warcie. Rakowski skakał do wody trzy razy. Za drugim, gdy razem z tonącą wciągnęło go pod barkę, omal sam nie zginął. Mimo to nie zawahał się wskoczyć jeszcze raz. W podzięce panie ofiarowały mu... samochód. Lancią cabrio jednak się nie najeździł. Podczas jednej z podróży w Czerwonaku na auto spadł za wcześnie opuszczony przez dróżnika szlaban. Samochód stanął w płomieniach. Rakowski musiał wrócić do bryczki, którą poruszał się wcześniej.

Niestety, rozwój muzeum nie trwał długo. Kres położył mu wybuch II wojny światowej. W 1939 roku kustosza z rodziną wywieziono do Ostrowca Świętokrzyskiego, skąd 3 lata później przeniósł się do Buska Zdroju, gdzie pracował między innymi jako kierowca.

Do Poznania Rakowski wrócił 10 lutego 1945 roku. 10 dni później został mianowany dyrektorem sąsiadujących ze sobą zoo i Muzeum Przyrodniczego. Zoo, w którym ocalało jedynie 176 wygłodzonych zwierząt i muzeum, które praktycznie przestało istnieć. Nie zrażało to nowego dyrektora, który wraz z rodziną zamieszkał na terenie ogrodu.

W początkowym okresie nie było łatwo. Brakowało przede wszystkim jedzenia, dlatego Rakowski apelował do mieszkańców Poznania, aby przywozili do zoo zwierzęta, które miały już paść. Tak trafił tam pies z przeciętym brzuchem, który miał być pokarmem dla orła. - To bardzo niezwykła historia - wspomina Piotr Rakowski, wnuczek dyrektora. - Psa udało się uratować, zwierzak cieszył się za każdym razem, gdy widział ocaliciela, który go zszył. Niestety, dziadek pochłonięty pracą nie miał czasu, żeby się nim zajmować. Psiaka oddano leśnikowi, który mieszkał w okolicy Międzychodu. Nie minęło dużo czasu, a czworonóg sam... wrócił do Poznania!

Na tym jednak historia się nie kończy. Psa znowu wywieziono ze stolicy Wielkopolski - tym razem w okolice Szczecina. - Pewnej nocy dziadek usłyszał drapanie w drzwi, okazało się, że stęsknione zwierzę po raz kolejny wróciło do Poznania. Tym razem zapadła decyzja, że pies zostanie w rodzinie - opowiada Piotr Rakowski.

W pierwszych powojennych latach Wiesław Rakowski robił, co mógł, żeby postawić zoo i muzeum na nogi. Do Poznania trafiały zwierzęta z innych ogrodów, między innymi z Wrocławia. Przewieziono stamtąd na przykład trzytonowego hipopotama Lorbasa. Zwierzę dotarło do stolicy Wielkopolski w... przyczepie autobusowej MPK Poznań, z której specjalnie w tym celu usunięto wszystkie siedzenia.

Muzeum Przyrodnicze z mocno okrojonymi eksponatami udało się otworzyć już 25 października 1945 roku. Wiesław Rakowski zmarł nagle 26 czerwca 1948 roku w wieku 45 lat. - Wysłał rodzinę na wakacje, a sam przystąpił do sekcji zwłok padłej żyrafy. Następnego dnia na ciele wystąpiły mu ciemne plamy, a w ciągu następnej doby zmarł - wspominają synowie. Dwa dni po śmierci Rakowskiego zdechł też uratowany przez niego pies.

Teraz - dzięki odnalezionym zdjęciom - na nowo możemy odkryć tę niezwykłą postać. A wszystko wskazuje na spore szczęście. Szklane negatywy przetrwały w piwnicy, a wcale nie było to takie oczywiste. W latach 50. wiele z nich bezpowrotnie zniknęło.

