Żeglarzy z Powidza można było uratować?

Paulina Jęczmionka, Rafał Cieśla
Ratownicy, zanim wycięli otwór w kadłubie, najpierw holowali jacht na płyciznę, potem wyciągali go za pomocą wyciągarki.
Ratownicy, zanim wycięli otwór w kadłubie, najpierw holowali jacht na płyciznę, potem wyciągali go za pomocą wyciągarki.
Błąd ratowników czy trudna sytuacja i brak doświadczenia żeglarzy? Dotarliśmy do nowych szczegółów dotyczących majowej tragedii na Jeziorze Powidzkim. Sprawę utonięcia dwóch osób bada konińska prokuratura. Pod koniec lipca można spodziewać się pierwszej opinii biegłych.

Dlaczego uwięzionych w topiącym się jachcie wydobyto dopiero po ponad dwóch godzinach? Czy strażacy mieli przy sobie odpowiedni sprzęt? Dlaczego nie wzięli ze sobą oferującego pomoc płetwonurka z WOPR? I skąd w ich materiałach pojawiła się informacja o tym, że temperatura wody wynosiła wtedy pięć stopni? Te i wiele innych wątpliwości pojawia się w relacjach z wydarzeń feralnego początku majowego weekendu.

Czytaj także:
Straż: Jakie były okoliczności śmierci żeglarzy na Jeziorze Powidzkim
Błąd ratowników? Dwoje żeglarzy mogło przeżyć?

Do tragedii doszło w niedzielę 1 maja tego roku. Pięcioro znajomych w wieku od 24 do 32 lat wybrało się w rejs jachtem typu MAK wypożyczonym w Ostrowie (gmina Powidz). Było chłodno, nagle zerwał się silny wiatr. I prawdopodobnie to on spowodował, że łódka, którą płynęli młodzi ludzie, nagle się przewróciła. Trzy osoby wpadły do wody. Pod wodą - w kabinie jachtu - utknęła 24-letnia Marta, mieszkanka Turku. Jej chłopak - 32-letni Sebastian z Piły - zdołał wydostać się na powierzchnię. Ale, jak wynika z relacji świadków, wrócił do środka, by pomóc dziewczynie. Oboje już nie wypłynęli na powierzchnię.

Postanowiliśmy jeszcze raz odtworzyć przebieg akcji ratunkowej na podstawie materiałów i wyjaśnień wielkopolskiej straży pożarnej.

Godzina 16.34. Państwowa Straż Pożarna otrzymuje zgłoszenie o przewróconym do góry dnem jachcie na Jeziorze Powidzkim. Kobieta podaje, że pomocy potrzebuje pięć osób. Dyspozytor próbuje dowiedzieć się od niej, w którym miejscu młodzi ludzie rozpoczęli rejs i gdzie się znajdują. Kobieta nie potrafi jednak odpowiedzieć na to pytanie. Po chwili pada zdanie, które według strażaków miało kluczowe znaczenie. "Wszyscy jesteśmy w wodzie, ale jest ok, ale się nie ruszamy" - mówi głos w słuchawce.

- Zgłoszenie przekazane dyspozytorowi to pierwsza, najważniejsza informacja, która pozwala ustalić fakty, przewidzieć sytuację i zaplanować akcję ratunkową - tłumaczy st. kpt. Sławomir Brandt, rzecznik Wielkopolskiego Komendanta Wojewódzkiego Państwowej Straży Pożarnej. - Nasi ratownicy wyruszali na miejsce z przeświadczeniem, że ich zadaniem będzie wyłowienie pięciu osób znajdujących się na powierzchni wody.
Bazując na tych informacjach, dyspozytor wysyła na miejsce dwie łodzie ratownicze - Państwowej Straży Pożarnej w Słupcy i Ochotniczej Straży Pożarnej w Ostrowitem. W każdej z nich znajduje się po trzech ratowników - sternik i dwaj inni, którzy mogą podjąć działania. Tyle że nie mają przy sobie ani sprzętu do nurkowania, ani takiego, którym mogliby rozciąć jacht. Bo, jak przekonuje rzecznik wielkopolskiej straży, na łodzi musiało być miejsce dla poszkodowanych.

Godzina 16.46. Ratownicy ze Słupcy przyjeżdżają i wodują łódź w Giewartowie. Tam spotykają instruktora Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego z Łodzi, który rekreacyjnie nurkował w Powidzu. Mężczyzna ma sprzęt, oferuje strażakom swoją pomoc. Dowódca akcji odmawia. Z naszych informacji wynika, że powołał się na obowiązujące procedury.

- Cały czas interesujemy się tragedią, do której doszło na Jeziorze Powidzkim - mówi "Głosowi Wielkopolskiemu" Roman Latanowicz, prezes Okręgowego Związku Żeglarskiego w Koninie. - Z informacji, które otrzymałem od naszej warszawskiej centrali, wynika, że nie ma żadnych przepisów, które zakazywałyby zabrać strażakom na pokład łodzi ratownika WOPR.

Straż pożarna również przyznaje, że takich przepisów nie ma.

- Proszę jednak pamiętać, że ostateczna decyzja należy do dowódcy, który musiałby wziąć odpowiedzialność za życie tego ratownika - mówi st. kpt. Tomasz Wiśniewski z Komendy Wojewódzkiej Państwowej Straży Pożarnej w Poznaniu. - Poza tym, dowódca cały czas kierował się treścią zgłoszenia, czyli tym, że do zabrania będzie pięć poszkodowanych osób.

W tym samym czasie, kiedy ratownicy ze Słupcy wodowali w Giewartowie, do straży trafia kolejne zgłoszenie - na jeziorze przewróciła się łódź, są trzy poszkodowane osoby. Dyspozytor próbuje ustalić, czy chodzi o to samo zdarzenie. Ze względu na liczbę poszkodowanych uznaje, że to kolejne, inne zgłoszenie. Kieruje do niego łódź ratowników ze Słupcy. Mają przeszukać dolną część jeziora, kierując się do jego lewej odnogi.

Godzina 16.52. ekipa OSP Ostrowite woduje w Kosewie. Jej zadaniem jest przeszukanie prawej odnogi.
Godzina 17.01. Ratownicy z OSP znajdują przewrócony jacht mniej więcej na wysokości miejscowości Lipnica. Sytuacja wygląda zupełnie inaczej, niż się tego spodziewali. W wodzie znajdują się dwie osoby - jedna (z przewróconego jachtu), jak wynika z relacji strażaków, wyziębiona, nie ma z nią kontaktu, druga - ubrana w ochronną piankę - to osoba z jachtu, który przepływał obok. Na jego pokładzie znajdują się już dwaj pozostali pasażerowie przewróconej łódki. Okazuje się, że wewnątrz niej - pod wodą - od ponad 30 min są jeszcze dwie osoby. Nie wiadomo, jak długo wytrzymają w poduszce powietrznej, która się tam wytworzyła.

- Jacht tonął i znajdował się już w pozycji pionowej - relacjonuje st. kpt. Sławomir Brandt. - Jego kadłub wystawał niewiele ponad pół metra nad wodą. Ratownik z OSP wskoczył do wody i dwukrotnie podjął próbę wpłynięcia do wnętrza jachtu. To się jednak nie udało.

Rzecznik wielkopolskiej straży przyznaje, że w tej sytuacji pomocny mógłby okazać się sprzęt do nurkowania.

Godzina 17.16. Na miejsce dopływa łódź PSP Słupca. Ratownicy wspólnymi siłami próbują podnieść łódź. Po dwóch nieudanych próbach decydują się jednak odholować jacht do brzegu.

Około godziny 17.35. Marta i Sebastian znajdują się we wnętrzu kabiny od ponad godziny. Strażacy holują jacht na głębokość ok. trzech metrów. Dalej muszą już przepchnąć go własnymi siłami. Później do akcji włącza się wyciągarka z samochodu pożarniczego stojącego na zarośniętym brzegu. Na głębokości ok. 1,5 metra będący już na miejscu nurek wchodzi do kabiny jachtu. Z relacji straży pożarnej wynika, że widzi wewnątrz dwie osoby, ale nie może do nich dotrzeć. Ratownicy, nie mając przy sobie sprzętu, wybijają szybę jachtu kotwicą.

