Arkady Fiedler: piękna, straszna Amazonia wabiła mnie od dziecka

Sławomir Lechna
W. Wylegalski
Dawno Wielkopolanie nie wracali do książek swego najsławniejszego w XX wieku podróżnika - Arkadego Fiedlera. Podczas wakacji proponujemy więc wielką sentymentalną podróż śladami Fiedlera. Na początek wybierzmy się nad Amazonię - zaprasza Sławomir Lechna.

Ojciec nasz powtarzał, że marzenia o dalekich podróżach narodziły się w dzieciństwie, a pisarstwo to chęć opisania wielkich wrażeń, które mu one dostarczyły - opowiadają synowie podróżnika Marek i Arkady Radosław. - Razem ze swoim ojcem Antonim, a naszym dziadkiem, wybierali się w niedziele pod dęby rogalińskie, nad Wartę lub do okolicznych lasów - wspominają synowie podróżnika.

"Wieczorami, po powrocie z wycieczek, snuliśmy razem piękne marzenia" - napisał po latach Arkady Fiedler w książce "Zdobywamy Amazonkę". - "Ojciec opowiadał mi o gorącym słońcu, o dalekiej bujnej puszczy pełnej lian i paproci, o olbrzymiej rzece i wielkich cudownych, błyszczących motylach. Szczegółowo układaliśmy sobie plan wspólnej wyprawy. - Gdy dorośniesz - mówił do mnie ojciec - pojedziemy razem nad Amazonkę."

- Niestety, nie udało mu się odbyć wspólnej podróży z ojcem, bo nasz dziadek zmarł przedwcześnie - nie dożył nawet pięćdziesiątki - mówią Marek i Arkady Radosław Fiedlerowie. - W swoim zakładzie chemigraficznym wdychał opary cyjanku potasu. Poza tym palił sto papierosów dziennie. Nawet pozując do portretu, który wisi w naszym muzeum, dzierży w dłoni papierosa.

Arkady Fiedler swe najgorętsze marzenie urzeczywistnił w 1933 r. Jesienią wypłynął do Amazonii, którą zbadał od jej ujścia aż po źródła. "Podróż do Amazonii umożliwiła mi sprzedaż drukarenki, za którą dostałem 5 tysięcy złotych" - napisał Arkady Fiedler w autobiograficznej książce "Wiek męski zwycięski". - "Była to podróż skromna, ale wyruszając w nią, spełniłem wspólne marzenia ojca i moje o wielkiej rzece...".

Podróżnik zamierzał przywieźć jak najlepsze zbiory dla Państwowego Muzeum Zoologicznego w Warszawie oraz liczną sforę żywych zwierząt dla Ogrodu Zoologicznego w Poznaniu. - Obecnie zakazane jest przywożenie okazów z Amazonii, bo jej zasoby podlegają ochronie - dodaje Arkady Radosław. - Niedawno syn znajomego złowił tam piękne motyle morpho - symbol bogactwa Amazonii. Na granicy celnicy wystawili mu mandat na 8 tys. dolarów. A że oczywiście nie miał takiej kwoty, stróże prawa dług przeliczyli na więzienie. A wiadomo, jakie panują tam warunki. Jakoś udało się dojść do kompromisu, kiedy młody Polak wyznał, że jego ojciec jest policjantem.

Arkady Fiedler postanowił spisywać wrażenia z podróży do Brazylii i korespondencje przesyłać do Polski, które publikować miał "Dziennik Poznański" (za każdy tekst otrzymywać miał ówczesne 20 zł.). Będąc już w Brazylii, felietony wysłał też do rządowej "Gazety Polskiej" w Warszawie (mimo iż przed wyjazdem nie była ona zainteresowana propozycją Fiedlera, który zaoferował swoje korespondencje) z dowcipną adnotacją, żeby w razie czego redakcja odpisała, czy jego kartki trafiły do kosza, a nie zostały użyte do celów, np. higienicznych.

- Ojciec pisał ręcznie drobnym maczkiem i nikt w Warszawie nie chciał wziąć do ręki jego rękopisów - opowiada Marek Fiedler. - W końcu Kazimierz Wierzyński, wówczas redaktor działu reportaży "Gazety Polskiej", zaczął odcyfrowywać gryzmoły. Był… zachwycony tym, co przeczytał. Krzyknął... "To jest o niebo lepsze niż innych autorów-podróżników". Redakcja "Gazety Polskiej" zamówiła u Arkadego Fiedlera cykl artykułów, płacąc po 50 złotych za każdy. Za ostatnich dziesięć zapłaciła mu już po 300 złotych. Felietony stały się podstawą książki "Ryby śpiewają w Ukajali". Ukazała się ona w 1935 r. i zdobyła wielkie uznanie czytelników. - To była czwarta książka ojca, ale dopiero ona przyniosła mu wielką sławę - wyjaśnia Arkady Radosław Fiedler.

"Amazonka też zaczyna się od nikłego potoczku..." - tak sam podróżnik tłumaczył w autobiografii swoje literackie początki. Inspiracją do tytułu stał się fragment rozdziału "Woda, woda, woda": "Czasem pod wieczór słychać w wodzie niesamowite dźwięki, jak gdyby bijących dzwonów. To niektóre ryby, do sumów podobne, śpiewają w Ukajali..." - pisał Arkady Fiedler.

Ryby jednak śpiewają
Czy ryby w Ukajali rzeczywiście śpiewają? Sceptycy wręcz pomawiali Arkadego Fiedlera o fantazję literacką. W 1970 r. - w kolejnej podróży nad Ukajali - podróżnikowi z Puszczykowa towarzyszył poznański fotografik Zbigniew Staszyszyn.

"Złowił on ponad 20 ryb, żywe przyniósł w siatce - wspominał Arkady Fiedler w autobiografii. - "Trudno opisać nasze zdziwienie, gdy z kupy rzucających się rybek usłyszeliśmy dźwięki do ćwierkania ptasząt podobne, i to dźwięki wcale nieciche".
- Śpiewają! - zawołał Zbigniew Staszyszyn. - Jak babcię kocham: śpiewają!!!.
- Honor książki "Ryby..." został uratowany - podsumował w "Wieku męskim zwycięskim" Arkady Fiedler.

Podróżnik starał się w książkach oddać ówczesne nastroje, nie unikał spraw frywolnych i pikantnych, jak zabawne historie z senioritą z Lizbony czy z praczkami odwiedzającymi hotel w Iquitos albo... No właśnie, kobiety nie były obojętne pisarzowi. - Ojciec był wówczas singlem, więc miał prawo interesować się kobietami - tłumaczy Arkady Radosław. Ale przed ponad 70 laty nietrudno było o nieporozumienie.
Zdawał sobie z tego doskonale sprawę podróżnik: "Opis niewinnych perypetii z uroczym podlotkiem Dolores, 12-letnią Metyską znad Ukajali, tak rozogniał utajone pragnienia niektórych moich czytelników, szczególnie wśród starszych donżuanów, że gdy wróciłem do Polski, stałem się bohaterem cudacznych plotek i dla niektórych zagorzalców wprost obiektem pomylonej atencji. Nic między mną a Dolores nie było prócz prostej przyjaźni!" - zapewniał w "Wieku męskim zwycięskim" Arkady Fiedler.

Stygmat puszczy tropikalnej
Podróże do Amazonii wywarły ogromny wpływ na życie Arkadego Fiedlera. Pierwszą wyprawę przypłacił nieszczęściem małżeńskim, a drugą - bankructwem zakładu chemigraficznego, który odziedziczył po ojcu.

- Ojciec kochał Amazonię, a i on nie pozostał jej obojętny, bo odcisnęła na nim trwałe piętno - opowiada Marek Fiedler. - Amazonia pozostawiła na jego ciele stygmat, bliznę na nodze wielkości pięści. To pozostałość po jakimś robactwie, które wżarło mu się w skórę. Gdy byliśmy mali, ta blizna niesamowicie nas fascynowała...

Najstarszy towarzysz podróży
Kilkanaście dni temu, w bardzo gorące południe, udałem się do Mosiny. W słońcu było ponad 50 stopni Celsjusza. Zmierzając do bloku, nieopodal centrum miasteczka, w którym mieszka Zygmunt Pniewski - najstarszy żyjący współtowarzysz podróży Arkadego Fiedlera - myślałem o tym, jak wielkim pragnieniem ich obu musiała być Amazonia. Kto dzisiaj zdobyłby się na taką eskapadę? Drzwi mieszkania otwiera drobnej budowy, ale pełen energii, 79-letni mężczyzna.

- Odkurzyłem gabloty z motylami i moje zdjęcia z lat 60. z Arkadym Fiedlerem - opowiada gospodarz. Pokazuje książkę "Piękna, straszna Amazonia", z odręcznym wpisem Fiedlera: "Zygmuntowi Pniewskiemu, cherubinkowi o złotej czuprynie, "wypędzonemu z raju", a miłemu towarzyszowi naszej brazylijskiej peregrynacji - z wyrazami szczerej sympatii ofiaruje Arkady Fiedler."

- Był on dla mnie starszym o prawie 40 lat przyjacielem - wspomina Zygmunt Pniewski i zaznacza: - Do końca byliśmy na per pan, bo on z nikim nie przechodził na ty. To był wspaniały człowiek, ale trzeba powiedzieć, że... despota.