„Najbardziej ucierpiały te klisze, które zastali naukowcy [prowadzący badania mikroskopowe]. Co odkryli - cienkie szkło, na którym zdjęcia były wykonane, świetnie dawało się ciąć na niewielkie fragmenty, służące jako przezroczyste podkładki do preparatów. W kąpieli usuwano emulsję fotograficzną (...) zgromadzono w ten sposób całkiem pokaźny zbiór szybek do preparatów mikroskopowych” - wyjaśnia w albumie Zygmunt Pniewski, fotograf i konserwator związany z Muzeum Przyrodniczym od wczesnych lat 50.

Wśród zachowanych fotografii zwracają uwagę między innymi obrazy anomalii zwierzęcych. Przed wojną ich zbiór liczył kilkanaście okazów. Wśród nich kogucik, który – jak pisał w „Kronice Miasta Poznania” Wiesław Rakowski - „ma nogi dodatkowe, umieszczone na grzbiecie, a więc we wręcz odwrotnym kierunku do normalnych odnóży”. Były też sześcionożne jagnię czy 5-miesięczne źrebię bez przednich kończyn (zachowało się zdjęcie).

Ocalała też część zdjęć zwierząt. Rakowski przy współpracy poprzedniego dyrektora muzeum profesora Edwarda Lubicza-Niezabitowskiego zaczął fotografować najbardziej interesujące okazy z ogrodu. „Fotografowanie zwierząt, nawet trzymanych w niewoli, wymaga bardzo wiele trudu i cierpliwości, a warunki otoczenia, w jakich się te zwierzęta znajdują, zwykle są co najmniej mało odpowiednie dla udania się zdjęcia” - wyjaśniał dyrektor w wydanej później publikacji „Postacie Żywych Zwierząt według własnych zdjęć z natury, dokonanych przeważnie w poznańskim Ogrodzie Zoologicznym”.

Część kolekcji stanowią zdjęcia inscenizowane. Zachowały się fotografie, na których widać wypchane zwierzęta, które umieszczano w niby naturalnym otoczeniu. Są też takie, które miały tylko precyzyjnie przedstawiać wygląd zwierząt lub szczątków, które odnaleziono na stanowiskach archeologicznych. I to właśnie na tych zdjęciach – jak przyznaje Michał Sita – w różnych częściach kadru (przeważnie po bokach) pojawiają się najciekawsze dzisiaj elementy, czy to osoby, czy to przedmioty, a nawet całe sceny, które pokazują, jak wyglądała praca w muzeum w tamtym okresie.

„Okazuje się, że przypadkowo i wbrew pierwotnym założeniom, zdjęcia Rakowskiego stały się unikatowym zapisem czasów, pomysłów i charakterystycznego sposobu na wyjaśnianie świata natury. Stały się relacją nie tylko z określonego okresu w historii nauk przyrodniczych – są zapisem rzeczy o wiele bardziej ulotnej – fascynacji, ambicji i celów, dotyczących bardzo konkretnych ludzi” - pisze Michał Sita.

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

P
Poznańczyk

Nie pierwszy raz okazuje się, że placówki, które mają statutowy obowiązek gromadzenia, archiwizowania i udostępniania dóbr kultury (muzea, biblioteki, archiwa) mają taki bałagan i takich niekompetentnych "opiekunów", że po latach ciągle coś "nowego" odkrywają. Często ten bałagan jest celowy. Wiadomo, że wiele źle zaarchizowanych eksponatów jest po prostu kradzione przez pracowników. Naiwnym darczyńcom, którzy nie przypilnowali aby ich dary zostały od razu prawidłowo zaewidencjonowane, pozostaje tylko dziwić się, dlaczego placówka ich nie pokazuje. Zamiast więc zachwycać się nad "cudownym odnalezieniem" czegoś przeprowadzać trzeba inwentaryzacje tego co się ma w przepastnych piwnicach i magazynach, a czego nie pokazuje się publiczności. Statystki mówią, że tego może być nawet 90%. Mam nadzieję, że opisywana w artykule biblioteka z jej archiwum do takich negatywnych przykładów nie należy.

z
ziutek

to już było - tematów Wam brakuje ?

g
gość

"jakiś zdjęć"?

Dodaj ogłoszenie