Policja umorzyła postępowanie w sprawie śmierci psa zamkniętego w studni w lesie pod Owińskami. Zwierzę zostało odnalezione jeszcze żywe, ale po kilku dniach zdechło. Uwięzienie psa w studni pod Owińskami nie było przypadkiem. Ktoś celowo spuścił go na pasku od spodni, a właz zasunął betonową płytą.

– Jak złym trzeba być człowiekiem, żeby to zrobić – pyta Emilia Kaczmarek z poznańskiej fundacji Animal Security, która zajmuje się sprawą. Niestety, wiele wskazuje na to, że winni tragedii czworonoga pozostaną bezkarni. Z powodu braku wystarczających dowodów 30 kwietnia 2016 r. policja umorzyła postępowanie.

– Zostały już przesłuchane wszystkie osoby, które mogą mieć wiedzę na temat zdarzenia, włącznie z osobą zawiadamiającą, świadkami i weterynarzem. Niestety, na bazie materiału dowodowego nie udało się ustalić sprawcy – wyjaśnia Iwona Liszczyńska z biura prasowego wielkopolskiej policji.

Policjantka dodaje jednocześnie, że funkcjonariusze prowadzili też postępowanie pod kątem znęcania się nad psem przez jego właścicieli, jednak i w tym wątku zostało ono umorzone.

A to właśnie na właścicieli jako sprawców tego bestialskiego czynu najczęściej wskazywali świadkowie, którzy skontaktowali się z fundacją Animal Security.

– Są osoby, które twierdzą, że pies był już wielokrotnie wywożony, przywiązywany i pozostawiany bez opieki. Nie wygląda na to, aby ktoś podkradał właścicielom psa, tylko po to, by się go pozbyć – wyjaśnia Emilia Kaczmarek z fundacji.
 
Komisariat Policji w Czerwonaku już zwrócił się do poznańskiej prokuratury o zatwierdzenie decyzji o umorzeniu postępowania. Jednak, jak tylko zapadnie oficjalna decyzja, fundacja prawdopodobnie będzie się odwoływać.

–  Ten piesek chciał żyć i próbował się ratować. Miał bardzo odmrożone łapki, musiał nimi brodzić w wodzie i kłaść na drabinkę. Jakimś cudem udało się przeżyć uwięzienie w studni. Jeśli ludzie, którzy to zrobili, naprawdę chcieli się go pozbyć, mieli szereg innych możliwości, które nie pozbawiłyby go życia – mówi Emilia Kaczmarek.

Przypomnijmy, że do zdarzenia doszło 9 października 2015 roku. Czworonoga uratował trener Warty Poznań Tomasz Bekas, który ze swoim ojcem wybrał się tego dnia na ryby. Mężczyźni usłyszeli szczekanie i po chwili poszukiwań odnaleźli zwierzę w wychłodzonej studni, przykrytej betonową płytą.

Pies natychmiast trafił do schroniska, a weterynarz ocenił, że zwierzę prawdopodobnie  było w przeszłości bite. Pies przez kilka dni dochodził do siebie i odzyskiwał zaufanie do ludzi. Wtedy jego stan zaczął się pogarszać. Jak się okazało, choć w studni było mało wody, to była ona skażona. Pies zdechł w wyniku zatrucia organizmu.   

Historia zagłodzonej Diany
Równie tragicznie zakończyła się historia psa, którego w lipcu ubiegłego roku znaleziono na ogródkach działkowych w Poznaniu. Jego właściciel nie karmił go przynajmniej od kilkunastu tygodni. Zwierzę leżało pośród śmieci, w 30-stopniowym upale, wycieńczone, bez wody i jedzenia, za dwumetrowym, zaryglowanym ogrodzeniem.

Weterynarz stwierdził, że tylko godziny dzieliły go od śmierci w męczarniach. W jelitach zwierzęcia był gruz, a na jego ciele znaleziono około 100 kleszczy. Za tragedię Diany również nikt nie odpowiedział, gdyż prokurator umożył sprawę, jednak fundacja Animal Security z sukcesem odwołała się od decyzji.