Zawody balonowe: Beata Choma zachwycona widokami z kosza [ZDJĘCIA]

Radosław Patroniak
Mieszkanka Tarnowa Podgórnego dzięki swojej pasji odwiedziła wiele pięknych zakątków świata i wciąż marzy o kolejnych wyprawach ARCHIWUM BEATY CHOMY
W dzieciństwie chciała zostać księżniczką i wznieść się w powietrze. W pierwszej klasie liceum wsiadła do szybowca, a dwadzieścia lat temu przesiadła się do balonu. Od tego czasu wiele razy startowała w największych zawodach balonowych na świecie. We wrześniu Beata Choma z Tarnowa Podgórnego będzie jedną z głównych faworytek I Balonowych MŚ kobiet w Lesznie.

- Każdy, kto pierwszy raz jest blisko balonu, najpierw jest oszołomiony jego wielkością. To w końcu nie byle co. Ponad dwadzieścia metrów wysokości. Potem zazwyczaj śmiałkowie patrzą na mnie lekko niepewni, ponieważ przy ogromnym balonie, operując buchającym ogniem palnikiem, wydaję się bardzo drobna. Skupiając się na tym wszystkim, co dzieje się wokół, pasażerowie zapominają, że za chwilę odlatujemy. Często wcale nie czują startu, a kiedy w końcu zauważą, że jesteśmy już w powietrzu, zachwycają się widokami z kosza - mówi 40-letnia mistrzyni Polski z 2011 r. i zwyciężczyni Pucharu Świata kobiet z 2010 r. - Mnie również każdy lot sprawia niezmierną przyjemność, tym większą, kiedy widzę radość w oczach moich pasażerów.

Lista jej sportowych osiągnięć może przyprawić o zawrót głowy, choć licencję pilota balonowego Choma zdobyła dopiero dziewięć lat temu. - Tegoroczne zawody w Lesznie z pewnością przejdą do historii. Bardzo chciałabym, aby zakończyły się one dla mnie sukcesem. Konkurencja będzie na pewno silna. Ma startować 50 zawodniczek. Boję się więcej mówić o moich oczekiwaniach, aby nie zapeszać - dodaje sympatyczna zawodniczka Aeroklubu Poznańskiego, która wciąż szuka sponsorów do realizacji swoich sportowych marzeń. - Prywatnie każdy lot jest dla mnie ogromnym obciążeniem, a dla firm taki latający billboard to doskonała forma promocji - przyznaje urodzona w Lublinie baloniarka.

Swoją przygodę z podniebnymi pasjami rozpoczynała na pobliskim lotnisku w Świdniku w styczniu 1989 r. Na szybowcach wylatała ponad 300 godzin. Pięć lat później zakochała się jednak w balonach, bo w jej rodzinnym mieście odbywały się balonowe MP. - Latanie szybowcami, podobnie jak baloniarstwo, wymaga przede wszystkim dużej wiedzy z zakresu meteorologii. Te dwie dyscypliny mają ze sobą bardzo dużo wspólnego. Bez odpowiedniej taktyki i wyczucia, gdzie znaleźć odpowiednie warunki, bo przecież tego nie widać, nie da się za wiele w tych sportach osiągnąć. Bardzo przydaje się też obycie z mapami. Ale to było moją pasją od dzieciństwa. Potrafiłam godzinami siedzieć nad atlasem, wyobrażając sobie jak wygląda świat, który widzę na mapach - wspomina następczyni w Aeroklubie Poznańskim Stefana Makne i Ireneusza Cieślaka, zwycięzców najbardziej prestiżowych zawodów balonowych na świecie, czyli Pucharu Gordona Bennetta.

