Żeglarzy, którzy zginęli na Jeziorze Powidzkim, można było uratować!

Rafał Cieśla, Paulina Jęczmionka
Strażacy wydobyli uwięzionych w topiącym się jachcie dopiero po ponad dwóch godzinach
Strażacy wydobyli uwięzionych w topiącym się jachcie dopiero po ponad dwóch godzinach Fot. Waldemar Wylegalski
Strażacy, który ratowali dwoje żeglarzy na Jeziorze Powidzkim prawdopodobnie usłyszą prokuratorskie zarzuty - ustalił "Głos Wielkopolski". Do śledczych dotarła bowiem długo oczekiwana ekspertyza biegłego. Z naszych informacji wynika, że nie pozostawia ona suchej nitki na strażakach i potwierdza, że dwoje żeglarzy można było uratować.

- Prokurator prowadzący postępowanie jest w trakcie analizy opinii - mówi prok. Wiesław Szerszeń, zastępca prokuratora okręgowego w Koninie. - To skomplikowane działanie, bo trzeba przełożyć wskazane przez biegłego zaniedbania ze strony służb na język prawny, ustalić czy kwalifikują się one jako czyn mający znamiona przestępstwa oraz rozważyć ewentualną odpowiedzialność za te zaniedbania. W nadchodzącym tygodniu zapadnie decyzja co do ewentualnego postawienia zarzutów.

Co konkretnie zarzuca się strażakom? Masę nieprawidłowości popełnionych już na samym początku akcji ratowniczej, m. in. niewłaściwe rozpoznanie zagrożenia przez dyżurnego KPP PSP w Słupcy, czy wysłanie na miejsce za mało jednostek. Wadliwa była też decyzja o samodzielnym podnoszeniu jachtu przez strażaków.

To jednak nie wszystko. Wielkim błędem, który niewątpliwie przyczynił się do śmierci żeglarzy, było też nie skorzystanie z pomocy jaką zaoferowali będący na miejscu płetwonurkowie z WOPR. Kolejne nieprawidłowości to brak odpowiedniego sprzętu, niewłaściwe wyszkolenie...

Z naszych ustaleń wynika, że biegły odniósł się także do akcji holowania łodzi na brzeg, gdzie przez około 1,5 godziny wydobywano ciała 24-letniej Marty z Turku i 32-letniego Sebastiana z Piły. Według eksperta wystarczyłoby tylko zrobić przysiad w wodzie i spenetrować wnętrzne kabiny. To jednak zajęło strażakom znacznie więcej czasu.

- Sprawa jest w toku, więc nie będę jej na razie komentował - zaznacza st. kpt. Sławomir Brandt, rzecznik wielkopolskiej Państwowej Straży Pożarnej. - Biegły wyraża opinię po pierwsze, na podstawie swojego doświadczenia, po drugie, na podstawie dowodów, które są w aktach sprawy. Ja dostępu do nich nie mam. Więc jakiekolwiek moje odniesienie do opinii byłoby nierzetelne. Poczekamy, aż prokuratura zakończy postępowanie i wtedy będziemy mogli odnieść się do sprawy - dodaje kpt. Sławomir Brandt.

Z treści ekspertyzy wynika również, że żeglarze mogli przeżyć, gdyby akcja ratownicza przeprowadzona została sprawnie. Wystarczyło bowiem podtrzymać na linach wywrócony jacht i poczekać na pomoc strażaków z PSP. Z kolei holowanie przewróconej łodzi do brzegu zostało uznane za ostateczność. Jednak nawet w tym przypadku istniała szansa na przeżycie Marty i Sebastiana. Warunkiem jednak było ich natychmiastowe wydobycie z wnętrza żaglówki.

- Z wielu znanych nam okoliczności tej tragedii, np. zeznań świadków, płetwonurka, który oferował swoją pomoc wynikało, że podczas akcji ratunkowej doszło do wielu zaniedbań - mówi Maciej Kwiecień, dyrektor departamentu odszkodowań w Kancelarii Brokerskiej Marshal, która reprezentuje rodzinę 24-letniej Marty. - Opinia biegłego, nie wdając się w jej szczegóły, jest potwierdzeniem przynajmniej części naszych podejrzeń. Teraz oczekujemy aktu oskarżenia przeciwko osobom odpowiedzialnym za tę tragedię - komentuje Kwiecień.

Jak ratowano Martę i Sebastiana
Do tragedii, w której zginęła mieszkanka Turku i jej partner, 32-letni Sebastian z Piły, doszło 1 maja 2011 r.
Pięcioro znajomych w wieku od 24 do 32 lat wybrało się w rejs jachtem po Jeziorze Powidzkim. Zerwał się wiatr, łódka się przewróciła. Trzy osoby wpadły do wody. W kabinie jachtu utknęła 24-letnia Marta.
Z późniejszych relacji wynika, że Sebastian wydostał się na powierzchnię. Szybko jednak wrócił do środka, by pomóc dziewczynie. Od samego początku pojawiły się wątpliwości, czy do ich śmierci nie przyczyniła się akcja ratunkowa przeprowadzona przez strażaków.
W lipcu zeszłego roku na łamach "Głosu Wielkopolskiego" ujawniliśmy kulisy strażackiej akcji. Okazało się, że uczestnicy akcji nie byli wyposażeni w sprzęt do nurkowania. Mimo to, nie zabrali ze sobą oferującego pomoc instruktora WOPR z Łodzi, który rekreacyjnie nurkował w Powidzu. Po przypłynięciu na miejsce jeden ze strażaków próbował wpłynąć do przewróconego jachtu. Nie miał sprzętu...
Z takim samym efektem próbowano podnieść jacht. Później (godz. 17.16) nastąpiła decyzja o holowaniu. Strażacy tłumaczyli m.in. tym, że woda była zimna (5 stopni C) i bali się wyziębienia. To zostało podważone, gdyż wg ekspertów temp. wody wynosiła ok. 13 stopni. Po doholowaniu, przez ok. 1,5 godz., strażacy chcieli wydobyć parę. Zamierzali m.in. wyciąć otwór w łodzi.
Ostatecznie ciała wydobyto na brzeg o godz. 19.03. Mimo tak długiej akcji na miejscu nie było lekarza, który przyjechał na drugi brzeg. Ostatecznie dopłynął pontonem. Stwierdził zgon.

Możesz wiedzieć więcej! Kliknij i zarejestruj się: www.gloswielkopolski.pl/piano

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie