Nie chcę Wrocławia w Poznaniu

Jacek Sobczyński
Jacek Sobczyński.
Jacek Sobczyński. FOT. GRZEGORZ DEMBIŃSKI
To się porobiło - szef festiwalu Nowe Horyzonty Roman Gutek przejmuje dziewięciosalowe kino Helios we Wrocławiu, gdzie, jak zapowiada, będzie wyświetlać wyłącznie filmy artystyczne. Inicjatywa tyleż szlachetna, co utopijna, zakładająca bowiem, że wrocławianie zaczną masowo chodzić na ambitne kino.

Ten multipleks jest mi osobiście bardzo bliski, w końcu to w Heliosie od 2006 roku spędzam regularnie sporą część urlopu, czy to na Nowych Horyzontach, czy na American Film Festivalu, które odbywają się właśnie tam. Plusy kina można mnożyć w nieskończoność: kilka susów na wrocławską starówkę, bezpośrednie położenie Szajby i Mleczarni - kultowych knajpek, w których nietrudno stracić głowę, znakomita baza hostelowa po sąsiedzku czy wreszcie ogólny wystrój i czystość Heliosa, w którym nawet kibelki lśnią na wysoki połysk. Mekką dla kinomanów wymagających stawał się jednak Helios wyłącznie dwa razy w roku, podczas trwania wymienionych powyżej festiwali. Aż tu nagle z Wrocławia gruchnęła wiadomość, że Roman Gutek, rodzimy capo di tutti capi kina artystycznego, od października przejmie Heliosa w swoje ręce. Co to znaczy? Miejsce "Avatara" czy "Facetów w czerni" na wielkich, heliosowych ekranach zajmą dzieła Almodovara, Jarmuscha lub Hanekego.

Za zasługi w ukulturalnianiu polskiego widza własnoręcznie ulepiłbym Gutkowi pomnik, ale obawiam się, że projekt arthouse'owego multipleksu dla koneserów kina ma szanse stać się finansową wtopą na niespotykaną dotąd skalę. Tylko policzmy: Wrocław ma około 650 tysięcy mieszkańców. OK, doliczmy plus minus 80 tysięcy studentów, wychodzi 730 tysięcy osób. Dziewięciosalowy Helios liczy 2500 miejsc. I teraz załóżmy, że - aby kino przyniosło naprawdę wymierne zyski - na każdym weekendowym seansie powinno zapełnić się około 1/3 sali. Liczmy zatem 800 osób w jednym bloku czasowym, pomnóżmy przez trzy (seans popołudniowy i dwa wieczorne), wynik jeszcze raz pomnóżmy przez dwa (sobota i niedziela) i dodajmy do niego jakieś 800 osób, które pofatyguje się na seans w piątkowy wieczór. Wychodzi mniej więcej 5600 widzów. Czyli co 130 wrocławianin weekend w weekend musiałby wydawać około 20 złotych na kinowe propozycje z gatunku wysokoartystycznych. A mówimy o kraju, w którym, według sondaży, przeciętny obywatel ogląda rocznie 0.8 filmu w kinie. I mieście, gdzie w walce o ambitnych widzów z Heliosem będzie konkurować świeżo otwarte, Dolnośląskie Centrum Filmowe (bagatela, tylko cztery sale).

W wywiadzie dla wrocławskiej "Gazety Wyborczej" Roman Gutek przekonuje, że wystarczy 30 widzów na sali, by dotowany tylko w 25% przez miasto Helios mógł przetrwać. O ile znam gusta Polaków, nawet ta liczba może okazać się wygórowana. Nie tak dawno temu byłem w warszawskiej Kulturze (dla niewtajemniczonych: to kino, położone w idealnym punkcie miasta, bezpośrednio przy Krakowskim Przedmieściu) w sobotni wieczór na "Życie to jest to!", premierowym filmie "hiszpańskiego Tarantino" Alexa De La Iglesii. Na sali oprócz mnie i mojej partnerki znajdowała się tylko jedna osoba. A przecież ile razy także Wam zdarzało się wpaść do Muzy czy Rialto na naprawdę głośny tytuł, by trafić na wiatr, hulający nad rzędami pustych krzeseł? Zresztą, co będę daleko szukał - kolega poszedł ostatnio na wieczorny seans do jednego z uchodzących za "ambitne" poznańskich kin, gdzie bileter przywitał go radośnie: "Witam! Jest Pan dziś naszym pierwszym gościem!".

A piszę o tym dlatego, że w Internecie już pojawiły się poznańskie głosy zazdrości. Nie warto, moi drodzy, naprawdę nie warto. Wpadajmy częściej do naszych kin studyjnych, które i tak nierzadko ledwo zipią, ale nie ma co ściągać od Wrocławia idei multipleksu dla ambitnych. Już abstrahuję od faktu, jak głupio musi się oglądać takie np. "Rozstanie" w niemal pustej, 400-osobowej sali, ale ta zabawa nie dość, że kokosów raczej by nam nie przyniosła, to jeszcze okazałaby się toporem, sukcesywnie ścinającym głowy naszym jednosalówkom. Każdy zakupiony bilet to dla kina studyjnego mała cegiełka w walce o przetrwanie. Multipleksy zostawmy lepiej ciamkającej nachosy z sosem ludożerce. Choć, żeby nie było, szczerze kibicuję Gutkowi i jego Heliosowi, życząc, by na tamtejszych pokazach rozszalała publika tratowała się i skakała po głowach w walce o najlepsze miejsca.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

d
dfighioghofiu

Z Wrocławiem to już tak jest. Szumnie "sprzedaje" się niecodzienne i wielkie pomysły, tworzy PRową otoczkę wokół rzeczy medialnie wielkich, tylko że potem jakoś te spektakularne przedsięwzięcia po cichu sobie umierają...
Ale może jest to jakaś metoda. Co się hałasu narobi i mętliku w głowach, to w ludziach zostaje... Na tym ostatecznie polega reklama.

Dodaj ogłoszenie