Swoją balonową pasję Beata Choma realizowała po studiach w Legionowie. Kilka lat później postanowiła spróbować latania nie jako sędzia, lecz jako zawodnik. Zaczęła jako członek ekipy i pomocnik. W 2004 r. odbyła szkolenie na pilota balonowego. Licencję odebrała wiosną 2005 r. Wkrótce potem zaczęła zdobywać doświadczenie, startując w zawodach. Jesienią 2005 r. przeprowadziła się wraz z rodziną do Poznania. - Nie urodziłam się tutaj, ale właśnie w Wielkopolsce odnalazłam swoje miejsce. Tak zdecydował los, ale ja też nie broniłam się szczególnie przed tą zmianą. Czuję, że tu jest mój dom. Mam wielu przyjaciół. Różnice mentalności między mieszkańcami wschodniej i zachodniej części Polski dziś chyba całkiem się zatarły. Są jednak ciągle duże dysproporcje, jeśli chodzi o infrastrukturę, komunikację i różnego typu udogodnienia dla mieszkańców. Tutaj na każdym kroku czuje się porządek, a to jest bardzo przyjemne - podkreśla mama 9-letniego Wiktora.
Jest on jednym z członków ekipy, bez której Beata Choma nie miałaby szans na odnoszenie sukcesów. - Baloniarstwo to sport zespołowy. Mimo iż ekipa najczęściej pozostaje na ziemi i w cieniu, a laury zbiera pilot, bez pomocy załogi nie udałoby mi się nawet wystartować. Zazwyczaj jako kierowca i szef zespołu jeździ ze mną Andrzej Skrzypczak. W czasie gdy ja zajmuję się przygotowaniem strategii lotu, wyznaczam trasę na mapie, wbijam punkty będące kolejnymi celami do GPS-a, sprawdzam wiatr i zastanawiam się jak najlepiej będzie polecieć, Andrzej przygotowuje do startu balon. Pomagają mu w tym Magdalena Moskalska, na co dzień lekarka i Anna Grebieniow, poza baloniarstwem podróżniczka i pisarka - wyjaśnia Beata Choma.

Nasza bohaterka niedawno napisała na swojej stronie internetowej, że "nie czuję się w balonie jak pyłek niesiony przez wiatr", choć powszechnie panuje przekonanie, że to wiatr rozdaje karty w podróży balonem. - Balonem steruje wyłącznie wiatr, ale my wykorzystując zmienność jego kierunków i prędkości na różnych wysokościach możemy wpływać na tor lotu. Balon, kiedy się już uniesie, staje się jakby jedną z cząsteczek powietrza i przemieszcza się tak samo jak pozostałe cząstki wokół niego. Nie ma silnika ani sterów, ma za to dużą bezwładność, która jest dodatkowym utrudnieniem. Tak więc umiejętność dolecenia z dużą precyzją do wyznaczonych w konkurencjach celów jest nie lada wyzwaniem. Na tym właśnie polegają zawody balonowe. Wygrywa ten, kto nie tylko potrafi latać najlepiej pod względem technicznym, ale przede wszystkim posiada instynkt i wyczucie. Podczas zawodów często widzimy rozproszone po całym niebie balony. Lecimy przez kilka kilometrów mocno oddaleni od siebie, a do wyznaczonego celu wszyscy przylatują jeden po drugim w to samo miejsce jak po sznurku. To niesamowite zjawisko - przekonuje mistrzyni, która w przyszłym roku po raz pierwszy w historii chce przelecieć samotnie balonem nad Bałtykiem.

Dla kobiety pilotowanie balonu to ogromnie trudne zadanie nawet w optymalnych warunkach. - Technicznie baloniarstwo nie jest proste. Zwłaszcza dla kobiety. Sam sprzęt co prawda nie jest zbyt skomplikowany, ale po mojej stronie jest pełna odpowiedzialność za odpowiedni stan techniczny i sprawność do lotu. Muszę umieć wszystko skontrolować, a jak trzeba, naprawić. Największym utrudnieniem jest to, że cały sprzęt ogromnie dużo waży. Sama powłoka to sto kilogramów, kosz z butlami i palnikiem ponad dwieście. Wszystko trzeba wyciągnąć z przyczepy przed każdym lotem, a potem zapakować po locie. Sama bym tego nie zrobiła. Zawsze towarzyszy mi ekipa naziemna. Przygotowanie balonu do lotu wymaga pomocy co najmniej trzech osób. Oni też jadą samochodem, kiedy ja jestem w powietrzu, aby zwinąć balon po locie. Ja lecę, gdzie wiatr powieje, a oni muszą czasami nieźle się napocić, żeby dojechać w miejsce lądowania - mówi.

Zimowe warunki nie będą raczej straszne dla baloniarki, tym bardziej, że od kilku lat jest ona aktywnym morsem.

- Chciałam po prostu spróbować jak to jest, trochę też zmierzyć się z własną fizyczną słabością. Nawet nie przypuszczałam, że tak bardzo mi się to spodoba. Podczas kąpieli nie czuję wcale zimna, natomiast organizm wytwarza endorfiny, czyli hormony, które wyzwalają doskonałe samopoczucie i zadowolenie z siebie - kończy z uśmiechem na ustach swoją opowieść kobieta, która pokochała podniebne wyprawy.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

P
Podpis

Treść komentarza

Dodaj ogłoszenie