Zanim Zygmunt Pniewski wyjechał w 1967 r. z Arkadym Fiedlerem nad Amazonkę, musiał przejść roczny egzamin. - Arkady Fiedler mówił mi, że na towarzysza podróży ma kilku kandydatów, których sprawdza i jednego wybierze - wspomina pan Zygmunt. - To był rok żmudnych przygotowań. Fiedler zabrał mnie na przykład do Berlina. Tam kupowaliśmy sprzęt niezbędny do wyprawy nad Amazonię, m.in. aparaty fotograficzne. Wtedy też obserwował, jaki mam kontakt z ludźmi, jak sobie radzę z obcym językiem. Poza tym zaprzyjaźniony z Fiedlerem lekarz Marian Abram badał mój organizm, czy sobie poradzę w tropikach. Arkady Fiedler był skrupulatnym człowiekiem. Robił listę przedmiotów, które musimy zabrać. Ważył je i te cięższe skreślał. Przecież każdy z nas miał w puszczy nosić co najwyżej 20-kilogramowy plecak. Fiedler był przezorny i przewidujący.

Wszystko planował. Przed wyprawą do Brazylii starał się, bym otrzymał z pracy roczny płatny urlop. Ale... na krótko przed wyjazdem mój udział stanął pod znakiem zapytania. Dowiedziałem się, że dostanę urlop, ale bezpłatny. Oznaczało to, że moja żona z małymi synami, Przemkiem i Sławkiem, pozostanie bez środków do życia. Arkady Fiedler uratował mnie. Wpłacił na nasze konto kwotę równą moim rocznym dochodom. Z pieniędzy tych korzystała potem żona. W Amazonii nasze organizmy wytrzymały jednak tylko pół roku. Po powrocie nie musiałem zwracać pozostałej kwoty. W zamian nadal pracowałem dla Arkadego Fiedlera.

Piękna, straszna Amazonia
Zygmunt Pniewski wspomina, że cel podróży do Brazylii był z góry określony przez A. Fiedlera: piękna, straszna Amazonia. - Chodziło o napisanie książki, której tytuł powstał jeszcze przed... wyjazdem - wspomina Zygmunt Pniewski. - W Brazylii obaj robiliśmy zdjęcia. Bardzo wiele wykonanych przeze mnie zdjęć zostało opublikowanych. Ale prawa autorskie należały do Fiedlera - taką podpisaliśmy umowę: on pokrywał koszty podróży, a ja dla niego pracowałem, dlatego oddawałem mu moje negatywy. I one były jego własnością. Poza zbieraniem materiału do książki, łowiłem motyle i preparowałem je. Potem 40 gablot z nimi trafiło do poznańskich szkół.

Zygmunt Pniewski wspomina, że Arkady Fiedler nie lubił podróżować samolotem. Wolał, by wyprawa trwała długo, by mógł się dobrze przygotowywać. Dlatego do Brazylii udawał się statkami, ale nie pasażerskimi, a handlowymi.

- Wypłynęliśmy z Gdyni w lutym 1967 roku - opowiada Zygmunt Pniewski. - Po trzech tygodniach dotarliśmy do Rio de Janerio. Mało kto wie, że towarzyszyła nam Maria, żona Arkadego Fiedlera, która w Rio miała siostrę i dwóch braci. Arkady Fiedler obiecał jej, że zabierze ją i słowa dotrzymał. W Rio de Janerio mieliśmy bazę wypadową. Brazylię zwiedziliśmy wzdłuż i wszerz.
Arkady Fiedler ostrzegał swojego młodszego towarzysza podróży, że Amazonia, jest piękna, ale i straszna zarazem, bardzo niebezpieczna. - Są chociażby choroby tropikalne i na każdym kroku można stracić życie - kontynuuje Zygmunt Pniewski. - Fiedler opowiedział mi o indiańskim kacyku Uatau. Był to okrutny siłacz, tyranizujący Indian. Kiedyś wyprowadził grupę Anglików do puszczy i żaden z nich nie wrócił. Pewnego dnia będąc w Sao Felix nad brzegiem Araguai, ujrzeliśmy przepływające canoe z dwoma Indianami. Podpłynęli do nas. "To wódz Uatau... z synem - powiedział Fieder i nakazał:

- "Niech pan szybko bierze aparat i jak Uatau zbliży się, to robi mu zdjęcie". Uatau pozwolił się sfotografować, ale potem wymownym gestem palców pokazał, że oczekuje zapłaty. Fiedler dał mu 500 cruzeirów (prawie 20 centów amerykańskich). Ten rozrzucił pieniądze na ziemi i zażądał 5 tys. Słysząc odmowę, wyrwał mi z ręki rolleilex - aparat fotograficzny. Rzucił go do syna, który uciekł z nim do łodzi. Struchlałem. To był nasz najdroższy sprzęt. Trudno bez tego narzędzia wykonać dobrze pracę. Zastanawiałem się, co robić? Wtedy Arkady Fiedler, który miał donośny głos, zaczął krzyczeć. Wówczas miejscowi ludzie wyszli ze swoich domostw. Uatau, bojąc się konsekwencji rozboju, przestraszył się i kazał synowi oddać aparat.