- Nurek sprawdził, że w kabinie znajduje się około 30 cm przestrzeni z powietrzem - opowiada st. kpt. Tomasz Wiśniewski. - W tym czasie inni ratownicy przypłynęli już z pilarką do cięcia metalu.
Potem strażacy wycinają otwór w kadłubie.
Godzina 19.03. Z kabiny jachtu udaje się wydobyć obie poszkodowane osoby. Ratownicy rozpoczynają reanimację. Na miejsce dopiero po kilku minutach dociera lekarz, bo karetka znajdowała się na drugiej stronie jeziora - w miejscowości Ostrowo. Po około 30 minutach reanimacji, czyli ponad dwie godziny od momentu, w którym straż pożarna otrzymała zgłoszenie o wypadku, lekarz stwierdza zgon zarówno Marty, jak i Sebastiana.

Czy tak musiało się stać? Strażacy twierdzą, że zrobili wszystko, co było w ich mocy. Innego zdania są przedstawiciele rodziny 32-letniego pilanina, który tego feralnego dnia utonął.

- Na podstawie posiadanych informacji uważamy, że ofiary dramatu na Jeziorze Powidzkim można było uratować. Liczymy, że prokuratorskie śledztwo odpowie na wszystkie pytania dotyczące tej tragedii i ewentualnie wskaże winnych, a także pozwoli wyciągnąć wnioski, tak aby podobnych wypadków można było uniknąć - mówi Daniel Majchrzak z kancelarii Majchrzak, Brandt i Wspólnicy.

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

M
Mako
Uwarzam jako doswiadczony żeglarz Powidzki że to był błąd sternika .
Powinnoscią sternika przy takiej pogodzie było sprawdzenie wszystkich kamizelek ratunkowych oraz ich rozmieszczenie .
W chwili dużego przechyłu (szkwału)stenik powinien zawiadomic załogę o niebezpieczestwie i kazac natychmiast wyjsc z kabiny i usiąsc na przeciwbórcie .Kabinówka ma to do siebie że powoli nabiera wody i jest czas na ewakuację .Dodatkową funkcje stabilizującą przed szybkim zatopieniem są komory wypornosciowe.
Z tego co mi wiadomo dziś jachty nie podlegają przeglądom technicznym tak jak samochody w związku z tym można by doszukac się innych wątków szybkiego zatoniecia jachtu .
p
prezes PKOL
mogli ich uratować, ale po co?? Nauczyli się żeglować, zdobędą kilka złotych medali dla polski w żeglarstwie na olimpiadzie w Londynie !!! Gdy zsumujemy także wszystkie te medale, które zdobędą dla nas pływacy w stylu rozpaczliwym po wypiciu oraz złoty medal w skokach przez płotek, który zdobędzie bolek-wałęsa, to mamy szansę wygrać tę olimpiadę !!
Z
Zenon
Mam dużo uznania dla ludzi ze straży pożarnej za ich trud i walkę z różnymi żywiołami ale w tym wypadku strażacy biorący udział w tej akcji popełnili ewidentne błędy. Odrzucenie oferty płetwonurka to jeden, jeszcze gorszy to holowanie przewróconej żaglówki z ludzmi w niej uwięzionym bez kontaktu z nimi to drugi. Żadne procedury nie są wstanie przewidzieć wszystkich zdarzeń jakie mogą wystąpić, czasem trzeba do nich podejść " elastycznie". Rzadko wypadki są podobne do siebie nawet jeżeli tak samo wyglądają, ponieważ ludzie biorący w nich udział różnie reagują. Żal tych ludzi naprawdę nie musieli zginąć. Strażacy chcieli dobrze ale wyszło fatalnie. Jestem pewny że przeanalizują całe zdarzenie i wysuną właściwe wnioski.
Dodaj ogłoszenie