Potem Arkady Fiedler ostrzegł Zygmunta Pniewskiego, że gdyby jakiś tubylec go zaatakował, ma wzywać policję. Nieoczekiwanie rada się wkrótce przydała. - Wybrałam się samotnie do faweli Rio de Janeiro - wspomina Zygmunt Pniewski. - Żyło tam tysiące nędzarzy w skrajnej biedzie. Tam śmierdziało, a smród przyciągał motyle - cel moich polowań. Nagle na drodze stanął niczym drąg - olbrzymi Murzyn. Zachowywał się jak małpa. Wyrwał mi torbę, z której wyciągnął nóż sprężynowy. Otworzył go i zażądał, bym na pamiątkę naszego spotkania dał mu zegarek. Groził, że jeśli go nie usłucham, to mnie zabije. Zegarek był markowy. Gorączkowo szukałem ratunku. Widziałem, że nie dam rady uciec, bo olbrzym i tak mnie dogoni. Wtedy przypomniałem sobie radę Fiedlera. Zawołałem co sił: - "Policia!!!". Łobuz rzucił nóż i uciekł. Zegarek mam do dzisiaj. Arkady Fiedler ostrzegał mnie też, by na pytanie Brazylijczyków, skąd jesteśmy, nie mówić, że z Polski. Oni o Polsce niewiele wiedzieli, ale zdawali sobie sprawę, że to kraj komunistyczny, a to bardzo źle było tu odbierane. Odpowiadaliśmy więc, że jesteśmy Europejczykami.

Pniewski wspomina, że będąc w Amazonii, każdy dzień kończyli, opowiadając swoje wrażenia. A. Fiedler spisywał je ołówkiem. - A co ja sobie przywiozłem z Brazylii? - pyta głośno Z. Pniewski i uśmiecha się. - Nic, zdrowie sobie przywiozłem z powrotem.


Od Amazonii przez Kanadę, Madagaskar...
- Jeszcze raz chciałbym pojechać do Amazonii - rzuciłem pełen entuzjazmu nagle do żony, odrywając wzrok znad książki Arkadego Fiedlera, opisującej jego podróż do puszczy tropikalnej. - A byłeś tam kiedyś? - zapytała zdziwiona małżonka. - Nie, ale już raz... chciałem... Choć ten krótki dialog może wydawać się nieco absurdalny, jednak oddaje znakomicie to, co wówczas czułem.

A wszystko zaczęło się kilkanaście dni temu w redakcji, kiedy wpadliśmy na pomysł publikowania podczas wakacji w cotygodniowym cyklu artykułów o wyprawach najsłynniejszego wielkopolskiego podróżnika Arkadego Fiedlera. Zapaliłem się do pomysłu. Wszak wychowałem się na książkach Arkadego Fiedlera. Byłem też częstym gościem puszczykowskiego muzeum jego imienia. Potem przyszedł jednak moment refleksji i... obaw. Bo przecież książki Arkadego Fiedlera czytałem ponad 25 lat temu.

Teraz - przy powszechnym dostępie do telewizji satelitarnej ze znakomitymi programami podróżniczymi, internetu, barwnych magazynów geograficznych czy swobodnej możliwości podróżowania, ich lektura może rozczarować współczesnego czytelnika. I co wtedy? - pytałem siebie w myślach, otwierając książkę "Ryby śpiewają w Ukajali".

Moje obawy były niepotrzebne, bo już pierwsze wersy mnie porwały. Wspaniałe opisy Amazonii - którą Arkady Fiedler porównywał do oszalałego teatru, gdzie aktorami była roślinność i zwierzęta - na nowo rozbudziły moją wyobraźnię. Tak mocno, że znów zapragnąłem pojechać nad Amazonkę. Ale nie tylko, także do Kanady pachnącej żywicą, na kuszący Madagaskar i wielu innych cudownych zakątków świata opisanych przez podróżnika z Puszczykowa. I nie szkodzi, że tamten świat znacznie się zmienił przez te lata! Taka podróż jest tym bardziej frapująca! Bo przecież można samemu sprawdzić, jak bardzo inny jest świat opisywany przez Arkadego Fiedlera!
Sławomir Lechna

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3